Raport NIK jest druzgocący, choć nie sensacyjny. Jest mocnym argumentem dla rządu w rozmowach na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach, choć tych rozmów z pewnością nie ułatwi.

Fot. KPRM
Największy brak zaskoczenia. Raport NIK. Choć wydatki na ochronę zdrowia rosną, nie przekłada się to na poprawę dostępu pacjentów do świadczeń – wynika z opublikowanego w minionym tygodniu raportu Najwyższej Izby Kontroli. Wydłużył się czas oczekiwania chorych na diagnozę i leczenie, a dysproporcje między województwami się pogłębiły.
Z przeprowadzonych działań kontrolnych (w centrali i trzech wybranych oddziałach wojewódzkich) wynika, że wzrost przychodów NFZ w latach 2021-2024 nie przełożył się na poprawę dostępu pacjentów do świadczeń zdrowotnych. – W okresie objętym kontrolą wpływy do budżetu NFZ rosły bowiem wolniej niż koszty – choć przychody ogółem zwiększyły się o 8,3 proc., to uwzględniając wskaźnik inflacji, realnie zmalały, zaś koszty ogółem wzrosły o ponad 30 proc. – wskazuje NIK, przypominając, że w kontrolowanym okresie Fundusz przejął realizację szeregu dodatkowych zadań, których łączne koszty wyniosły 113 mld zł, a złożyły się na to koszty zmian wynikających z nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty z końca 2022 roku (przejęcie finansowania m.in. ratownictwa medycznego czy szczepień ochronnych) oraz koszty realizacji ustawy podwyżkowej (ponad 90 mld zł). – Utrzymanie tak wysokiej dynamiki wzrostu minimalnych płac w ochronie zdrowia w przyszłych latach i uwzględnianie go w wycenach świadczeń zdrowotnych będzie negatywnie oddziaływało na finanse Funduszu oraz ograniczało możliwość zabezpieczenia dostępu do świadczeń dla pacjentów – stwierdza NIK.
„Wstrząsający”, „druzgocący” – w ten sposób media anonsowały w minionych dniach materiały na temat raportu, i w sumie słusznie, bo informacje w nim podane z pewnością można w ten sposób określić. Ale równie dobrze można byłoby użyć określenia „niezaskakujący” i „przewidywalny”. Trudno bowiem nie zauważyć, że zarówno od strony finansowej, jak i dowodów (w postaci twardych danych) o wpływie destrukcji równowagi finansów NFZ na dostępność świadczeń dla pacjentów, wszystkie informacje znane były już co najmniej od roku. Rok temu ukazał się pierwszy raport o luce finansowej NFZ, a jeszcze wcześniej przed realizacją negatywnych dla płatnika i obywateli scenariuszy ostrzegali autorzy Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia. Również lektura archiwalnych odcinków „Studium kryzysu” pozwoliłaby odnaleźć sporo wątków, które w tej chwili NIK usystematyzowała i scaliła w postaci raportu. Raport jest druzgocący, ale na pewno nie – sensacyjny.
Raport NIK potwierdza to, co w „Studium” pisaliśmy przed tygodniem: całość odpowiedzialności za dewastację finansów NFZ spoczywa na tych, którzy podejmowali decyzje w 2022 roku (czyli na rządzie Prawa i Sprawiedliwości). Duża część odpowiedzialności za obecną sytuację spoczywa jednak na obecnym rządzie.
Na uwagę w raporcie Izby z pewnością zasługują wnioski, wśród nich te skierowane do ministra zdrowia. NIK wnosi o podjęcie działań zmierzających do poprawy sytuacji finansowej płatnika publicznego oraz dostępu do świadczeń zdrowotnych dla osób uprawnionych. I stwierdza, że minister zdrowia co prawda „zadeklarował w stanowisku do Informacji realizację sformułowanych w wyniku kontroli wniosków, jednakże NIK z zaniepokojeniem odnotowała fakt, iż nie przedstawił żadnych, poza wsparciem z budżetu państwa dla NFZ, rozwiązań systemowych zmierzających do poprawy sytuacji finansowej płatnika.”
