Szpitale czekają na tę ustawę. Będziemy chcieli uchwalić ją jak najszybciej – mówiła w środę podczas spotkania z dziennikarzami minister zdrowia Izabela Leszczyna, podkreślając, że projekt zmian w ustawach o świadczeniach zdrowotnych i działalności leczniczej, nazywany „reformą szpitalnictwa” trafia do Sejmu dobrze przedyskutowany. Czy znajdzie wystarczające poparcie?

Fot. KPRM
Projekt nowelizacji dwóch ustaw zdrowotnych, zawierający pakiet rozwiązań dla szpitali, przede wszystkim powiatowych, we wtorek został zaakceptowany przez rząd i został skierowany do Sejmu. Minister Izabela Leszczyna zasugerowała nawet podczas środowego spotkania z dziennikarzami, że może on trafić jeszcze na biurko prezydenta Andrzeja Dudy, choć wydaje się to w praktyce niemożliwe. Leszczyna przyznała, że resortowi zdrowia zależy na czasie, choć – dopytywana przez nas o kalendarz prac – zaznaczyła, że nie zamierza naciskać na parlament, by ograniczył debatę nad proponowanymi rozwiązaniami. Przypomniała jednocześnie, że prace nad ustawą „o ratowaniu szpitali powiatowych” trwają od niemal roku (pierwszy projekt został zaprezentowany w sierpniu 2024 roku), a obecny kształt przedłożonych propozycji to wynik „ucierania się” kolejnych wersji.
Minister zdrowia zapewniła, że w jej ocenie ustawa może liczyć na poparcie wszystkich koalicjantów, zadeklarowała również spotkania z klubami parlamentarnymi. Ustawę, przyjętą przez rząd, akceptują, jak mówiła, przedstawiciele wszystkich partii tworzących koalicję rządową w kierownictwie resortu zdrowia, żadnych zastrzeżeń nie zgłaszali też liderzy polityczni tych ugrupowań. W ocenie minister Leszczyny podczas głosowania ustawa będzie mieć więc wystarczającą większość (warto przypomnieć, że pierwsza wersja projektu, przygotowanego przez resort zdrowia została zatrzymana przede wszystkim przez sprzeciw mniejszych koalicjantów wobec konkretnych propozycji).
Szpitale czekają nie tylko w Bieszczadach
Minister Leszczyna tłumaczyła, że na poziomie szpitali ustawa jest bardzo oczekiwana, a dyrektorzy wielu placówek dopytują, dlaczego przepisy, dające im narzędzia, a w każdym razie szansę radzenia sobie w trudnej sytuacji, nie weszły jeszcze w życie. Pytana przez dziennikarzy, gdzie widzi główne źródła oporu przeciw ustawie i powody problemów z jej przyjęciem, wskazała obawy na szczeblu powiatów związane z wpływem zmian na lokalną społeczność. Leszczyna przypomniała jednocześnie, że zadaniem ministra zdrowia nie jest dbanie o lokalny rynek pracy, a dostępność i jakość świadczeń zdrowotnych dla obywateli. Podkreśliła też, że choć w Polsce w ośmiu powiatach, historycznie, nie ma szpitali (jednym z takich powiatów jest małopolski powiat wielicki, graniczący m.in. z Krakowem), mieszkańcy nie są pozostawieni samym sobie, a nowe przepisy zobligują NFZ, jeśli tak zostaną zdefiniowane potrzeby mieszkańców, do rozpisania konkursu na prowadzenie Powiatowego Centrum Zdrowia w powiecie.
Celem ustawy, jak podkreślała szefowa resortu zdrowia, jest uratowanie szpitali powiatowych, a nie ich zamykanie czy obowiązkowe przekształcanie. Kierunek to konsolidacja i – przynajmniej częściowo – zmiana profilów oddziałów. Przykładem jest, jak mówiła Leszczyna, sytuacja z województwa podkarpackiego i nagłośniona w ostatnich tygodniach sprawa „ostatniej porodówki” w Bieszczadach w zadłużonym szpitalu w Lesku. Leszczyna przypominała, że choć w szpitalu rodzi się dramatycznie mało dzieci, tę porodówkę trzeba będzie utrzymać w ramach „szpitala bieszczadzkiego”, który ma powstać z trzech szpitali (Lesko, Ustrzyki Dolne i Sanok) – a ułatwią to właśnie przepisy ustawy o szpitalnictwie, jeśli zostaną uchwalone (i podpisane przez prezydenta). Szpital bieszczadzki miałby działać w trzech lokalizacjach, ale aby to miało sens, muszą się one podzielić oddziałami. Jednym z głównych problemów szpitali powiatowych, jak tłumaczyła minister zdrowia, jest potrójne konkurowanie – o kontrakt z NFZ, o kadry (przede wszystkim lekarzy) i o pacjentów. Wskazywała, że choćby oddziały chirurgii w wielu szpitalach powiatowych mają obłożenie rzędu 60 proc. lub mniej, co sprawia między innymi, że nie dokonują racjonalizacji piramidy świadczeń, nie wykonują procedur w trybie ambulatoryjnym, utrzymując zbędne hospitalizacje, bo tylko w ten sposób mogą zrealizować ryczałt.
Jeden lekarz – jeden kontrakt?
W faktycznej restrukturyzacji bazy szpitalnej niewątpliwie pomogłyby również decyzje dotyczące kadr medycznych. Leszczyna podkreśliła, że lekarzy mamy cały czas za mało, dlatego – w jej ocenie – przynajmniej część nowych szkół medycznych prowadzących kierunek lekarski może się „dobrze przysłużyć systemowi ochrony zdrowia” (minister zapewniła jednocześnie, że nie jest zwolenniczką kształcenia w placówkach, które nie spełniają warunków kontrolowanych przez Polską Komisję Akredytacyjną). Do czasu wykształcenia większej liczby lekarzy musimy bazować na tych, którzy pracują w systemie, a minister chciałaby (mówiła o tym w opublikowanym we wtorek wywiadzie), by lekarze przestali być „komiwojażerami” jeżdżącymi między szpitalami. Ideałem byłby model, w którym lekarz pracuje w jednym miejscu pracy, ale w środę minister zdrowia nieco urealniła obraz, jednocześnie go uszczegóławiając. Choć nie ma twardych propozycji, Leszczyna mówiła o prawie publicznego płatnika do wpłynięcia na kształt kontraktów, jakie szpitale podpisują z lekarzami, na przykład przez wpisanie do niego, że lekarz musi pracować przynajmniej w wymiarze pół etatu w danej jednostce, a od swojego głównego pracodawcy – być może – musi otrzymywać zgodę na podjęcie pracy w innej placówce. – Docierają do nas również inne postulaty, na przykład dotyczące zakazu łączenia pracy w publicznym i prywatnym sektorze – przyznała szefowa resortu zdrowia.