Atak nożownika w szpitalu, zakończony śmiercią lekarza, przesłonił inne tematy minionego tygodnia. Jeszcze przez długi czas będziemy żyć w cieniu tej tragedii, pytając, jak mogło do niej dojść, ale przede wszystkim – co trzeba zrobić, żeby zminimalizować ryzyko podobnych wydarzeń.
Szpital Uniwersytecki w Krakowie. Fot. Małopolski Urząd Wojewódzki
Dlaczego zaatakował? 29 kwietnia, przed południem, w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie 35-letni pacjent, jak się później okazało, funkcjonariusz Straży Więziennej, zaatakował nożem 47-letniego lekarza, specjalistę w dziedzinie ortopedii, Tomasza Soleckiego. Wysiłek dwudziestoosobowego zespołu, który pracował przy operacji, nie wystarczył: lekarz, który otrzymał bardzo wiele ciosów, zmarł.
Nie wiadomo, czy sprawca był zupełnie zdrowy psychicznie (co nie oznacza, że nie był poczytalny, wyjaśnieniem tego będą zajmować się specjaliści). Atak na pewno był dobrze przygotowany i przeprowadzony z premedytacją, o czym świadczy choćby fakt, że już kilka miesięcy temu lekarz zgłaszał, że pacjent żądał od niego 20 tys. zł z tytułu rzekomo popełnionego błędu przy operacji. Wątek nierównowagi psychicznej jest istotny, bo zdarzenie w Krakowie pociągnęło za sobą dymisję szefa Służby Więziennej. Z analizy akt funkcjonariusza wynika, że tak naprawdę nie powinien on zostać przyjęty do służby, są poważne wątpliwości do interpretacji wyników badań medycyny pracy.
To osobny, ważny jednak wątek. Nie chodzi o usprawiedliwianie czy domniemanie niepoczytalności. Nie chodzi o linię obrony. Przeciwnie. Pierwsze godziny, doby po ataku to nieustające wrażenie deja vu. Przeżywaliśmy coś podobnego, gdy w styczniu 2019 roku nożownik zaatakował, ze skutkiem śmiertelnym, prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Tam też wchodziło w grę poczucie (urojonej) krzywdy, tam też sprawca utożsamił osobę polityka z tym, co spotkało go w życiu złego. Tam też, wreszcie, dość jasno wybrzmiał związek sączącego się z części mediów do opinii publicznej gęstego, jadowitego hejtu. Wówczas psychologowie zwracali uwagę w licznych komentarzach, że taki przekaz, jeśli dotrze do osób niezrównoważonych, mających problemy z psychiką, może tylko wzmocnić ich własne, osobiste frustracje. Hejt, mówiono, zabija niekiedy w sposób bardziej bezpośredni, niż jesteśmy w stanie przypuszczać.
Skąd ten hejt? Sami lekarze nie mają wątpliwości, łącząc tragedię, jaka rozegrała się w Krakowie, z trwającym – jak mówią – od lat, hejtem czy szczuciem na ich środowisko.
Trudno zaprzeczyć, lekarze jako grupa zawodowa są obiektem ataków z wielu stron. Można wręcz powiedzieć, to istna kakofonia, przedziwna mieszanka krytyki (niekiedy zapewne uzasadnionej), frustracji, bezpodstawnych oskarżeń, nadmiarowych oczekiwań, dezinformacji i laboratoryjnej wręcz nienawiści, czystego hejtu. Analiza treści, w których stawia się lekarzy – ich przedstawicieli lub całe środowisko – pod pręgierzem, zajęłaby wiele tomów. Znalazłoby się w niej miejsce i na „lekarzy biznesmenów”, i na „nikt już przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”, i na akcję CBA w oddziałach intensywnej terapii, i na oskarżenia o pozostawanie na usługach koncernów i sprzedaż „śmiercionek”, i na „śmierć chodzi w białym kitlu”, żądania „denazyfikacji medycyny NFZ i izb lekarskich”, nie zapominając o paskach TVP sprzed ośmiu lat, że „rezydenci żądają miliardów”, choć ich liderów stać na zagraniczne wycieczki.