To też już wiemy. Przez ostatnich kilkanaście miesięcy Ministerstwo Zdrowia umniejszało problem, podobnie zresztą jak cały rząd, kładąc akcent na „rosnące nakłady na zdrowie”, wbrew oczywistym faktom. Rzeczywiście wstrząsających raportów ekspertów na temat zagrożeń płynących z powiększania się luki w finansach NFZ nie dostrzegano, nie analizowano, nie wyciągano wniosków. I – niestety – nic nie wskazuje, by miało się to w dającej się przewidzieć przyszłości zmienić. Poza podjęciem próby wyhamowania skutków ustawy podwyżkowej, bo taka ma być podjęta.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Premier o ochronie zdrowia. Trudno uznać, co jest największym zaskoczeniem: czy fakt, że w godzinnym przemówieniu poprzedzającym wniosek o wotum zaufania Donald Tusk znalazł czas na aluzje do bieżących wydarzeń sportowych i okołosportowych, a nie znalazł nawet pół minuty dla ochrony zdrowia, w której sytuacja z pewnością jest kryzysowa, czy to, co mówił pod koniec debaty, odpowiadając na pytania posłów. Tusk ogłosił, że w przyszłym roku nakłady wzrosną o 25 mld zł i że priorytetem będzie przeznaczenie tych środków na potrzeby pacjentów, a nie kolejne podwyżki. – Przygotowujemy plany, także w działaniach Narodowego Funduszu Zdrowia, aby te pieniądze w maksymalnym stopniu trafiły na działania, które będą sprzyjać pacjentom, a nie będą przekierowane w jakimś istotnym procencie na wzrost wynagrodzeń – mówił premier.
– To lekarze i profesjonaliści medyczni leczą – przypomnieli natychmiast lekarze z OZZL. Ale nie chodzi tylko (i nawet nie przede wszystkim) o wynagrodzenia obecnie pracujących w systemie. Obecny poziom nakładów i obecna struktura wydatków dają zerową przestrzeń do zatrudniania nowych pracowników, a jednym z głównych problemów polskiego systemu ochrony zdrowia jest niski wskaźnik w nim pracujących w przeliczeniu na wielkość populacji. Niższy niż średnia unijna nawet o 40 proc. Bez zwiększenia liczby osób pracujących w sektorze zdrowia i wsparcia społecznego (i nie chodzi tu wcale o lekarzy), nie będzie funkcjonalnego systemu, nie poprawi się ani dostępność, ani jakość świadczeń (jak podkreślają eksperci, nie ma możliwości budowania jakości bez poprawy dostępności). Środki, o których mówi premier, powinny iść na wynagrodzenia, choć już niekoniecznie – na tak jak w tej chwili zaprojektowane podwyżki.
Ale przede wszystkim zapowiedziane 25 mld zł to ułuda wzrostu. To jedynie realizacja wynikającego z ustawy przychodowej minimum (6,8 proc. PKB, oczywiście N-2, czyli ok. 248 mld zł). Będziemy mieć wzrost o 25 mld zł wobec niespełna 223 mld zł, zaplanowanych na 2025 rok, choć już w tej chwili wiadomo, że w tym roku budżet państwa dołoży do zdrowia dwucyfrową (liczoną w miliardach) kwotę, choć jeszcze nie wiadomo, jak dużą i nie wiadomo przede wszystkim, czy pokryje ona wszystkie potrzeby systemu. Zarówno ten, jak i poprzedni rok pokazały bez żadnych złudzeń, że ustawa przychodowa nie powinna być żadnym punktem odniesienia i tak naprawdę, jeśli mamy odejść od scenariuszy narastającej katastrofy, powinna być bardzo szybko zmieniona. Niestety, choć politycy to wiedzą, wolą udawać – dotyczy to zarówno poprzedniej, jak i obecnej ekipy, że „nakłady na zdrowie rosną w historycznym tempie”.
