Łączne skutki podwyżek w ciągu czterech lat, bez uwzględnienia najnowszej rekomendacji, sięgają 128 mld zł – mówił podczas czwartkowej konferencji Szczyt Zdrowie 2025 wiceprezes NFZ Marek Augustyn. W trakcie dyskusji padła mocna teza o postępującej degradacji systemu ochrony zdrowia, której ważną składową jest niedostateczna dostępność świadczeń zdrowotnych.
Wiceprezes NFZ Marek Augustyn. Fot. NFZ
- NFZ oraz interesariusze cały czas czekają na decyzję MZ ws. wyboru wariantu rekomendacji, jaki będzie musiał zrealizować płatnik
- Położenie tamy chorobom cywilizacyjnym nie jest możliwe bez postawienia na edukację zdrowotną, profilaktykę i prewencję
- Z wprowadzeniem do szkół przedmiotu edukacja zdrowotna związane są duże nadzieje, choć to, czy zostaną one spełnione, w ogromnym stopniu zależy od tego, jak przedmiot będzie prowadzony
- Dyrektorzy szpitali, choć pielęgniarek brakuje, niechętnie przyjmują do pracy nowe, bo przy obecnym poziomie finansowania, wysokości kontraktów, ta grupa zawodowa stanowi największe obciążenie dla budżetów szpitali
Wiceszef NFZ zaznaczył, że Fundusz oraz interesariusze (zarówno szpitale, jak i pracownicy ochrony zdrowia) cały czas czekają na decyzję minister zdrowia w sprawie wyboru wariantu rekomendacji, jaki będzie musiał zrealizować płatnik, by sfinansować podwyżki należne pracownikom od 1 lipca. Jednak bez tego wariantu i tak wiadomo, że biorąc pod uwagę poziom wynagrodzeń z 2022 roku tegoroczny koszt składany z poprzednich lat przekroczy 50 mld zł, co stanowi jedną czwartą budżetu Funduszu na ten rok. – Nie neguję konieczności tych podwyżek, które musiały mieć miejsce, ale jeśli proponuje się podwyżki, trzeba wskazać też źródła ich finansowania – mówił Augustyn, który w swoim wystąpieniu podczas inauguracji konferencji przyznał, że „ma marzenie”, by NFZ mógł działać i realizować swoje zadania w stabilnych warunkach finansowych.
Wypowiedź wiceprezesa Funduszu to ważny kontekst dla diagnozy, jaką wcześniej postawił prof. Bolesław Samoliński, specjalista w dziedzinie zdrowia publicznego, który skoncentrował się przede wszystkim na wyzwaniach z zakresu profilaktyki i prewencji, ale stwierdził również, że w ostatnich latach następuje postępująca degradacja systemu ochrony zdrowia. – Nie ma systemu, nie ma ścieżek postępowania optymalizujących efekt zdrowotny – wskazywał, dodając, że kluczową kwestią jest dostępność systemu, dostępność świadczeń, bo jeśli pacjent jest wchłaniany przez system z opóźnieniem, efekty jego leczenia nigdy nie będą tak dobre, jak wtedy, gdy diagnostyka i terapia następują bez opóźnień.
Prof. Samoliński przywołał też zaprezentowany kilka dni temu raport NIZP PZH-PIB dotyczący sytuacji zdrowotnej społeczeństwa polskiego. – Poczucie dobrego zdrowia w populacje maleje – przypomniał. Problemem nie jest jednak tylko subiektywna ocena stanu zdrowia. Ekspert podkreślał, że proste obserwacje pozwalają stwierdzić, że ze zdrowiem Polaków dzieją się rzeczy niepokojące. – W latach 70. mieliśmy kilkadziesiąt przypadków cukrzycy typu pierwszego. Dziś mamy ich kilka tysięcy – wskazywał. Potężnym problemem już w tej chwili są choroby cywilizacyjne, a bierność wobec rozpowszechniania antyzdrowotnych wyborów (nikotynizm, konsumpcja alkoholu, brak aktywności fizycznej, nieprawidłowa masa ciała, uzależnienia od nowych technologii) grozi tsunami problemów. Tylko nadwaga i otyłość uruchamiają lawinę chorób i ich powikłań.
