Donald Tusk przywołuje tysiąclecie koronacji Bolesława Chrobrego i obiecuje rok przełomu. Niestety, nic nie wskazuje, by przełom miał dotyczyć ochrony zdrowia. Premier zdaje się nie dostrzegać wpływu zdrowia na gospodarkę.
Premier Donald Tusk. Fot. KPRM
Największy znak zapytania. Zmiany w AOS. Narodowy Fundusz Zdrowia potwierdził „rewolucję”, która ma zaowocować skróceniem – a raczej rozłożonym w czasie skracaniem, a w każdym razie próbą skracania – kolejek w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej. Nowe zasady finansowania będą miały zastosowanie do rozliczania świadczeń udzielonych od 1 listopada 2025 r. Pierwsza ocena obejmie świadczenia udzielone w okresie od 1 lipca do 30 września 2025 r., a pierwsze wyliczenie mediany ogólnopolskiej obejmie świadczenia udzielone w 2024 r. Mierzalnym celem zmiany ma być skrócenie kolejek o średnio dwa tygodnie – efekt pacjenci odczują za rok. Jak szacują urzędnicy, odsetek porad pierwszorazowych zwiększy się o nieco ponad 10 proc.
Oczywiście pod warunkiem, że poradnie zastosują się do nowych zasad. Jeśli nie, stracą – do momentu dostosowania się do wymogów NFZ – jedną czwartą kontraktu (ale tylko za kolejne wizyty, to jest „marchewka”, którą Fundusz chce przekonać najbardziej opornych).
Wiadomo, że nowe zasady finansowania świadczeń nie będą obowiązywać we wszystkich dziedzinach. Nie wiadomo natomiast dziś, czy przyniosą efekt adekwatny do oczekiwań i do wkładu pracy, jakiego będą wymagać (raportowanie, analizowanie wskaźników dotyczących wizyt pierwszorazowych). Nie bez przyczyny podczas lutowego posiedzenia sejmowej podkomisji ds. organizacji systemu ochrony zdrowia podnoszono (mówiąc precyzyjnie, kwestię tę podnosił poseł Krzysztof Bojarski z Koalicji Obywatelskiej, dyrektor szpitala), że zdecydowanie bardziej efektywnym niż wskaźniki, mediany, kwartalne raporty, narzędziem przeprowadzania pożądanych zmian są dobrze adresowane strumienie finansowe. Z zastosowaniem tej skutecznej metody jest jeden problem: napięty budżet Funduszu, w którym brakuje – jak szacuje oficjalnie MZ – nawet 17 mld zł – nie pozwala na zbyt wiele. Płatnik oczywiście zakłada niewielki wzrost wydatków na AOS, ale – bez szaleństw.
„Przykręcanie kurka” spowoduje, że do niektórych podmiotów popłynie mniejszy strumień pieniędzy. Może to doprowadzić, co prawda, do problemu suszy (czytaj – kolejnej fali rezygnacji z prowadzenia poradni AOS w publicznym systemie), ale nic nie wskazuje, by decydentom ten scenariusz spędzał sen z powiek. Oczywiście, nie można wykluczyć, że strategia kija i marchewki okaże się skuteczna, o czym przekonają się jako pierwsi pacjenci próbujący kontynuować leczenie u „swoich” specjalistów.
Największy brak zaskoczenia. Lipcowe podwyżki. – Ta niemoralna ustawa w bezlitosny sposób drenuje budżet poszczególnych podmiotów leczniczych i budżet systemu – mówił w minionym tygodniu ks. Arkadiusz Nowak, prezes Instytutu Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej i przewodniczący Rady Organizacji Pacjentów przy ministrze zdrowia, komentując informacje dotyczące wysokości minimalnych wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia, jakie będą obowiązywać od 1 lipca. – Wszyscy, którzy funkcjonują w systemie ochrony zdrowia i znają ten system, w zasadzie są zgodni, że przyszedł czas, aby głośno powiedzieć: „stop podwyżkom w ochronie zdrowia, regularnym, co lipiec, o kilkanaście procent, wynikającym z określonych przeliczników” – dodał.
Abstrahując od faktu, że potężne grupy zawodowe pracowników ochrony zdrowia (które bez wątpienia wypełniają kryterium „funkcjonowania w systemie”), z pewnością pod ostatnim zdaniem nie są gotowe się podpisać, więc użycie określenia „wszyscy” jest, mówiąc bardzo oględnie, na wyrost, oraz od samej oceny ustawy i modelu jej realizacji, warto przypomnieć, że obowiązuje ona – w obecnym kształcie – od 2022 roku i od tegoż roku wywiera wpływ na finanse w skali mikro i w skali makro dokładnie taki, jaki w tej chwili dostrzegł i wyartykułował przewodniczący Rady Organizacji Pacjentów. Dlaczego związanie wynagrodzeń w ochronie zdrowia z wysokością średniego wynagrodzenia w gospodarce za rok poprzedni nie wydawało się „niemoralną propozycją” w poprzedniej kadencji?
