Przez osiemnaście miesięcy rząd nie podjął żadnej decyzji, która naprawiałaby fundament systemu ochrony, czyli jego finanse, zdewastowane przez rządy PiS. To czyni go współodpowiedzialnym za obecną sytuację i prawdopodobnie jej pogorszenie.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. MZ
Największy brak zaskoczenia. Zdrowie w centrum sporu. Kto zdewastował finanse ochrony zdrowia? Kto odpowiada za obecny kryzys? W minionym tygodniu, za sprawą wniosku posłów PiS o informację rządu na temat „dramatycznej” sytuacji finansowej systemu ochrony zdrowia, temat, o którym wydaje się, powiedziano (napisano) już wszystko, znów znalazł się na tapecie, co w gorącym powyborczym tygodniu nie jest błahym osiągnięciem.
Obserwatorzy sporu (trudno nazwać go debatą, bardziej odpowiednim określeniem byłoby „okładanie się kłonicami”) słyszeli albo, że winna jest „koalicja 13 grudnia” (to oczywiście politycy PiS, ale też wciąż opozycyjnej partii Razem), albo – Prawo i Sprawiedliwość (to koalicja rządząca). Nikt nie obwinia partii Razem (można byłoby z tego wyciągnąć konstruktywny wniosek).
Wróćmy jednak do sporu: Izabela Leszczyna z mównicy sejmowej przywołała wiecznie aktualną klasyfikację prawd ks. prof. Józef Tischnera, twierdząc, że wszystkie zarzuty stawiane przez PiS (w roli oskarżyciela Janusz Cieszyński), to „ta trzecia”.
Kto zdewastował finanse ochrony zdrowia? Święta prawda jest taka, że Prawo i Sprawiedliwość. To stały element „Studium kryzysu” (a wcześniej „Barometru epidemii”). Jednak twierdzenie Izabeli Leszczyny nie zasługuje na zaliczenie do „świętej prawdy”. To co najwyżej „tyż prawda” – niby racja, ale… No właśnie. Minister zdrowia chętnie wskazuje dwie decyzje dotyczące wydatków – ustawę o wynagrodzeniach minimalnych, a konkretnie jest nowelizację z 2022 roku oraz tzw. skok na kasę NFZ, czyli nowelizację ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, ale nie wspomina nic o stronie przychodowej. Tymczasem to kłamliwa, fałszująca rzeczywistość ustawa 7 proc. PKB na zdrowie wyrządziła przynajmniej tyle samo szkody, co decyzje dotyczące wydatkowania pieniędzy. Pieniędzy, których przyrost w ogromnym stopniu był (jest) iluzją, bo odsetek środków publicznych wydawanych na zdrowie rośnie w żółwim, niedostosowanym do potrzeb, tempie i utrzymuje się na poziomie, który powinien nas, jako kraj, zawstydzać. Co więcej, ustawa 7 proc. PKB na zdrowie i ta iluzja nie tylko na dobre zablokowały dyskusję o koniecznym realnym wzroście nakładów, ale też stworzyły przestrzeń do absurdalnych decyzji politycznych – takich jak próba obniżenia składki zdrowotnej.
Odpowiedź na pytanie, kto odpowiada za obecny kryzys, nie jest już tak prosta. Trudno nie zżymać się na twierdzenie szefowej resortu zdrowia, że skoro PiS zdewastował, PiS ponosi też wyłączną odpowiedzialność. Częściowo, owszem, ponosi. Ale od zmiany rządu mija właśnie 18 miesięcy. Nie zapadła żadna, literalnie żadna, własna decyzja na szczeblu rządu (taką decyzją nie jest zwiększanie dotacji budżetowej do NFZ, bo to jest odpowiedź na najbardziej palące potrzeby systemu, by utrzymać jego funkcjonowanie), która mogłaby naprawić to, co rząd PiS zdewastował. Przez półtora roku nie odwrócono „skoku na kasę”. Nie naprawiono ustawy o wynagrodzeniach minimalnych. Ba, w pierwszych tygodniach swojego urzędowania minister odmówiła dyskusji nad ustawą 7 proc. PKB na zdrowie, choć to ona jest – tu bardzo wielu ekspertów, choć zapewne nie wszyscy, podpisze się pod tym stwierdzeniem – praprzyczyną problemów. Jest bardzo gorzką ironią, że w tej chwili, z politycznym pistoletem przy skroni, ministerstwo siada do rozmów ze stroną społeczną i chce dyskutować o wynagrodzeniach, że teraz Izabela Leszczyna deklaruje powrót finansowania ratownictwa medycznego do budżetu państwa (ale ma to być związane z obniżeniem składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, co każe postawić pytanie, czy budżet państwa przez przypadek nie chce dwa razy wydać tych samych pieniędzy, raz jako dotację przedmiotową, raz jako uzupełnienie ubytku przychodów).
