Do projektu nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, zwanej potocznie Lex szarlatan, zgłoszono około czterech tysięcy uwag. Tylko kilkadziesiąt z nich ma charakter merytoryczny i mogą być uwzględnione w dalszych pracach legislacyjnych. „Lex szarlatan”, jak mówiono podczas Letniej Akademii Onkologii, ma pomóc w walce z pseudoterapiami.

Fot. Adobe Stock
Onkologia to jeden z „ulubionych” obszarów uprawiania medycyny komplementarnej czy też alternatywnej, przy czym Magda Zmysłowska z Polskiej Ligi Walki z Rakiem, prezentując założenia kampanii na rzecz przeciwdziałania promocji fałszywych terapii nowotworowych, apelowała, by w ogóle odejść od używania słowa „medycyna”. Medycyna jest nauką, w stosunku do działalności pseudomedycznej można – ewentualnie – używać określenia „terapie alternatywne”, lub po prostu – pseudoterapie.
Tych w obszarze onkologii nie brakuje. Dr Adrian Perdyan (GUMed), przywołując zrealizowane kilka lat temu badania, podkreślał, że medyczne „czary-mary” oferowało pięć lat temu 91 podmiotów, które miały w swoim portfolio 70 metod, z czego 52 to były metody nielekowe. Miały one działać w 109 jednostkach chorobowych – dwa pierwsze miejsca dzierżyły choroby reumatologiczne i onkologiczne.
Na co (i za ile) mogli liczyć pacjenci onkologiczni? Zdecydowanie najdroższe były hipertermie: ogólnoustrojowa (1450 zł), miejscowa (550 zł). Wlewy witaminowe to koszt ok. 220 zł za jeden zabieg, popularny biorezonans – ok. 240 zł. Ceny zostały uśrednione: niektóre pseudoterapie oferuje wiele podmiotów (np. wlew z witaminy C aż 28, a wlew witamin z grupy B tylko 3). Większość podmiotów oferuje jedną lub co najwyżej kilka tego typu metod, ale jest też rekordzista, który ma ich – dla pacjentów onkologicznych – aż 13. Z niektórych można korzystać zdalnie. Dr Adrian Perdyan przypomniał, że w czasie pandemii firmy oferujące zabiegi biorezonansem zaczęły wysyłać specjalne elektrody, które – podłączone do komputera – po uruchomieniu biorezonansu miały gwarantować skuteczne działanie. – Dziś wprost wysyłane są do pacjentów niewielkie urządzenia – mówił.
Powodów, dla których chorzy lub ich bliscy decydują się na pseudoterapie, jest wiele, wśród nich na pewno ważną rolę odgrywa lęk zmieszany z nadzieją i szukanie pewności, że zrobiło się wszystko, by pokonać chorobę. To „wszystko” obejmuje też działania nieracjonalne i przeciwskuteczne, jeśli chodzi o wyznaczony cel. Jakub Kosikowski, rezydent onkologii i rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej stwierdził wprost, że szarlatanom drogę do umysłów (i portfeli) pacjentów toruje sam system. Choćby dlatego, że ośrodki onkologiczne, prowadzące programy lekowe i chemioterapię, są skrajnie przeciążone pacjentami, lekarze nie mają dla nich czasu. Chorzy czują się traktowani przedmiotowo. – Starają się uzyskać uwagę poza systemem. Część idzie do lekarza prywatnie, płacąc za jego czas i uważność, część trafi właśnie do podmiotów oferujących pseudoterapie – mówił.
Takie wybory stają się zrozumiałe, jeśli będziemy pamiętać, że Polacy są jednym z najbardziej „opornych” na naukę społeczeństw: publikowane już kilka miesięcy temu wyniki Eurobarometru pokazują na przykład, że ponad 40 proc. z nas jest przekonanych o istnieniu skutecznego leku na raka, który jest ukrywany (przez rządy, przez lekarzy). Połowa z nas uważa, że wirusy służą do kontrolowania wolności obywateli i taki sam odsetek jest przekonany, że można je zwalczać antybiotykami. Nie ufamy nauce, medycyna jest nauką, nie ufamy więc też medycynie.
Eksperci nie mają wątpliwości: z szarlatanerią trzeba walczyć, bo jest ona groźna i dla pacjentów, i dla systemu. Choćby dlatego, że chory, który jest tygodniami, miesiącami zwodzony możliwościami terapii alternatywnych, gdy już trafia do lekarza, jest zwykle w dużo gorszym stanie, szanse na jego leczenie (wyleczenie) są dużo mniejsze, a koszty terapii – wyższe.
Michał Janczura, dziennikarz od dłuższego czasu specjalizujący się w ujawnianiu różnego rodzaju pseudoterapii, przypominał, że po raz pierwszy oficjalnie ustawa znacząco rozszerzająca kompetencje rzecznika praw pacjenta i dająca mu narzędzia administracyjne do ścigania podmiotów oferujących alternatywne czy też komplementarne metody „leczenia” została zapowiedziana w październiku ubiegłego roku i miała być procedowana szybko, padały nawet terminy – gdyby były dotrzymane, ustawa już by obowiązywała. – Czy nowa minister zdrowia podtrzyma stanowisko w tej sprawie? – pytał. Jakub Adamski, reprezentujący Biuro Rzecznika Praw Pacjenta podkreślał, że prace nad ustawą cały czas trwają. Niedawno zakończyły się konsultacje publiczne, w trakcie których zgłoszono do projektu około czterech tysięcy uwag. – Zdecydowana większość z nich to jednozdaniowe uwagi, typu: „Nie zgadzam się w całości z tą ustawą” – przyznał, podkreślając, że ta ogromna liczba pseudouwag spowalnia prace, choć merytorycznie rozpatrywanych jest tylko kilkadziesiąt uwag, z których część może zostać uwzględniona.
W sprawie projektu ustawy głos zabrał samorząd lekarski, który walkę z szarlatanerią zdecydowanie wspiera, ale – a może właśnie dlatego – zwraca uwagę, że równolegle z pracami nad „Lex szarlatan” decyzje rządu wręcz legalizują działalność podmiotów oferujących pseudoterapie, nadając im nowe kody PKD (Polska Kwalifikacja Działalności).