W ochronie zdrowia prawie wszystko kręci się w tej chwili wokół tematu pieniędzy, choć istotnym komponentem staje się też czas. Ten liczony w minutach potrzebnych na podejmowanie kluczowych decyzji przez posłów i ten w tygodniach, pozostałych do 1 lipca 2025 roku. A także miesiącach, jakie mamy na rozliczenie środków z KPO. Czas to przecież (też) pieniądz.
Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Rozczarowanie szpitali. Dyrektorzy szpitali powiatowych dźwigają ogromny bagaż doświadczeń i wydawałoby się, że sztukę czytania między wierszami opanowali do granic (nie)możliwości, a jednak w ostatnich dniach można było odnieść wrażenie, że… dali się podejść. Bo gdy minister zdrowia mówi: „Zapłacimy za wszystko, za co trzeba zapłacić”, nie musi wcale mieć na myśli, że trzeba płacić za wszystko, co zostało wykonane.
Od wielu miesięcy Narodowy Fundusz Zdrowia bardzo wyraźnie sygnalizował, że w ostatecznym rozliczeniu 2024 roku nie będzie mowy o uregulowaniu nadwykonań według 100-procentowej stawki i że najlepsze, czego mogą oczekiwać szpitale w tym obszarze, to propozycja stawek degresywnych. Deklaracje minister zdrowia Izabeli Leszczyny, jeśli poddać je rozbiorowi logicznemu, nie stały z tymi sygnałami płatnika w sprzeczności, nawet jeśli można było je zrozumieć tak, jak szpitale rozumieć chciały.
Wiceprezes NFZ Jakub Szulc tłumaczy w opublikowanej w minionym tygodniu w MP.PL rozmowie, że stawka degresywna w przypadku nadwykonań świadczeń limitowanych jest logiczna, bo koszty stałe są ujęte w wycenach świadczeń zakontraktowanych. To logiczne wyjaśnienie, któremu nie można nic (prawie) zarzucić. Logiczna jest jednak, również, argumentacja szpitali: wyceny dużej części świadczeń, a może nawet wszystkich, są zaniżone. Nie można więc argumentować, że to, co w umowie, pokrywa koszty – bo nie pokrywa.
Obie strony sporu używają argumentów logicznych. I rozumują prawidłowo. Nielogiczne i obarczone wadą jest natomiast twierdzenie, że 4,7 proc. PKB wystarczy. Że można zapłacić za świadczenia zdrowotne, kupić opiekę zdrowotną dla populacji na wystarczająco dobrym poziomie, mając do dyspozycji – w relacji do PKB – nieco ponad połowę unijnej średniej. I ok. 60 proc. tego, czym dysponują kraje takie jak Czechy czy Słowenia, które ze swoimi systemami ochrony zdrowia radzą sobie wystarczająco dobrze, by korzystający z opieki medycznej obywatele wystawiali jej bardzo dobre oceny. O wynikach badania przeprowadzonego w dziewiętnastu krajach OECD informowaliśmy niedawno, ubolewając, że na liście przebadanych krajów nie ma Polski, zwłaszcza że jeden z głównych wniosków sformułowanych przez autorów opracowania dotyczył tego, że podstawową wartością, jaką oceniają pacjenci w kontaktach z ochroną zdrowia – jest czas. Ten, który muszą poświęcić na oczekiwanie w kolejkach i ten, który profesjonaliści medyczni są w stanie poświęcić im, gdy realizowane jest świadczenie zdrowotne.
Największy brak zaskoczenia. Pozycja NFZ. „Czasami słyszę, że Fundusz oszczędza pieniądze. Fundusz nie oszczędza ani złotówki. 100 procent środków wydajemy na leczenie. (…) My nie rozmawiamy o interesie NFZ, bo NFZ nie ma żadnych własnych, instytucjonalnych interesów. Interesem płatnika jest to, aby pacjenci mieli zabezpieczone, w maksymalnym stopniu, świadczenia zdrowotne”.
Jeszcze jeden fragment wypowiedzi wiceszefa NFZ, który – zupełnie niepolemicznie – warto byłoby jednak uzupełnić. Kontekstem tego uzupełnienia zaś są wyniki badania, dość szeroko – choć nie do końca trafnie – omawiane w minionym tygodniu w mediach. Badania przeprowadzonego na zlecenie jednej z prywatnych firm medycznych, z których wynika, że ponad połowa Polaków deklaruje, że gdyby miała wybór, zrezygnowałaby z obowiązkowej składki zdrowotnej i samodzielnie finansowała leczenie. Tak wysoki odsetek z jednej strony świadczy o dramatycznie malej świadomości społeczeństwa w kwestii wysokości kosztów leczenia poważnych (i niekoniecznie rzadkich) problemów zdrowotnych, z drugiej pokazuje, jak duża jest przestrzeń do całkowicie oderwanych od rzeczywistości, populistycznych postulatów w stylu „przewrócenia stolika” (trudno oprzeć się wrażeniu, że część polityków byłaby skłonna wywrócić nie tylko stolik, ale również stół operacyjny podczas trwającego zabiegu, jeśli przyniosłoby to korzyść w wyścigu wyborczym), z trzeciej – trudno nie traktować go jako swego rodzaju wotum nieufności wobec instytucji odpowiedzialnych za politykę zdrowotną. Nie tylko (i nawet nie przede wszystkim) wobec NFZ.