Największy znak zapytania. Czy Izabela Leszczyna „pomogła” PiS wygrać wybory? Nie bez przyczyny minister zdrowia przez ostatni rok w sondażach opinii publicznej czy rankingach przygotowywanych przez dziennikarzy wypadała słabo lub bardzo słabo, mając stałe miejsce w grupie ministrów typowanych do wymiany.
Za dużo słów, za dużo politycznego (partyjnego) zacietrzewienia, za mało efektów. Ikoniczne wręcz było fiasko ustawy o antykoncepcji awaryjnej: Polki mogły mieć od roku dostęp do tych środków bez recepty, ale minister (koalicja) musiała postawić na swoim i utrzymać granicę wieku 15 lat. Zamiast działającej ustawy MZ zaoferowało „plan B”, czyli – pilotaż, w którym uczestniczy ok. 10 proc. aptek (a jednoznaczne stanowisko farmaceutów i tak wykluczyło możliwość samodzielnego skorzystania przez niepełnoletnie nastolatki z możliwości uzyskania recepty).
Blamaż w oczach opinii publicznej to jednak nie wszystko. Po „tabletce dzień po”, czyli tak naprawdę rok temu, resort zdrowia dobitnie formułował przekaz, że nie ma się co spieszyć z projektami i uchwalaniem ustaw, „bo wybory”. Bo – z jednej strony – kampania, z drugiej – Andrzej Duda, tylko czekający na możliwość zawetowania ustawy albo skierowania jej w niebyt inną drogą, czyli do TK. Zasłanianie się domniemanym brakiem zgody prezydenta było w użyciu również wtedy, gdy tak naprawdę przyczyna leżała głównie, a może nawet wyłącznie po stronie koalicji: braku zgody politycznej na projekty przygotowane w resorcie (pierwsza i druga wersja ustawy szpitalnej), co z kolei wynikało z niezbyt wysokiej jakości wstępnych prac legislacyjnych. Inny przypadek, wykraczający już poza resort zdrowia, choć mający dla niego reperkusje, to przepisy antyaborcyjne. Tu też zresztą pojawiła się obietnica „planu B”. Jeśli politycy muszą głośno mówić, że mają „plan B”, oznacza to tylko tyle, że nie potrafią (nie mogą) zrealizować właściwego planu. Albo nawet więcej – tego właściwego planu po prostu nie mają. Być może dlatego zapowiedź premiera Donalda Tuska o „planie B” po zwycięstwie Karola Nawrockiego wybrzmiała po prostu przygnębiająco.
Gdy Izabela Leszczyna jesienią 2023 roku była już „namaszczona” na stanowisko ministra zdrowia, pisaliśmy, że w resorcie będzie przede wszystkim strażnikiem finansów. Strażnikiem kasy… której nie ma. Że jej głównym zadaniem, powierzonym przez premiera, będzie pilnowanie, by do zdrowia nie trzeba było dołożyć złotówki więcej, niż jest to absolutnie konieczne. To mission impossible, wiadomo, Izabela Leszczyna przekonała się o tym bardzo szybko, choć Donald Tusk nadal nie przyjmuje tego do wiadomości. Nie wszystkie słabości systemu ochrony zdrowia można sprowadzić do niskiego finansowania, ale bez uznania, że na zdrowie wydajemy znacząco za mało środków, nie da się zrozumieć ani tego, jak system funkcjonuje, ani jego wad (o właściwym zdefiniowaniu sposobów sanacji nie mówiąc).
Minister zdrowia w minionym tygodniu deklarowała, że „nie jest spakowana” i nie spodziewa się dymisji – to w kontekście spodziewanej, choć chyba odwleczonej w czasie rekonstrukcji rządu, w ostatnich dniach zaczęto mówić o terminie lipcowym, choć dynamika polityczna zależeć będzie niewątpliwie od wyniku głosowania w Sejmie nad wotum zaufania dla rządu. Ale powiedziała także, że sama poda się do dymisji, jeśli do końca roku nie nastąpi przełom w sprawie ustawy o szpitalnictwie.
Polacy nie czekają z wypiekami na twarzy na reformę szpitalnictwa. Minister zdrowia miała rację, mówiąc w Sejmie, że większość tych, którzy korzystają ze świadczeń zdrowotnych w ramach publicznego systemu, ocenia swoje doświadczenia dobrze i bardzo dobrze. Właśnie, którzy korzystają, czyli ci, którzy pokonali barierę wejścia. Nie można obarczać Izabeli Leszczyny odpowiedzialnością za to, że Donald Tusk nie traktuje ochrony zdrowia jako priorytetowego wyzwania (co najwyżej jako nieustający problem, z którym nie wiadomo, co zrobić). Wiadomo, że zmiany wprowadzane w tak dużej skali nie mogą być gwałtowne. Powinny być jednak realne, a ich wdrażanie musi dawać mierzalne efekty.
