We wtorek po południu Sejm uchwalił „ustawę o ratowaniu szpitali powiatowych”. Sejmowa większość opowiedziała się za projektem rządowym, choć pod koniec lipca Lewica deklarowała wstrzymanie się od głosu. Co się wydarzyło, że najmniejszy koalicjant zmienił zdanie?

Fot. Piotr Tracz / Kancelaria Sejmu
231 głosów „za”, 203 – przeciw. Dwie posłanki Lewicy wstrzymały się od głosu, wśród 24 posłów niegłosujących była m.in. posłanka Joanna Wicha, która była twarzą lipcowej wolty Lewicy w sprawie ustawy szpitalnej. Na liście niegłosujących niemal połowę (11 osób) stanowili posłowie PiS (w tym Jarosław Kaczyński). Nie głosowało również czterech posłów KO, w tym premier Donald Tusk.
Głosowanie kończy pierwszy parlamentarny etap prac nad ustawą o świadczeniach zdrowotnych, zwanej reformą szpitalnictwa lub ustawą o ratowaniu szpitali powiatowych, który symbolicznie rozpoczął się w momencie ogłaszania dymisji Izabeli Leszczyny. Drugie czytanie odbyło się kilkadziesiąt po dymisji, której towarzyszyła deklaracja premiera, że bardzo szybko, w ciągu kilku dni resort zdrowia zostanie odpartyjniony i odpolityczniony, co oznaczało również, że wiceministrowie delegowani przez poszczególne ugrupowania koalicyjne pożegnają się z resortem. W środę miną dwa tygodnie od wypowiedzi Tuska – na razie śladów odpartyjnienia w postaci odwołania „starych” wiceministrów i powołania nowych nie widać.
Jedynym realnym „śladem” są właśnie losy ustawy o szpitalnictwie. W czasie drugiego czytania jej zapisy były dla Lewicy nieakceptowalne do tego stopnia, że przemawiając w imieniu klubu Joanna Wicha wskazywała jako pozytywne wyłącznie rozwiązania spoza głównego nurtu projektu (np. rozszerzenie listy specjalistów, do których pacjent będzie mógł się dostać bez skierowania). O zasadniczych rozwiązaniach, stanowiących oś ustawy, mówiła wyłącznie w kategoriach zagrożeń: likwidacją oddziałów, zamykaniem SOR-ów w małych miejscowościach, postępującą prywatyzacją ochrony zdrowia.
Trudno uznać to za błahostki, a jednak Lewicy wystarczyła deklaracja nowej szefowej resortu, że ustawa będzie nowelizowana. Nie jest to zaskoczeniem, bo Jolanta Sobierańska-Grenda w ciągu ubiegłego roku, gdy projekt przechodził kolejne „okrążenia”, w trakcie eksperckich debat raczej wskazywała jego słabości (nie dystansując się jednak od samej idei ustawy czy potrzeby zmian systemowych w szpitalnictwie). Można się było spodziewać, że jako minister będzie chciała wprowadzić zmiany. Zapowiedź nowelizacji wskazuje, że mogą one nie być na tyle niewielkie, by dało się je wpleść w prace nad obecną ustawą, wprowadzając poprawki w Senacie.
W poniedziałek lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty na antenie TVN24 zapewniał, że projekt został zaakceptowany przez rząd, również przez członków rządu wywodzących się z Lewicy, i klub zagłosuje za projektem rządowym. Dlaczego więc Lewica przypuściła tak mocny atak na projekt w końcówce lipca? Coraz więcej wskazuje, że była to rzeczywiście – jak pisaliśmy – reakcja na wypowiedź premiera o „odpartyjnieniu” resortu zdrowia, która wzburzyła koalicjantów (nie tylko Lewicę). Słowa Tuska uznano wręcz za próbę zrzucenia odpowiedzialności za nieoptymalne wyniki resortu zdrowia na partie koalicyjne, które miały umiarkowany wpływ na decyzje, jakie zapadały w resorcie zdrowia.
Co do meritum, politycy Lewicy muszą zdawać sobie sprawę, że ustawa – w tej wersji w jakiej zostanie uchwalona – nie przyniesie takich skutków, przed jakimi ostrzegała Wicha. Świadczy o tym choćby fakt, że odrzucenia ustawy na etapie prac sejmowych chciały tylko skrajne kluby Razem i Konfederacji (z różnych przyczyn), a Prawo i Sprawiedliwość deklarowało brak poparcia, choć ostatecznie wszyscy obecni na głosowaniu posłowie zagłosowali przeciwko ustawie. Stawianie na ostrzu noża obecności w rządzie w kontekście takiej sprawy nie pomogłoby w niczym Lewicy, która musi dobrze przemyśleć strategię na kolejne dwa lata i kolejne wybory. – Jeśli odchodzić z koalicji i z rządu, to nie z powodu reformy szpitali, która w dużym stopniu pozostanie na papierze – komentowali dylematy Lewicy koalicjanci.
W dużym stopniu, albo w ogóle, bo ustawa o szpitalnictwie, kiedy już przejdzie przez parlament, trafi na biurko prezydenta Karola Nawrockiego. Trudno wyrokować, choć wśród polityków Koalicji Obywatelskiej przeważa pogląd, że prezydent ustawę zablokuje wysyłając ją do Trybunału Konstytucyjnego (wątpliwości prezydenta mogą dotyczyć na przykład poszanowania konstytucyjnej zasady równego dostępu do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych).
Niespodzianek we wtorkowym głosowaniu nie było: premier przed pierwszym posiedzeniem swojego nowego gabinetu (krótko po wystąpieniu posłanki Lewicy i zapowiedzi, że Lewica ustawy nie poprze) przypomniał, że każdy minister i wiceminister ma obowiązek głosować nad projektami rządowymi zgodnie ze stanowiskiem rządu, bo „rząd to nie klub dyskusyjny”, zapowiedział też, że niezastosowanie się do tej zasady będzie skutkować natychmiastową utratą stanowiska.