Premier stwierdził, że po rekonstrukcji rządu jedynym celem resortu będzie poprawa sytuacji pacjentów. Wypowiadając się w ten sposób, Donald Tusk szkodzi przede wszystkim swojej nowej współpracownicy, przed którą i tak już wypiętrzyły się problemy do rozwiązania, a za chwilę pójdą za nimi kolejne.
Premier Donald Tusk. Fot. KPRM
- Wszystko, co wydarzyło się w zdrowiu po 2015 r., ma swoje korzenie w zaprzepaszczonych, z perspektywy tego obszaru, latach 2007-2015
- Premier nie widzi potrzeby zwiększenia wydatków na zdrowie, choć przecież musi wiedzieć, że jesteśmy w tym wymiarze unijnym pariasem
- Sytuacja pacjentów się nie poprawi, jeśli w systemie ochrony zdrowia nie pojawią się setki tysięcy (!) nowych pracowników, również medycznych
- Deklaracja o szybkim odpolitycznieniu, wręcz odpartyjnieniu, resortu zdrowia mogłaby zostać odebrana pozytywnie lub neutralnie, gdyby towarzyszyły jej – choćby – podziękowania dla obecnych przedstawicieli partii koalicyjnych w resorcie
- Jeśli dziś ochrona zdrowia jest w kryzysie, to odpowiedzialny jest premier. Nie była minister zdrowia, jakkolwiek krytycznie nie oceniać czasu jej urzędowania, i na pewno nie jej „partyjni” zastępcy oraz delegujące ich partie koalicyjne
Największy problem. Donald Tusk a ochrona zdrowia. Podczas przedstawienia nowej minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy premier powiedział, że po rekonstrukcji jedynym celem resortu będzie poprawa sytuacji pacjentów. – Powiem bardzo brutalnie: nie poprawa sytuacji lekarzy, tylko poprawa sytuacji pacjentów – postawił kropkę nad i szef rządu. Zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy zrozumieli, o co premierowi chodzi. Słowa wywołały oburzenie środowiska lekarskiego. Pojawiły się nawet głosy o przesadzonych reakcjach, bo „premier nie chciał”. Chciał, nie chciał – w polityce intencje są dużo mniej ważne niż skutki.
Stawiając sprawę bardzo brutalnie: premier, wypowiadając się w ten sposób, szkodzi. Przede wszystkim swojej nowej współpracownicy, przed którą i tak już wypiętrzyły się problemy do rozwiązania, a za chwilę pójdą za nimi kolejne. Zaognianie już napiętych relacji ze środowiskiem lekarskim (wypowiedź premiera była adresowana do lekarzy, ale tak naprawdę dotyczyła również innych pracowników medycznych) było po prostu niepotrzebne. Trzeba powiedzieć, że zarówno nominacja dla Jolanty Sobierańskiej-Grendy, jak i sygnały, że będzie ona mogła skompletować autorski zespół współpracowników, budzą nadzieje. Nawet, jeśli nie są one przesadnie duże, to są – i to mógł być duży plus dla szefa rządu.
Swoją wypowiedzią Tusk odwrócił jednak uwagę od tego, co (potencjalnie) pozytywne, otwierając puszkę Pandory, czyli zbiorową pamięć.
Przypomnijmy więc: Jest rok 2007. Późną wiosną i latem trwają protesty pielęgniarek i lekarzy. Frustracja środowisk medycznych jest olbrzymia, mimo że Ministerstwem Zdrowia kieruje cieszący się sympatią i poważaniem prof. Zbigniew Religa. Lekarze walczą nie tylko o pieniądze: w ciągu dwóch lat rządów PiS byli obiektem frontalnych nagonek i bardzo często fałszywych oskarżeń. Te protesty rzutują na coraz gorszy społeczny odbiór rządów PiS. W dużym stopniu kształtują klimat pod zmianę rządu.
Skrócona kadencja, kampania wyborcza i ten spot Platformy Obywatelskiej, w którym napięty głos lektora przypomina: – Przez ostatnie dwa lata sytuacja budżetówki drastycznie się pogorszyła. Lekarze i pielęgniarki, żeby z czegoś żyć, pracują na kilku etatach. Nauczycielom nie starcza do pierwszego. Pacjentów nie stać na lekarstwa. Szpitale bankrutują – słyszą wyborcy, którym PO przypomina, że w czasie rządów PiS emigrowało „za chlebem” ponad dwa miliony Polaków. Pojawia się jednak ciepły głos lidera. Donald Tusk obiecuje: – Już wkrótce Polacy zaczną wracać z emigracji, bo praca tu będzie się opłacać. Będą nas leczyć dobrze zarabiający lekarze i pielęgniarki.
Platforma Obywatelska wygrywa, PiS traci władzę na osiem lat.
