Nie ulega żadnej wątpliwości, że to stan faktyczny nakładów na zdrowie jest główną przyczyną kryzysu czy też kryzysów w całym obszarze i determinuje ich gwałtowność w stopniu o wiele większym niż wadliwa, nieprzemyślana i budząca kontrowersje ustawa podwyżkowa.

Fot. Adobe Stock
- Potrzebujemy twardej, opartej na faktach dyskusji o pieniądzach na zdrowie, jeszcze bardziej potrzebujemy decyzji w tym zakresie. Wstęp już jest: analiza NIK z wykonania budżetu na 2024 rok
- W o ile lepszej sytuacji byłoby dziś MZ, gdyby w styczniu 2024 roku Izabela Leszczyna stanęła po stronie prawdy, nie tylko przyznając publicznie, że ustawa przychodowa jest oparta na kłamstwie (co zrobiła), ale przede wszystkim doprowadzając do usunięcia z przepisów oszukańczego n-2
- To, czy mijamy „na papierze” kolejne kamienie milowe, a wydatki „szybują” w okolice 6,5 czy 6,8 proc. PKB, nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli dostęp do terapii lekowych jest ograniczany, a terminy konsultacji czy zabiegów przekładane, odpowiedzią jest (nawet jeśli nie wyłącznie) – 5 proc. PKB
- Prezes NRL stawia tezę, że członkowie Zespołu Trójstronnego z pewnością nie będą chcieli zdestabilizować publicznego systemu ochrony zdrowia przez dokonanie „zamachu” na lekarskie wynagrodzenia, ale pojawiające się w ostatnich tygodniach informacje każą przypuszczać, że taka próba może zostać jednak podjęta
Największy brak zaskoczenia. NIK o 5 proc. PKB na zdrowie. Nihil novi. W „Studium kryzysu” piszemy o tym regularnie od kilku lat przywołując przede wszystkim dane OECD, ale również wyliczenia ośrodków eksperckich i własne szacunki a także raczej niezbyt głośne wypowiedzi polityków, którym wybitnie nie na rękę jest nagłaśnianie wyniku niezbyt skomplikowanych działań matematycznych, cóż, że wykonywanych na naprawdę dużych liczbach, bilionach i miliardach. W minionym tygodniu kropkę nad i postawiła Najwyższa Izba Kontroli w analizie z wykonania budżetu za ubiegły rok, zachowując się niczym dziecko z baśni o szatach cesarza: – Zaplanowane na rok 2024 nakłady na służbę zdrowia stanowiły 5,09 proc. PKB. To mniej niż wynika z ustawowego wskaźnika na ten rok, według którego nakłady te powinny wynieść 6,2 proc. PKB.
„NIK uderza w Ministerstwo Zdrowia” – cieszy się część mediów, osobliwie tych sympatyzujących (eufemizm) z poprzednim rządem, w napadzie amnezji pomijając, że to rząd PiS wymyślił kłamliwą metodę n-2, która w połączeniu z wysoką inflacją w latach 2021-2023 przekreśliła jakikolwiek sens ustawy przychodowej, a mapa drogowa dochodzenia do 7 proc. PKB (2027 rok) przypomina kiepski żart.
– Nakłady na zdrowie i metodologia określone są ustawowo i w odniesieniu do tych regulacji ustawowych – nakłady na ochronę zdrowia rosną – przekazała rzeczniczka resortu Renata Jeziółkowska – donosi PAP.
Oczywiście, można powiedzieć, że NIK „nie doczytała” ustawy, że przecież 6,2 proc. PKB odnosi się do PKB z 2022 roku, więc wszystko (na papierze) się zgadza, a wiadomo – urzędników rozlicza się przede wszystkim z tego, co na papierze. Nowe szaty cesarza w oczach dworzan w baśni Hansa Christiana Andersena bez wątpienia też prezentowały się olśniewająco, a nawet jeśli nie – żadnemu z nich nie przyszłoby na myśl wyrazić to, co bez żadnego skrępowania powiedziało „niewinne dziecko”. Na marginesie – podczas lektury tej baśni zbyt często chyba skupiamy się na wyśmiewaniu władcy, jego dworzan i milczących poddanych, zapominając zgoła o ekipie oszustów, którzy całą tę historię misternie utkali za niemałe, namacalne (w przeciwieństwie do szat) korzyści.
Mówienie prawdy w przestrzeni publicznej jest trudne do przecenienia (jako dobro deficytowe), a NIK niewątpliwie ma pełne prawo (a nawet obowiązek, w ramach funkcji kontrolnej) mówić, jak jest naprawdę, a nie „na papierze”. Bo nie ulega żadnej wątpliwości, że to stan faktyczny nakładów na zdrowie jest główną przyczyną kryzysu czy też kryzysów w całym obszarze i determinuje ich gwałtowność w stopniu o wiele większym niż wadliwa, nieprzemyślana i budząca kontrowersje ustawa podwyżkowa. O której można powiedzieć wiele złego, ale nie można nie dodać, że wiele problemów dzięki niej zniknęło (pojawiły się nowe, to fakt).
