Jolanta Sobierańska-Grenda, prawniczka z wieloletnim doświadczeniem w zarządzaniu w obszarze ochrony zdrowia z Pomorza, zastąpi Izabelę Leszczynę na stanowisku ministra zdrowia. „Chcę fachowca, nie polityka” – miał mówić premier Donald Tusk, szukając kandydata. Nowa minister jest fachowcem, ale czy brak doświadczenia politycznego to na pewno atut?
- Jednym z głównych wyzwań stojących w tej chwili przed systemem ochrony zdrowia jest konsolidacja szpitali, a prezes spółki Szpitale Pomorskie na konsolidacji zna się wyśmienicie
- Sobierańska-Grenda nie tylko pracowała w systemie, ale go w pewnym stopniu kształtowała w ramach trudnego (zawsze) procesu restrukturyzacji i konsolidacji podmiotów leczniczych
- Nie-politykom niezwykle trudno jest odnaleźć się w świecie polityki, który rządzi się swoimi prawami
- Doświadczenie polityczne ministrowi zdrowia potrzebne jest w każdych okolicznościach, ale w nadchodzącym czasie będzie miało ono, albo jego brak, szczególną wagę
- Wszystko jednak, i tak, zależy od premiera. Konkretnie od tego, jaką przestrzeń – również w wymiarze finansowym – da nowej szefowej resortu zdrowia
Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. NIL
Hasło: „Konsolidacja szpitali”, odzew: „Jolanta Sobierańska-Grenda”. Choć informacja, że nowym ministrem zdrowia zostanie ktoś spoza kręgu żelaznych kandydatów, nie powinna zaskakiwać, i tak można było mówić o ogromnym zaskoczeniu. Nawet jeśli wiadomo, że jednym z głównych wyzwań stojących w tej chwili przed systemem ochrony zdrowia jest właśnie konsolidacja szpitali, a prezes spółki Szpitale Pomorskie na konsolidacji zna się wyśmienicie, bo przez lata przekształcała i konsolidowała szpitale z dużym powodzeniem.
Gdy jesienią 2023 roku Donald Tusk zaczął kompletować swój gabinet, pisaliśmy, że ministrem zdrowia mógłby zostać przedstawiciel środowiska samorządowego: albo samorządowiec z doświadczeniem prezydenta dużego miasta, albo województwa. Lub ktoś, kto ma za sobą etap zarządzania wielkimi podmiotami leczniczymi. Słowem, osoba, która – bez względu na wykształcenie – poznała system od środka, zna jego słabe strony (bo odczuwała je na własnej skórze), ma pojęcie o wszystkich protezach i by-passach systemu, które sprawiają, że choć niedofinansowany, ciągle „jakoś”, w jednych obszarach lepiej, w drugich gorzej, funkcjonuje.
Jolanta Sobierańska-Grenda takie doświadczenia niewątpliwie ma. Nie tylko pracowała w systemie, ale go w pewnym stopniu kształtowała w ramach trudnego (zawsze) procesu restrukturyzacji i konsolidacji podmiotów leczniczych. Dzieląc się doświadczeniem – choćby przy okazji konferencji i kongresów menedżerskich – wpływała też na kierunek dyskusji nad zmianami organizacyjnymi w całej ochronie zdrowia, w wymiarze daleko wykraczającym poza granice województwa pomorskiego.
Co może pójść nie tak? W zasadzie – wszystko, choć oczywiście nie warto podcinać skrzydeł osobie, która podejmuje nowe wyzwanie.
Nawet najlepsza znajomość segmentu szpitalnego nie musi oznaczać dobrej orientacji w systemie ochrony zdrowia, na który składa się nie tylko struktura świadczeniodawców (również, a może przede wszystkim, pozaszpitalnych). System to coś więcej niż wszyscy interesariusze, to sieć interesów i interakcji, współzależności i wzajemnych uwarunkowań. Osoba, która przychodzi na stanowisko ministra zdrowia po kilkunastu latach pracy w środku systemu (na bardzo ważnym jego odcinku), nie musi mieć potrzebnej (koniecznej) na stanowisku ministerialnym perspektywy. To nie zarzut, to konstatacja. Na razie wyzwanie, choć może dość łatwo przerodzić się w problem.