Rozdziały tej księgi zapisywali (i zapisują) politycy zarówno partii mainstreamowych, jak i radykałowie. Pierwsi są oczywiście ostrożniejsi w słowach i ograniczają się, na przykład, do oskarżeń o „obronę korporacyjnych interesów” (choćby w sprawie obrony jakości kształcenia), drudzy – pasożytując na budzonych przez siebie skrajnych emocjach – rzucają oskarżenia o mordowanie pacjentów w szpitalach.
Potężnym boosterem hejtu stała się pandemia COVID-19. Przeciw lekarzom, którzy w pierwszych tygodniach pandemii byli nagradzani brawami (nie przez wszystkich) i przedstawiani jako „bohaterowie bez peleryn”, stojący w jednym rzędzie z ikonami popkultury (Superman, Batman etc.) i których z powodu COVID-19 (dane z lutego 2022 roku) zmarło ponad trzystu, wytoczono ciężkie działa: udział w spisku zmierzającym do depopulacji, dostarczanie „covidianom” argumentów za maseczkami, obostrzeniami pandemicznymi czy certyfikatami (o szczepieniach nie wspominając). Antypandemiści (wśród których nie brakowało lekarzy) potrafili posunąć się naprawdę daleko, aż do zastraszania przedstawicieli samorządu lekarskiego, którzy mieli zabierać głos w sejmowych dyskusjach dotyczących walki z pandemią. Odpowiedzialność za potężne śmiertelne żniwo pandemii środowiska antynaukowe również próbowały i próbują przerzucić na lekarzy: to nie stosunkowo niski poziom zaszczepienia, lekceważenie zasad bezpieczeństwa czy – last but not least – przewlekła niewydolność systemu i oczywiste błędy decydentów, ale rzekome „zamykanie drzwi przed pacjentami” miały być przyczyną, dla której Polska wśród krajów UE ma jeden z największych wskaźników zgonów nadmiarowych w latach 2020-2021.
Ostatnie lata pokazały też, że w tej samej sprawie lekarzy można atakować – w tej samej sprawie – z diametralnie rożnych pozycji. Organizacje prolife zarzucają dokonywanie zabójstw lekarzom, którzy wykonują dopuszczalne prawem zabiegi aborcji. – Przestańcie nas zabijać! – krzyczały dwa lata temu pod adresem lekarzy, zarzucając im opieszałość w podejmowaniu decyzji o aborcji w kilku głośnych przypadkach, działaczki środowisk feministycznych.
A przecież hejt nie jest jedynym czynnikiem, który stoi za agresją (niektórych) pacjentów, i to wyłączając tych, którzy działają pod wpływem środków psychoaktywnych, atakując personel medyczny „pod wpływem”. W rozmowie z mp.pl, jaka ukazała się nazajutrz po ataku w Krakowie, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej mówił o systemowym wymiarze agresji, z jaką mierzą się medycy. Na ten aspekt problemu zwracali też uwagę inni komentatorzy: lekarze (również pielęgniarki, ratownicy medyczni) pozostają na pierwszej linii „ognia” niezadowolenia pacjentów z funkcjonowania systemu ochrony zdrowia czy też z konfrontacji wyobrażeń pacjentów na temat tego, jak system powinien funkcjonować, z rzeczywistością (można byłoby temat zresztą rozwinąć, być może chodzi nie tyle o wyobrażenia, co zapamiętane z kampanii wyborczych obietnice?). Lekarzy jest jednocześnie najłatwiej obwinić, bo sami politycy (częściowo również media) suflują: dużo zarabiają, na ich pensje idą miliardy złotych, żądają kolejnych podwyżek w prywatnym sektorze, stawki cały czas idą w górę…
Jak poprawić bezpieczeństwo? Nie ma żadnych wątpliwości, że gdyby system ochrony zdrowia działał wystarczająco dobrze, duża część niezadowolenia, wywołującego frustrację, a w dalszej kolejności agresję, nie miałaby szansy się pojawić. Gdyby publiczny system opieki zdrowotnej działał wystarczająco dobrze, Polacy nie musieliby wydawać dużych pieniędzy na prywatne leczenie – nikt nie jest zadowolony, gdy musi płacić za coś, co w teorii powinien mieć zapewnione bezpłatnie.