Że to było „dawno”? Tak tłumaczą się małe dzieci, na pewno nie historycy. Tu chodzi, również, o wiarygodność. I o to, że gdy dziś młodzi, mający dwadzieścia kilka, najwyżej trzydzieści lat, komentując decyzje i zapowiedzi dotyczące zdrowia, mówią: „wraca stara PO”, to w żadnym razie nie jest komplement.
Z kojących obietnic z 2007 roku w obszarze zdrowia zrealizowano prawie nic. Przez osiem lat rządów PO-PSL (z czego siedem – Donalda Tuska) ten obszar był na bardzo dalekim miejscu na liście priorytetów (znów brutalna prawda – nie był żadnym priorytetem), czego zwieńczeniem, patrząc od strony pracowników, były gwałtowne protesty pielęgniarek i interwencyjna decyzja o dodatku do pensji dla tej grupy zawodowej, podjęta na kilka miesięcy przed wyborami przez prof. Mariana Zembalę. Wszystko, co wydarzyło się w zdrowiu po 2015 roku, ma swoje korzenie w zaprzepaszczonych, z perspektywy tego obszaru, latach 2007-2015. W tym czasie również do pracy w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Niemiec wyjechało wielu specjalistów, o czym też warto pamiętać.
W latach 2015-2023 sytuacja się zmieniła, przede wszystkim pod wpływem protestów, w których prym wiodło właśnie środowisko lekarskie. Nakłady co prawda, względem PKB, realnie nie wzrosły, ale nie ma wątpliwości, że ochrona zdrowia jest w innej sytuacji. Zarówno jeśli chodzi o pracowników, jak i pacjentów: tu wartym wskazania papierkiem lakmusowym powinny być zmiany w dostępie do innowacyjnych terapii.
Bo jeśli dziś premier zapowiada, że jedynym celem rządu będzie poprawa sytuacji pacjentów, to powinien zacząć od przyznania, że w ich sprawie jego dwa poprzednie rządy uczyniły bardzo niewiele. Tak, in vitro. Tak, przez krótki czas tabletka „dzień po”. Tak, ustawa o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta (w praktyce martwa przez cały czas rządów PO-PSL). Tak (i to jedyny, tak naprawdę systemowy, choć daleki od doskonałości, krok) – pakiet onkologiczny i karta DiLO, które nieco (nieco!) poprawiły sytuację pacjentów z chorobami nowotworowymi.
Oczywiście, powodów, dla których ochrona zdrowia pozostawała na marginesie zainteresowania premiera, można wskazać wiele, jednym z najpoważniejszych ograniczeń zaś bez wątpienia był kryzys finansowy, który dotknął całą Europę w 2009 roku. Praktycznie wszystkie kraje ograniczały wydatki na zdrowie (oparły się tej tendencji tylko Niemcy), Polska w zasadzie ich nie cięła, bo nie miała z czego. I tak wydawaliśmy nasze marne 4,6-4,7 proc. PKB (realnie w tej chwili wydajemy niespełna 5 proc.). Co ciekawe, by postawić kropkę nad „i” – do 2010 roku nakłady na zdrowie z roku na rok rosły. Dzięki decyzji parlamentu kadencji 2001-2005, w którym większość (wbrew Platformie Obywatelskiej) zdecydowała o podniesieniu składki zdrowotnej z 7,75 do 9 procent.
Dość o historii. Teraźniejszość jest równie ciekawa. Premier nie widzi potrzeby zwiększenia wydatków na zdrowie, choć przecież musi wiedzieć, że jesteśmy w tym wymiarze unijnym pariasem, a narracja o miliardach i gigantycznym budżecie nie wytrzymuje konfrontacji z danymi. Potrafi w Sejmie tłumaczyć, że owe miliardy, „dodatkowe”, od przyszłego roku będą trafiać do pacjentów (łącząc kropki, czyli dwie wypowiedzi szefa rządu, by poprawić ich sytuację), a nie na płace personelu. To jeszcze jedna, bardzo brutalna, prawda: sytuacja pacjentów nie poprawi się, jeśli w systemie ochrony zdrowia nie pojawią się setki tysięcy (!) nowych pracowników, również medycznych. Potrzebujemy ich 200-300 tys. już w tej chwili, za kilka(naście) lat – więcej. Nie, nie chodzi o lekarzy, ale o pielęgniarki – już tak. Przede wszystkim jednak o innych profesjonalistów medycznych (dietetycy, fizjoterapeuci, opiekunowie, rehabilitanci, asystenci lekarzy i pielęgniarek, armia pracowników wspierających tracących samodzielność seniorów, zarówno w wymiarze socjalnym, jak i zdrowotnym).
Raport Komisji Europejskiej i OECD z jesieni 2024 roku nie pozostawia w tej sprawie wątpliwości: młodzi nie garną się do zdobywania wykształcenia i pracy w sektorze medycznym (nie tylko w Polsce, to zjawisko obserwowane w wielu krajach UE). Jednym z podstawowych wyzwań jest zbudowanie systemu zachęt i rozbudowa kadr dla sektora zdrowotnego. W UE w sektorze tym pracuje co dziewiąta osoba aktywna zawodowo (11 proc.). W Polsce ochrona zdrowia zatrudnia niespełna 7 proc. pracujących.