Stanowisko ministra to polityka. Bycie członkiem rządu – to polityka. Nie dalej jak we wtorek w jednym z artykułów na temat przygotowywanej rekonstrukcji rządu można było przeczytać, że jednym z powodów, dla których premier likwiduje działające na Śląsku Ministerstwo Przemysłu, kierowane przez prof. Marzenę Czarnecką jest zupełne nieodnalezienie się jej w świecie polityki. Merytorycznych zastrzeżeń w zasadzie brak (poza tymi, które były wynikiem fatalnego nakładania się kompetencji z innymi resortami, ale to przecież uwarunkowania zaprojektowane na etapie układania rządu). Nie-politykom niezwykle trudno jest odnaleźć się w świecie polityki, który rządzi się swoimi prawami. Nikt, kto obejmuje stanowisko ministra zdrowia, nie powinien składać deklaracji (i w nie wierzyć, tym bardziej), w stylu „zdrowie jest ponad polityką”. Wszelkiego rodzaju „pakty dla zdrowia” rozbijają się, zanim wyschnie tusz na złożonych podpisach. A doświadczenie w prowadzeniu politycznej gry przydaje się zarówno w relacjach z opozycją, jak i może przede wszystkim w ramach koalicji. Dość powiedzieć, że ustawa o szpitalnictwie, której pierwsze czytanie zaplanowano dokładnie wtedy, gdy premier będzie ogłaszał zmiany w swoim gabinecie, została jesienią ubiegłego roku „wywrócona” przez brak przekonania co do słuszności rozwiązań zarówno po stronie mniejszych koalicjantów, jak i w części klubu Koalicji Obywatelskiej – mimo że akurat kończącej swoją misję Izabeli Leszczynie trudno byłoby odmówić doświadczenia politycznego. Ba, jej mocna pozycja w Koalicji Obywatelskiej i dobre relacje z premierem na początku urzędowania były uznawane za ogromne atuty, nawet jeśli szybko okazało się, że na wyrost.
Nie ma żadnej wątpliwości, że doświadczenie polityczne ministrowi zdrowia (każdemu ministrowi zresztą) potrzebne jest w każdych okolicznościach, ale w nadchodzącym czasie będzie miało ono, albo jego brak, szczególną wagę. Kryzys w ochronie zdrowia, nawet jeśli jest stanem permanentnym, eskaluje i przechodzi na coraz wyższe poziomy, a punktów zapalnych jest coraz więcej. Ogromnym wyzwaniem jest (będzie) choćby ustawa o wynagrodzeniach minimalnych (której Jolanta Sobierańska-Grenda, co warto odnotować, nie była zaciekłą krytyczką, w przeciwieństwie do wielu innych menedżerów). Rząd będzie działać w trwałym zwarciu z prezydentem Karolem Nawrockim, zwarciu, które może sparaliżować newralgiczne obszary – to również ma wymiar polityczny. Zwarcie z prezydentem z jednej strony, z drugiej – z rosnącą w siłę opozycją będzie pożerać dużą część energii i czasu. Ministerstwo Zdrowia będzie odpierać ataki z prawej i lewej strony o plany prywatyzacji ochrony zdrowia – i już dziś można powiedzieć, że racjonalne wyjaśnienia dotyczące różnic między prywatyzacją (przekształceniami) własnościową a prywatyzacją w wymiarze źródeł finansowania usług, które sprawdzają się podczas eksperckich dyskusji, w politycznym zgiełku mogą się nie przebić.
Czy fachowiec może mieć polityczny temperament i zaskoczyć wszystkich łatwością odnalezienia się w obcym dla niej środowisku wielkiej polityki, parlamentarnych podchodów, wymagań koalicjantów i pułapek zastawianych przez opozycję? Może. Na pewno nowej pani minister może pomóc dobry, bardzo wręcz dobry, „pijar”.
Wszystko jednak, i tak, zależy od premiera. Konkretnie od tego, jaką przestrzeń – również w wymiarze finansowym – da nowej szefowej resortu zdrowia. Na jakim miejscu faktycznie, a nie deklaratywnie, znajdzie się zdrowie w hierarchii rządowych priorytetów. W tej chwili można tylko pytać nie tyle, dlaczego premier zdecydował się na zmianę ministra zdrowia, tylko – po co mu fachowiec.