Największe wyzwanie. Wynagrodzenia. 25 czerwca Ministerstwo Zdrowia zamierza przedstawić Prezydium Zespołu Trójstronnego propozycje zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, które miałyby zacząć działać już w 2026 roku (trudno nie zauważyć, że tempo prac nad tymi zmianami musiałoby być iście olimpijskie). Tymczasem uwaga koncentruje się wokół kwestii podwyżek tegorocznych. Przez ponad tydzień Ministerstwo Zdrowia nie ujawniło szczegółów rekomendacji AOTMiT i nie ogłosiło, który z wariantów wzrostu wycen będzie realizować NFZ, czyli – mówiąc najprościej – ile środków świadczeniodawcy otrzymają tytułem rekompensaty wzrostu kosztów od 1 lipca. Minister zdrowia zdaje się nie brać pod uwagę, jak realizacja tegorocznej edycji podwyżek wpłynie (wpływa) na wiarygodność strony rządowej w rozmowach o przyszłości. Rozmowach, które i tak będą ekstremalnie trudne.
Największy znak zapytania. Lipcowa rekonstrukcja. Czy minister zdrowia jest na liście premiera „do zrekonstruowania”? Trwają spekulacje w mediach, według jednych, dobrze poinformowanych, dziennikarzy, jest – i to bardzo wysoko, według innych – nazwiska Izabeli Leszczyny próżno tam szukać. Czyli – klasyka. Są dwie przesłanki, które każą sądzić, że rzeczywiście minister zdrowia nie musi się spieszyć z pakowaniem. Pierwsza to nieobecność tematu ochrony zdrowia w wystąpieniu premiera. Nic nie wskazuje, by Donald Tusk zmienił nastawienie i docenił wagę tego segmentu życia publicznego, co potwierdzają również słowa o planowanym wzroście nakładów w przyszłym roku. Druga to oczywisty fakt, że najbliższe miesiące będą czasem zbierania plonów wszystkich nieoptymalnych, a tak naprawdę złych decyzji (wliczając również zaniechania) w obszarze zdrowia, podjętych od grudnia 2023 roku, czyli od objęcia rządów przez koalicję 15 października. Po co zmieniać ministra w momencie, w którym następca już na samym początku musiałby walczyć bez szans na sukces?
Jest też jedna, niesłaba wcale, przesłanka wskazująca, że do rekonstrukcji w Ministerstwie Zdrowia może dojść. Już poza salą sejmową Donald Tusk, pytany o możliwości wprowadzania zmian w sytuacji, gdy rząd będzie musiał się liczyć z prezydenckim sprzeciwem, stwierdził (powtarzając to, co zasygnalizował wcześniej w telewizyjnym wystąpieniu), że dużą część zmian można wprowadzić poza ustawami, a ochrona zdrowia, jeśli będzie ścisła współpraca MZ, Kancelarii Premiera i NFZ, jest jednym z obszarów, w których można to zrealizować.
Patrząc wstecz, współpracy MZ i NFZ niczego zarzucić nie można, jednak już na linii MZ i KPRM lista przykładów, że nie układa(ła) się ona optymalnie, nie jest krótka. Począwszy od sztandarowej ustawy szpitalnej. Pojawiają się dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze, dlaczego rząd nie skorzystał z możliwości, o której mówi Tusk, przez osiemnaście miesięcy (czy nawet rok), skoro głównym powodem wstrzymywania prac nad ustawami było spodziewane weto Andrzeja Dudy. Po drugie, z jakich powodów do tej pory brakowało „ścisłej współpracy”, uniemożliwiającej normalną legislację?
Niezależnie od odpowiedzi, wydaje się, że jeśli Tusk na serio bierze pod uwagę możliwość wprowadzania zmian poza ścieżką ustawową, musi albo wymienić kierownictwo Ministerstwa Zdrowia, które nie jest, mówiąc oględnie, monolitem, albo – wprowadzić superministra do Kancelarii Premiera, utrzymując obecny skład na Miodowej dla zachowania koalicyjnego status quo.