Największe wyzwanie. Rozmowy o pieniądzach. W o ile lepszej (innej) sytuacji byłoby dziś Ministerstwo Zdrowia, gdyby w styczniu 2024 roku Izabela Leszczyna poszła za głosem ekspertów, za głosem samorządu lekarskiego i stanęła po stronie prawdy, nie tylko przyznając publicznie, że ustawa przychodowa jest oparta na kłamstwie (co zrobiła), ale przede wszystkim doprowadzając do naprawienia grzechu pierworodnego, czyli usunięcia z przepisów oszukańczego n-2 (czego nie zrobiła). Wyjaśnienie Leszczyny, że nie zostanie ministrem zdrowia, za którego rządów spadną oficjalne wydatki na zdrowie, dowodzi, że bez względu na barwy politykom bliższe jest to, co „na papierze”, niż stan faktyczny.
Problem w tym, że realia, w jakich poruszają się obywatele, determinuje w każdym obszarze stan faktyczny. W przypadku ochrony zdrowia – 5 proc. PKB (czy też bliskie okolice tego poziomu). To, czy mijamy „na papierze” kolejne kamienie milowe, a wydatki „szybują” w okolice 6,5 czy 6,8 proc. PKB (n-2, oczywiście), nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli dostęp do terapii lekowych jest ograniczany, a terminy konsultacji czy zabiegów przekładane, odpowiedzią jest (nawet jeśli nie wyłącznie) – 5 proc. PKB. Mówią o tym zresztą i przedstawiciele Narodowego Funduszu Zdrowia, którzy w ostatnich miesiącach przyznają otwarcie, że Fundusz dzieli wyłącznie te środki, które ma do dyspozycji (tu kreatywna księgowość nie znajduje zastosowania), a polskie wydatki na ochronę zdrowia należą do najniższych w Europie.
Należałyby do najniższych, trzeba powiedzieć otwarcie, również wtedy, gdy wydawalibyśmy ze środków publicznych nie 5,1–5,4 proc. PKB, ale realne 6,5–6,8 proc., choć awans byłby widocznym gołym okiem – prześcignęlibyśmy m.in. Węgry, Estonię, Litwę (ale już nie Chorwację). Czechy z ich 8 proc. PKB nadal byłyby poza zasięgiem.
O tym wszystkim jednak politycy nie chcą rozmawiać. W najbliższych dniach rozpoczną się natomiast rozmowy (czytaj – Ministerstwo Zdrowia przedstawi stanowisko) na temat wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Bo, jak mówił premier, pieniądze na zdrowie mają w większym stopniu być przeznaczane na „pacjentów i leczenie, procedury”, a nie na wyższe zarobki medyków.
Największy znak zapytania. Ile może (powinien) zarabiać lekarz? Zgromadzenie Ogólne Związku Powiatów Polskich wzywa do niezwłocznego podjęcia prac legislacyjnych nad zmianą zasad kształtowania wynagrodzeń w sektorze ochrony zdrowia. – Osoby wykonujące zawody medyczne powinny być godziwie wynagradzane, ale nie oznacza to, że poziom ich wynagrodzeń powinien być kształtowany w oderwaniu od realiów gospodarczych naszego kraju, a tak się obecnie dzieje – wskazują samorządowcy, którzy postulują między innymi określenie maksymalnego pułapu wynagrodzeń, również (a może przede wszystkim) pracowników kontraktowych. – Sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli. Z uwagi na brak wystarczającej liczby lekarzy podmioty lecznicze zmuszone są zapłacić każdą stawkę, aby zatrzymać u siebie lekarzy. Dyrektorzy szpitali często są wręcz szantażowani groźbą odejścia całych zespołów, jeżeli wygórowane żądania płacowe nie zostaną spełnione. Zdajemy sobie sprawę, że zawód lekarza wymaga ukończenia wymagających studiów oraz poświęcenia kilku lat na zdobycie specjalizacji. Nie uzasadnia to jednak tolerowania sytuacji, w której ze środków publicznych comiesięcznie wypłacane są wynagrodzenia rzędu 70–80 tys. zł i więcej – podkreśla ZPP.
Nie ma żadnych wątpliwości, że będzie to jeden z wątków, jakie wybrzmią podczas rozmów w ramach Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej w opublikowanej w minionym tygodniu na naszym portalu rozmowie stawia tezę, że członkowie Zespołu Trójstronnego z pewnością nie będą chcieli zdestabilizować publicznego systemu ochrony zdrowia przez dokonanie „zamachu” na lekarskie wynagrodzenia, ale pojawiające się w ostatnich tygodniach informacje, wypowiedzi mniej lub bardziej oficjalne każą przypuszczać, że taka próba może zostać jednak podjęta.
Z jakim skutkiem? Wszystko zależy od determinacji strony rządowej do dokonania głębszych niż kosmetyczne zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Jeśli coś łączy związkowców i pracodawców, to właśnie chęć redukcji „nierówności” w zarobkach. Trwałość takiej koalicji nie jest wcale przesądzona, bo na razie rząd może zaoferować jedynie tyle, że lekarze kontraktowi stracą więcej niż wszyscy pozostali. Czy będzie to wystarczająca motywacja do wyrażenia zgody (albo przynajmniej powstrzymania się od protestów) na ograniczenie skali podwyżek dla wszystkich pracujących w sektorze?