Warte odnotowania. Jest taki obszar, w którym jak na dłoni można zobaczyć mierzalne efekty decyzji podejmowanych w resorcie zdrowia – to szczepienia osób dorosłych, a miernikiem są szczepienia przeciw grypie. To obszar niemal wolny od aspektu finansowego. W zakończonym sezonie infekcyjnym, pierwszym, za który od początku do końca odpowiada obecne kierownictwo resortu zdrowia, zaszczepiło się niespełna 6 proc. populacji, mniej niż w poprzednim, zaś za najbardziej niepokojące zjawisko eksperci uznają spadek zaszczepienia w grupie seniorów. Powody są oczywiste, zawodzi organizacja szczepień i model finansowania, przez które, odwiedzając POZ, senior nie może skorzystać z prawa do bezpłatnej szczepionki (jeśli nie pójdzie zrealizować recepty w aptece). Lekarze już na początku 2024 roku apelowali o zmiany, bezskutecznie. – Niestety muszę wyciągnąć wniosek, że to Ministerstwo Zdrowia jest hamulcowym szczepień w Polsce. Dostęp do szczepionek powinien zostać uproszczony – mówił w minionym tygodniu podczas posiedzenia podkomisji ds. zdrowia publicznego prof. Ernest Kuchar, przypominając, że w Portugalii, kraju o zbliżonym poziomie zamożności, poziom zaszczepienia przeciw grypie oscyluje wokół 95 proc.
Największe wyzwanie. Podwyżki. Temat, który od wielu tygodni „podpala” nastroje w ochronie zdrowia (co nota bene również pokazuje olbrzymi problem z wyobraźnią i kompetencjami zarządczymi), a w nadchodzących dniach nastąpi kumulacja, i to równolegle w dwóch planach. Po pierwsze, realizacja ustawy podwyżkowej od 1 lipca, po drugie – projektowane zmiany w ustawie. Trudno zrozumieć powód, dla którego decydenci nie zrobili tak naprawdę nic, by te dwie odrębne kwestie czasowo rozdzielić, co na pewno pomogłoby nieco obniżyć poziom frustracji i emocji (i zwiększyć szanse na uzyskanie kompromisu w sprawie kluczowej, czyli nowelizacji ustawy).
Szpitale powiatowe, które pod koniec maja minister zdrowia zwiodła zapowiedzią, że dosłownie za chwilę dowiedzą się wszystkiego o tegorocznym finansowaniu podwyżek (pisaliśmy, jak bardzo dyrektorzy poczuli się niedotrzymaniem obietnicy zawiedzeni), szykują bezprecedensowy apel do związków zawodowych z propozycją wspólnego protestu w sprawie pieniędzy na podwyżki. Można zakładać, że na początku tygodnia Ministerstwo Zdrowia ogłosi (nareszcie), ile pieniędzy NFZ będzie musiał wydać na sfinansowanie operacji podwyżkowej (byłoby optymalnie, gdyby tej informacji towarzyszyła druga, dotycząca szczegółów dotacji z budżetu państwa do NFZ), ale czy to obniży poziom niezadowolenia, czy wręcz odwrotnie?
Odpowiedź jest kluczowa, bo we wtorek w ramach prezydium Zespołu trójstronnego ds. ochrony zdrowia ma zostać podjęty – po raz pierwszy oficjalnie – temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Swoje karty minister zdrowia już (częściowo) odkryła, mówiąc o konieczności przesunięcia terminu podwyżek z lipca na styczeń. Nie chodzi tylko o termin, łatwo wydedukować, że dzięki temu zabiegowi (gdyby wszystkie inne zapisy zostały utrzymane, czego zakładać nie sposób) rząd zaoszczędziłby jeden rok (kolejna podwyżka wchodziłaby w życie nie 1 stycznia 2026 roku, ale rok później), ale przede wszystkim – w ustawie podwyżkowej też zagościłaby reguła n-2, a nie n-1 (chodzi o kwotę bazową, czyli średnią krajową, w tej chwili jest brana z roku poprzedniego, byłaby – sprzed dwóch lat, bo wysokość przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce za rok poprzedni ogłaszana jest w lutym).
Jednak propozycji dotyczących zmian w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu jest więcej (zresztą w mediach społecznościowych pokazują się również takie, pod którymi do tej pory nikt oficjalnie się nie podpisał, dotyczące przede wszystkim sposobów na ograniczenie wysokości zarobków lekarzy w publicznym systemie), zaś cel – na dziś – jaki stawiają eksperci i który wspiera Ministerstwo Finansów, to ograniczenie skutków ustawy w ten sposób, by wynagrodzenia w ochronie zdrowia były waloryzowane z niewielkim dodatkiem podwyżkowym, czyli ich wzrost wynosiłby w tej chwili ok. 5 proc. (ustawa podwyżkowa w obecnym kształcie daje średnio ok. 14 proc. wzrostu). Czy pojawi się pole do rozmowy i negocjacji?