Można jednak założyć, że lwia część pacjentów odczuwających niezadowolenie z powodu kolejek czy czasu oczekiwania na SOR nigdy nie podniosłaby nie tylko ręki, ale nawet głosu na pracownika medycznego – nie z obawy, ale ze zwyczajnej przyzwoitości – doskonale wiedząc, że pracuje on w systemie, na którego kształt mają wpływ umiarkowany albo żaden. Można wszak założyć, że dopóki system będzie (nie) działał tak jak w tej chwili, będzie środowiskiem, w którym o agresję jest po prostu łatwiej.
Dużo prostsza, mimo że daleka od prostoty, jest kwestia hejtu. Z hejtem trzeba walczyć. Z zastrzeżeniem, że nie każda krytyka to hejt. Nie każdy artykuł opisujący wysokie stawki w ochronie zdrowia to „szczucie na lekarzy”, element nagonki inspirowanej przez „wiadome siły” (na przykład partię rządzącą).
Hejtu nie wolno jednak traktować obojętnie, jako produktu ubocznego, niepożądanego efektu wolności słowa. Wolność słowa to wartość, hejt i dezinformacja – nowotwór. Trzeba wyraźnie wytyczyć granice i wszystko, co granicę hejtu przekracza, ścigać. Normalizacja hejtu, godzenie się z nim, godzenie się na niego to co najmniej błąd.
Jeszcze prostsze do wprowadzenia wydają się zmiany dotyczące spraw o akty agresji w świecie realnym. Przemoc – słowna lub fizyczna – wobec lekarza, pielęgniarki, ratownika, innego profesjonalisty medycznego w czasie pracy lub w związku z jej wykonywaniem musi być zauważona i konsekwencje muszą być wyciągnięte. Państwo nie może pozostawiać cienia marginesu na interpretację, czy stoi po stronie zaatakowanych, choć nie jest do końca pewne, czy właściwym kierunkiem ma być sygnalizowane zaostrzanie kar.
W minionym tygodniu niemal każdego dnia w mediach ukazywały się informacje o aktach agresji ze strony pacjentów, jakich doświadczali pracownicy ochrony zdrowia. Przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych (stąd być może zapowiedź minister zdrowia Izabeli Leszczyny o konieczności wzmocnienia poziomu bezpieczeństwa na tym odcinku). Nie znaczy to jednak, że agresji rzeczywiście jest więcej: zwiększyła się wrażliwość (również podmiotów leczniczych), które zaczęły z większą intensywnością informować w mediach o takich przypadkach. Zwiększyła się uważność mediów i poziom zainteresowana opinii publicznej. Sami lekarze i pielęgniarki przyznają, że zarówno fizyczna, jak i przede wszystkim słowna, agresja – w tym groźby o charakterze wybitnie karalnym – zdarzają się stosunkowo często, i to dość oględna ocena. Jednym z powodów jest poczucie, że za wybuch złości, odreagowanie na lekarzu czy pielęgniarce, nic nie grozi. Z drugiej strony pracownicy ochrony zdrowia, którzy agresji doświadczają, nie mają w tej chwili przekonania, że warto każdy przypadek zgłaszać.
Elementem prewencji bez wątpienia byłaby nieuchronność i szybkość wyciąganych konsekwencji. Z sygnałów płynących ze środowiska lekarskiego można wnioskować, że poszukiwane są również inne rozwiązania, ułatwiające profilaktykę agresji. Być może np. jakiś rodzaj rejestru, do którego trafialiby ci, którzy dopuszczają się ataku (w jakiejkolwiek formie) podczas korzystania ze świadczeń zdrowotnych. W razie ponownego kontaktu stosowna informacja, sugerująca zwiększoną czujność, pojawiałaby się w momencie rejestrowania pacjenta na kolejną wizytę czy badanie. Nawet jeśli pomysł budzi pytania, warto się nad nim pochylić. Nawet jeśli to rozwiązanie dotyczyłoby tylko części potencjalnych sprawców (są przecież agresorzy „pierwszorazowi”), każda możliwość zredukowania zagrożenia powinna być wykorzystana.