Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Minister zdrowia może przetrwać rekonstrukcję rządu, bo premier ma głowę zajętą problemami natury politycznej zupełnie innego kalibru. To jednak nie oznacza, że w ochronie zdrowia nic się nie wydarzy.


Fot. KPRM

  • Pisząc o tym, ile lekarze zarabiają, trzeba zawsze pisać też – ile pracują. Niekoniecznie dlatego, że napędza ich chciwość, bo zbyt często jest to świadomość, że nikt inny na dyżur nie przyjdzie, więc alternatywą jest zamknięcie oddziału
  • Pozycja przewodniczącej Komisji Zdrowia będzie w najbliższym czasie przechodzić poważne stres-testy, których wynik trudno w tej chwili przesądzić
  • Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że resort zdrowia jest bardzo wysoko w rekonstrukcyjnych planach premiera, w tej chwili lista priorytetów Donalda Tuska będzie inna
  • Koncentracja (konsolidacja) świadczeń specjalistycznych, będąca od lat jednym z motywów przewodnich dyskusji o koniecznych zmianach w systemie (choćby w kontekście jakości) jeszcze nigdy nie była tak bliska przejścia z etapu teorii do praktyki

Największy (mimo wszystko) brak zaskoczenia. Pokaż lekarzu… Wielki odzew wywołał w minionym tygodniu tekst opublikowany przez tygodnik „Newsweek Polska”, dotyczący wpływu ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia na rynek motoryzacji.

Nie obędzie się bez cytatu. „Czas sprzed wprowadzenia nowelizacji ustawy o najniższym wynagrodzeniu medyków i po nim określam w markach samochodów – mówi dyrektor szpitala powiatowego w zachodniej Polsce. Przed uzależnieniem najniższej pensji pracowników służby zdrowia od przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej minimalna pensja lekarza specjalisty wahała się w granicach 7 tys. zł brutto. Przed szpitalem parkowały głównie toyoty. Pod koniec 2022 r., kiedy minimalna wypłata lekarza specjalisty skoczyła do 8210 zł, na parkingu zaczęły się pojawiać modele Lexusa. W 2024 r., kiedy wraz ze wzrostem przeciętnego wynagrodzenia do kieszeni lekarzy miało trafić minimalnie 10 375 zł gołego etatu, przed szpitalem zaczęły parkować mercedesy. Na początku tego roku dołączyły do nich dwie tesle”.

Nie czas i miejsce dociekać, czy to właściciele skromnych toyot w ciągu niespełna trzech lat uzbierali na to, by zasilić finansowo Elona Muska, czy też wcześniej dojeżdżali do pracy rowerem, każdą złotówkę ściubiąc na wymarzoną teslę, bez inwestowania w paliwo i obowiązkowe ubezpieczenie (choć kusi, by nie tylko autorce tekstu, ale i redakcji tygodnika zadać kilka dość oczywistych pytań).

Bo niewątpliwie, kimkolwiek jest „dyrektor szpitala powiatowego w zachodniej Polsce”, orientację w sytuacji ekonomicznej specjalistów (których artykuł dotyczy) ma niepospolicie nikłą, zaś odmierzanie zmian w markach samochodów to koncept stary, by nie powiedzieć – zaśmierdły. Latem 2007 roku, gdy w końcówce rządu Jarosława Kaczyńskiego Sejm pracował nad ustawą o podwyżkach dla pracowników ochrony zdrowa, ówczesny wicepremier Ludwik Dorn, odpowiadając na pytanie dziennikarza na temat opóźnień w procedowaniu przepisów stwierdził (kontekstem był zapowiadany protest lekarzy), że on bardziej niepokoi się o pielęgniarki („białe miasteczko” pod Kancelarią Premiera) niż lekarzy. – Pokaż lekarzu, co masz w garażu – zażartował. Motoryzacyjną lustrację powtórzył kilka lat później Bartosz Arłukowicz, wypominając lekarzom rodzinnym, spierającym się z Ministerstwem Zdrowia o warunki kontraktowania świadczeń POZ, jakimi samochodami przyjeżdżają na negocjacje do resortu zdrowia. Aż dziw bierze, że na kolejną turę rozmów delegacja nie udała się nie tylko pieszo, ale na kolanach…

Wracając do wiedzy dyrektora szpitala (i nie tylko). Osobom postronnym może trudno w to uwierzyć, ale miesięczne zarobki rzędu 100 tys. zł dla specjalisty (niekoniecznie w jednym szpitalu) zdarzały się już ponad dekadę temu. Co więcej, nie była to żadna tajemnica. Mówimy oczywiście o przychodach za czas pracy znacząco przekraczający wymiar jednego etatu, z wieloma dyżurami i znakomicie wycenionymi procedurami znikomej części dużej grupy zawodowej. W tej chwili 100 tys. zł „spowszedniało” (skumulowana inflacja, przekraczająca 55 proc., zrobiła swoje), ale nadal ten pułap przychodów (zarobków, ale na pewno nie wynagrodzeń) osiąganych w systemie publicznym nie jest powszechnym doświadczeniem lekarzy, nawet specjalistów. Być może więcej dowiemy się, kiedy AOTMiT – są takie plany – będzie mogła pozyskiwać dane dotyczące kontraktów „na PWZ”, dziś można bazować jedynie na deklaracjach dotyczących przedziałów zarobków z rozmaitych ankiet. A pisząc o tym, ile lekarze zarabiają, trzeba zawsze pisać też – ile pracują. Niekoniecznie dlatego, że napędza ich chciwość, bo zbyt często jest to świadomość, że nikt inny na dyżur nie przyjdzie, więc alternatywą jest zamknięcie oddziału.