To poprzedni rząd zaprojektował rozwiązanie, które absolutnie nie przystaje do poziomu nakładów na ochronę zdrowia – i to jest fakt bezsporny. Jeśli coś w tej konstrukcji jest niemoralne i powinno budzić sprzeciw (również organizacji pacjentów, czemu zresztą ostatnio dały one wyraz, zwracając się po raz kolejny do premiera z apelem w sprawie finansowania ochrony zdrowia), to fakt, że Polska z jej dynamicznie rozwijającą się gospodarką, rosnącym PKB i odczuwalnie zwiększającym się poziomem zamożności, utrzymuje poziom wydatków publicznych na zdrowie w ryzach właściwych dla Rumunii i Bułgarii (niczego tym krajom nie ujmując).
Największe wyzwanie. Priorytety. Miniony tydzień na poziomie krajowym zdominowało niewątpliwie wystąpienia premiera, który sporo mówił o inwestycjach (650-700 mld zł), opartych w dużej mierze o KPO, o spodziewanym poziomie wzrostu PKB (4 proc.), o koniecznej deregulacji w gospodarce (czy Polska doczeka się pakietu „Brzuska”, skoro pracować nad deregulacją ma, na prośbę szefa rządu, Rafał Brzoska, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich przedsiębiorców?). Na marginesie warto zaznaczyć, że hasło „deregulacja” pojawiło się – w kontekście ochrony zdrowia – już dobrych kilka miesięcy temu. Deregulacja miała być częścią pakietu rozwiązań dla szpitali, przede wszystkim powiatowych, czyli tzw. reformy szpitalnictwa, która weszła w fazę trzeciego okrążenia po tym, jak oprotestowali ją (na drugim okrążeniu) wojewodowie.
Wracając jednak do wystąpienia premiera. Jak na historyka przystało, szef rządu nie omieszkał przypomnieć, że w tym roku mija tysiąc lat od koronacji Bolesława Chrobrego. – Chrobry wykazał się wówczas wielką odwagą, sprytem politycznym, wizją i jestem przekonany, że to, co zostało w naszej historycznej pamięci, to przede wszystkim to, że Polska wówczas awansowała do pierwszej ligi państw europejskich – ocenił.
Pierwsza liga państw europejskich, skoro już o tym mowa, przeznacza ze środków publicznych na ochronę zdrowia 9-10 proc. swojego PKB. Dzięki temu systemy ochrony zdrowia są potężnymi pracodawcami (11-20 proc. wszystkich pracujących w gospodarce), których wydajność buduje kapitał zdrowotny osób w wieku produkcyjnym, umożliwia sensowne – i zakończone decyzjami – debaty o wydłużaniu wieku emerytalnego (zupełnie inaczej toczy się je przy średniej oczekiwanej długości życia o kilka lat większej niż w Polsce i przede wszystkim przy większej liczbie lat w zdrowiu). W starzejącym się społeczeństwie to rozwiązania konieczne, ale w polskich realiach praktycznie niemożliwe do osiągnięcia. W polskich realiach, czyli stawiając kropkę nad i – nakładami na zdrowie ze środków publicznych poniżej 5 proc. PKB.
I to jest dużo bardziej niepokojące niż wpadka służb prasowych rządu, które pochwaliły się deklaracją Google o inwestycji rzędu 5 mln dolarów, co natychmiast podchwyciły niesprzyjające rządowi media: rząd (czytaj – premier) nie widzi bezpośredniego (a być może żadnego) związku pomiędzy poziomem zdrowotności społeczeństwa a snutymi planami mocarstwowymi – przywołanie Bolesława Chrobrego nie było przecież przypadkowe.
Od lat podczas debat poświęconych zdrowiu publicznemu wraca stwierdzenie: pieniądze przeznaczone na zdrowie to inwestycja, nie koszt. Powtarzają je również politycy, jednak wiele wskazuje, że oczekują jedynie wysokiej stopy zwrotu z tego, co już ze środków publicznych na zdrowie wydajemy. A ponieważ efekty są proporcjonalne do nakładów, nie kryją rozczarowania.
Warte odnotowania. Vox populi. Ponad połowa Polaków uważa, że Izabela Leszczyna powinna zostać zdymisjonowana, 28 proc. – że powinna pozostać w rządzie – to wyniki sondażu przeprowadzonego dla „SE”. Szefowa resortu zdrowia znalazła się w „TOP 3” ministrów, których Polacy nie widzą w rządzie. Nie tak dawno sama minister mówiła, że jej resort na pewno nie jest „ministerstwem relaksu”, ale trudno orzec, kto męczy się najbardziej: kierownictwo resortu czy interesariusze systemu (a więc – de facto – wszyscy, począwszy od podatników, przez pacjentów, pracowników ochrony zdrowia czy zarządzających podmiotami leczniczymi). Jedno jest pewne: zmiany nastąpią wtedy, gdy zmęczony poczuje się premier Donald Tusk.