Położenie tamy chorobom cywilizacyjnym nie jest możliwe bez postawienia na edukację zdrowotną, profilaktykę i prewencję. Prof. Samoliński przyznał, że z wprowadzeniem do szkół przedmiotu edukacja zdrowotna związane są duże nadzieje, choć to, czy zostaną one spełnione, w ogromnym stopniu zależy od tego, jak przedmiot będzie prowadzony. Jak mówił dr hab. Grzegorz Juszczyk, tysiące absolwentów zdrowia publicznego pozostają w gotowości i mogą być wykorzystane również w szkołach, do przekazywania wiedzy dzieciom i młodzieży. – To osoby, które o zdrowiu i o systemie ochrony zdrowia wiedzą bardzo dużo, potrzebują tylko przeszkolenia w zakresie pedagogiki – mówił, przyznając, że wdrażany w tej chwili model, czyli podnoszenia kompetencji nauczycieli, nie jest jedynym, który powinien być brany pod uwagę.
Ekspert wskazywał, że ostatnie decyzje resortu zdrowia, dotyczące programu Moje Zdrowie, również stwarzają większą przestrzeń dla absolwentów zdrowia publicznego. – W koszyku świadczeń gwarantowanych pojawia się w tym programie profilaktyk. Szkoda, że ma do dyspozycji tylko dwie konsultacje, staramy się o zwiększenie tej liczby – mówił. Niczego się jednak nie zrobi, jak podkreślał były dyrektor NIZP PZH-PIB, bez pieniędzy. – Na profilaktykę przeznaczamy 2 proc. budżetu na zdrowie. Jeśli na realizację kolejnej edycji Narodowego Programu Zdrowia nie będzie do dyspozycji miliardów złotych, najlepszy program zakończy się jak piękna wycieczka, w trakcie której zabrakło pieniędzy na poznawanie wspaniałych atrakcji – mówił obrazowo.
Temat finansów wybrzmiał również w odniesieniu do problemów kadrowych. Jak mówił Andrzej Tytuła, wiceprezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, mamy w tej chwili do czynienia z paradoksem: z jednej strony wynagrodzenia w zawodach pielęgniarskich wyraźnie wzrosły i stały się atrakcyjne. – Studia na pierwszym roku podejmuje ok. 12 tys. osób. Kończy je ok. 8 tys. Po PWZ zgłasza się, w zależności od roku, 4-5 tys., a jeszcze mniej podejmuje pracę w zawodzie, przede wszystkim w systemie ochrony zdrowia – wyliczał. Jedną z przyczyn są właśnie… wynagrodzenia. Dyrektorzy szpitali, choć pielęgniarek brakuje, niechętnie przyjmują do pracy nowe, bo przy obecnym poziomie finansowania, wysokości kontraktów, ta grupa zawodowa stanowi największe obciążenie dla budżetów szpitali.
Jednak to zaklęty krąg: ponieważ pielęgniarek jest za mało, te, które wchodzą do zawodu i podejmują pracę, szybko się wypalają i rezygnują z pracy, szukając zatrudnienia albo w opiece ambulatoryjnej, albo prywatnym sektorze, albo w ogóle poza ochroną zdrowia (np. w branży kosmetycznej). Ich utrzymaniu w systemie, jak mówiła Joanna Wicha, posłanka Lewicy, wiceprzewodnicząca Komisji Zdrowia (i pielęgniarka), nie sprzyja brak mentoringu, wsparcia psychologa czy wreszcie poziom poczucia bezpieczeństwa w miejscu pracy, obniżany przez coraz częstsze przypadki agresji wobec medyków.