Największa porażka. Komisja Zdrowia. Koalicja Obywatelska karze finansowo troje posłów, których nieobecność na środowym posiedzeniu Komisji Zdrowia zaowocowała triumfem opozycji w głosowaniu nad opinią do projektu planu finansowego NFZ na 2026 rok. Mówiąc wprost i nie owijając w bawełnę, koalicja rządząca dała się koncertowo ograć, czego można się było spodziewać, patrząc na styl prowadzenia posiedzeń przez obecną przewodniczącą.

Kara się posłom należała (zresztą wymierzona została w dość symbolicznej wysokości), bo obecność na posiedzeniach komisji jest ich obowiązkiem (w przeciwieństwie do posiedzeń plenarnych, na których żaden poseł nie musi przesiadywać „od dzwonka do dzwonka”, bo liczą się obecność podczas głosowań i – ewentualnie – aktywność poselska, udział w debatach dotykających obszarów, jakimi dany parlamentarzysta się zajmuje), koniec, kropka. Ale tak naprawdę porażka w głosowaniu nad planem finansowym jest drugą w ostatnim czasie „wtopą” posłanki Marty Golbik jako szefowej Komisji Zdrowia. Pierwsza to oczywiście nieszczęsna uchwała w sprawie sprzeciwu wobec straszenia prywatyzacją, sama w sobie kuriozalna, ale za to z numerem druku sejmowego, figurująca na stronach Sejmu, stająca się częścią historii polskiego parlamentaryzmu (nie ma wątpliwości, że opozycja nie pozwoli koalicji rządowej i opinii publicznej zapomnieć o tym „cudzie”). Trudno oprzeć się wrażeniu, że pozycja przewodniczącej Komisji Zdrowia będzie w najbliższym czasie przechodzić poważne stres-testy, których wynik trudno w tej chwili przesądzić.

Negatywne zaopiniowanie projektu planu finansowego przez Komisję Zdrowia ma wymiar jedynie polityczny i jest (kolejną) polityczną porażką rządzącej koalicji. Można jednak postawić pytanie, czy Komisja Zdrowia powinna go poprzeć? Formalnie nie ma powodów do odrzucenia, NFZ przygotował plan taki, jaki mógł przygotować, posiłkując się dostarczonymi danymi i wskaźnikami. Jednak gołym okiem widać, że plan nie ma prawa się „spiąć”.

Największy znak zapytania. Co z tą rekonstrukcją? Miała być 15 lipca, będzie później. Złośliwi mówią, że to raczej dekonstrukcja niż rekonstrukcja, ale złych języków słuchać nie trzeba. Jednak o ile jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że resort zdrowia jest bardzo wysoko w rekonstrukcyjnych planach premiera, w tej chwili – widać to bardzo wyraźnie, nie potrzeba dostępu do poufnych informacji – lista priorytetów Donalda Tuska będzie inna, a punkt ciężkości (uwaga premiera) przesuwa się nieuchronnie w kierunku koalicjantów, a zwłaszcza jednego z nich. A resort zdrowia najwyraźniej przechodzi do ofensywy, patrząc na ostatnie enuncjacje ze spotkania z partnerami społecznymi i tanio skóry nie zamierza oddawać, roztaczając wizje (na ile realne, czas pokaże) porządkowania obszaru wydatków ochrony zdrowia w części wynagrodzeń personelu medycznego, zwłaszcza zaś lekarzy. Wyjątkowo złośliwi (i podejrzliwi) łączą zresztą publikacje medialne na newralgiczny temat (przywoływany już materiał „Newsweeka” to pewne ekstremum, ale przykłady można mnożyć) ze wzmożeniem premiera dotyczącym podziału wzrostu nakładów na zdrowie (wzrostu, którego – można już ocenić – realnie nie będzie, przynajmniej na etapie planowania): więcej dla pacjentów niż dla pracowników. Cokolwiek to oczywiście będzie znaczyć.

Największe wyzwanie. Kontrakty. Ministerstwo Zdrowia zapowiada pakiet zmian w umowach, jakie działające na podstawie umowy z NFZ szpitale będą mogły zawierać ze specjalistami. I nie ulega żadnej wątpliwości, że jeśli te propozycje uda się wprowadzić, konsekwencje będą ogromne. Warto przypomnieć, że idea „jeden lekarz – jeden szpital” była marzeniem wielu ministrów zdrowia, jeden (prof. Łukasz Szumowski) próbował ją nawet wprowadzać, oferując wynagrodzenie w wysokości 6750 zł specjalistom pracującym na etacie, którzy podpiszą deklarację wyłączności (lojalności). Bardzo, bardzo szybko okazało się, że chcieć i móc to zupełnie dwie różne sprawy – lekarze nie mieli problemu z podpisaniem deklaracji, natomiast problemy zaczęły mieć szpitale (a raczej MZ i NFZ, zdając sobie sprawę z zagrożenia, zawczasu otwarły tyle furtek, że z lojalności została tylko podwyżka dla specjalistów). Piękne to były czasy…

Analizując zapowiedzi czy też propozycje resortu zdrowia, można stwierdzić jedynie, że koncentracja (konsolidacja) świadczeń specjalistycznych, będąca od lat jednym z motywów przewodnich dyskusji o koniecznych zmianach w systemie (choćby w kontekście jakości) jeszcze nigdy nie była tak bliska przejścia z etapu teorii do praktyki. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Zupełnie na marginesie, choć niezupełnie bez związku, rządowy projekt „ustawy o ratowaniu szpitali powiatowych” został skierowany do pierwszego czytania w Komisji Zdrowia.

13.07.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.