Tradycyjnie, w październiku, powinny zostać opublikowane kolejne wyniki badań postaw migracyjnych studentów ostatnich lat wiodących uczelni medycznych. W ostatnich latach wskazywały one na radykalne zmniejszenie się gotowości przyszłych lekarzy do wyjazdów za granicę. Byłoby fatalnym omenem dla rządzącej koalicji, gdyby ten trend się zatrzymał. A jeszcze gorszym byłoby jego odwrócenie.
Premier powinien pamiętać jeszcze o jednym: nie poprawi notowań swojej partii, tworząc sztuczne podziały między „dobrem pacjentów” a „interesem lekarzy”. Inni robili (robią) to znacznie skuteczniej.
Największy znak zapytania. Odpolitycznienie. Ochrona zdrowia jest newralgicznym tematem politycznym – co do tego nie ma wątpliwości. Tu znów wychodzi ogromny brak zręczności premiera, któremu rozwiązał się worek nie tylko ze słownymi lapsusami, ale i pociągnięciami, które generują kryzysy. Deklaracja o szybkim odpolitycznieniu, wręcz odpartyjnieniu, resortu zdrowia, mogłaby zostać odebrana pozytywnie lub neutralnie (również przez koalicjantów, zakładając, że byłaby uzgodniona a nie przekazana do wiadomości), gdyby towarzyszyły jej – choćby – podziękowania dla obecnych przedstawicieli partii koalicyjnych w resorcie. Jeśli dziś ochrona zdrowia jest w kryzysie, to nie dlatego, że w ścisłym kierownictwie MZ zasiadali Urszula Demkow, Wojciech Konieczny czy Marek Kos.
Przez wiele miesięcy ich działania były paraliżowane nieukrywaną przez minister Izabelę Leszczynę chęcią panowania nad wszystkimi obszarami, dopiero z czasem szefowa podzieliła się odpowiedzialnością i władzą w sposób bardziej realny. Ale pole manewru i tak było mocno ograniczone do ram, jakie stworzył – i Leszczynie, i jej zastępcom – Donald Tusk. Jeśli dziś ochrona zdrowia jest w kryzysie, odpowiedzialny jest premier. Nie była minister zdrowia, jakkolwiek krytycznie nie oceniać czasu jej urzędowania, i na pewno nie jej „partyjni” zastępcy oraz delegujące ich partie koalicyjne.
Piątkowe wydarzenia w Sejmie, deklaracja Lewicy o braku poparcia rządowej ustawy szpitalnej, jednoczasowa zapowiedź premiera dotycząca rygorystycznego przestrzegania dyscypliny głosowania przez członków rządu – ministrów i wiceministrów – nad rządowymi ustawami, mogą zwiastować duże problemy „odpartyjnionego” MZ, jeśli nie znajdą się tam fachowcy… od polityki. Od zarządzania politycznym do szpiku kości procesem legislacyjnym, choćby. Prace nad ustawą szpitalną zostały, mówiąc kolokwialnie, „skopane” pod tym względem modelowo. Gdyby istniała lista błędów, jakie można popełnić przy uchwalaniu ustawy, Koalicja Obywatelska (gospodarz tej sprawy) miałaby szansę skompletować wszystkie punkty.
Pierwsze czytanie w momencie odwoływania minister zdrowia, która rok biedziła się z projektem? Zrobione (przesunięcie terminu posiedzenia komisji wydawało się tak naturalne jak oddychanie).
Wniosek przedstawiciela partii rządzącej o zamknięcie dyskusji, zanim zaczęła się ona na dobre? Złożony.
Próby skracania wypowiedzi posłów opozycji? A jakże, odhaczone.
W każdej chwili można było przecież przerwać ten ciąg, co pozwoliłoby uniknąć upokarzającej dla rządu decyzji o wycofaniu projektu z bloku głosowań w ostatnim momencie. Po drugim czytaniu, gdy już było jasne, że nie ma w tej chwili większości dla ustawy, Komisja Zdrowia mogła się nie zebrać, nie procedować dodatkowego sprawozdania (siedem minut). Projekt nie tylko mógł, ale powinien zostać wstrzymany z uzasadnieniem, że zanim Sejm podejmie decyzję, powinien poznać stanowisko nowej minister zdrowia, która ustawę będzie przecież realizować (dokładnie z tego powodu powinno zostać opóźnione pierwsze czytanie, zwłaszcza że na początku sierpnia posłowie będą kontynuować posiedzenie przez dwa dni). Nie po raz pierwszy w ostatnich tygodniach w Komisji Zdrowia zapadają jednak decyzje, które trudno uznać za optymalne.