W tym miejscu jednak nie można nie postawić pytania, czy Fundusz rzeczywiście działa tylko w imieniu i dla dobra ubezpieczonych (czyli dokładnie tak, jak powinien). Choć trudno zaprzeczyć, że płatnik nie ma żadnego „własnego” interesu, jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że działa też w interesie sprawujących rząd, czyli po prostu – polityków. Można wskazać szereg decyzji – nie tylko i pewnie nie przede wszystkim z tej kadencji (i nie chodzi tylko o przypominanie ostatnich dwóch) – w przypadku których dobro ubezpieczonych czy też pacjentów było wtórne, a co najwyżej tak samo ważne, jak odpowiedź na aktualne wymogi stawiane przez polityków. NFZ jest podporządkowany Ministerstwu Zdrowia, jakiekolwiek atrybuty niezależności utracił już dawno, więc to nie jest zarzut, raczej przypomnienie, że płatnik stoi na straży interesów nie tylko ubezpieczonych. A interesy polityków niekoniecznie są zbieżne z interesami pacjentów.
Największa porażka. Składka zdrowotna przedsiębiorców. W środę połączone Komisje Zdrowia i Finansów Publicznych po kilkuminutowym posiedzeniu odsyłają rządowy projekt nowelizacji ustawy o świadczeniach, zmniejszający składkę zdrowotną dla przedsiębiorców od 1 stycznia 2026 roku do ponownego rozpatrzenia przez podkomisję nadzwyczajną (na wniosek przewodniczącej tejże podkomisji), następnego dnia podkomisja nadzwyczajna po dziesięciu minutach i krótkiej wypowiedzi przedstawiciela resortu finansów uznaje, że nawet jeśli wystąpiły „nowe okoliczności” (będące podstawą wniosku o ponowne rozpatrzenie), to nie ma podstaw, by zmieniać sprawozdanie i projekt może trafić z powrotem do połączonych komisji. Zapewne na najbliższym posiedzeniu Sejmu (19-20 marca). Procedowanie projektu, którego roczny koszt wynosi 5-6 mld zł (ubytek przychodów NFZ) zasługuje na wpis do annałów polskiego parlamentaryzmu, podobnie jak jakość debaty nad nim toczonej.
Największy znak zapytania. – Dziękuję pani minister Pełczyńskiej-Nałęcz za informację, którą otrzymałem od pani minister tuż przed posiedzeniem rządu, że także, jeśli chodzi o KPO, widzi pani możliwość i podjęła pani już pracę nad uwolnieniem do 30 mld (...), aby przesunąć te wydatki także na szeroko pojętą obronność i przemysł obronny – mówił Tusk, dodając, że będzie to wymagało pilnej współpracy innych resortów.
Zapowiedź premiera przed ostatnim posiedzeniem rządu związana jest oczywiście z komplikującą się sytuacją międzynarodową i z tym, że Stany Zjednoczone przestają wspierać Ukrainę w wojnie z Rosją – kraje europejskie doskonale rozumieją, że również w swoim własnym interesie muszą wziąć na siebie dużo większy ciężar. Na szczycie przywódców UE padły w tej sprawie ważne deklaracje – wydatki na obronność nie będą wliczane do procedury nadmiernego deficytu, co dla Polski jest w tej chwili informacją kluczową (również z punktu widzenia ewentualnego zwiększania wydatków na zdrowie). To jednak nie wszystko. Komisja Europejska zgadza się, by środki przyznane w ramach KPO mogły być przesunięte na cele obronne.
Wielu ekspertów w nieoficjalnych rozmowach wskazywało w ostatnich dniach, że jednym z możliwych, wręcz prawdopodobnych pól, z których pieniądze mogą zostać przesunięte, jest ochrona zdrowia, w której wydatkowanie środków nie jest zbyt zaawansowane. Wprawdzie w poniedziałek Ministerstwo Zdrowia organizuje konferencję prasową na temat inwestycji w opiekę zdrowotną ze środków KPO, a w czwartek Komitet Stały Rady Ministrów ma się zająć (po trzecim okrążeniu) projektem ustawy o szpitalnictwie, ale z drugiej strony już wcześniej mnożyły się pytania i wątpliwości, czy nawet jeśli kamienie milowe zostaną osiągnięte, będzie wystarczająco dużo czasu, by sensownie wydać unijne środki (termin mija w połowie przyszłego roku, co zwłaszcza przy dużych inwestycjach jest terminem ekstremalnie bliskim).
Warte odnotowania. Kilka miesięcy temu minister zdrowia zapewniała, w kontekście braku zgody ministra finansów na plan finansowy NFZ, że jest z Andrzejem Domańskim „w procesie dobrych rozmów”. W tej chwili mówi o twardych negocjacjach, choć toczących się w przyjaznej atmosferze. Jednym z tematów (głównym tematem) jest, cóż za brak niespodzianki, realizacja ustawy o wynagrodzeniach minimalnych. Można powiedzieć, że 1 lipca znów wybuchnie rządzącym w rękach, czego skutków minister finansów zdaje się mieć świadomość wręcz większą niż pozostali uczestnicy twardych rozmów toczonych w dobrej atmosferze.