Spodziewaliśmy się błyskawicznych zmian w Ministerstwie Zdrowia, a zastygło ono w przedziwnym bezruchu. Nie ma zmian personalnych, ale przede wszystkim nie wiadomo, jakie cele stawia sobie urzędująca już od dwóch tygodni minister Jolanta Sobierańska-Grenda. Czy impuls do działania da decyzja prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie ustawy szpitalnej?
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. x.com/MZ_GOV_PL
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Wniosek do TK. Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta, w której zapisano możliwość korzystania z opieki psychologicznej przez osoby niepełnoletnie (od ukończonego 13. roku życia) bez zgody rodziców lub opiekunów, trafiła – decyzją odchodzącego prezydenta Andrzeja Dudy – do Trybunału Konstytucyjnego.
Trudno mówić o zaskoczeniu. Andrzej Duda podzielił zdanie nie tyle przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości, którzy w trakcie prac nad przepisami nie negowali potrzeby ich uchwalenia, spierali się jednak o szczegółowe zapisy, wskazywali wątpliwości i na koniec wstrzymali się od głosu, co środowisk jeszcze bardziej wychylonych w prawo, a konkretnie dzielących przekonania o nienaruszalnym charakterze władzy rodzicielskiej. Podejmując decyzję, Duda tłumaczył, że chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Pojęcie, które powinno kończyć każdą dyskusję, ale problem w tym, że ją otwiera. Co z dziećmi, które będąc w kryzysie zdrowia psychicznego bądź będąc nim zagrożone, nie mogą liczyć na wsparcie i uważność swoich najbliższych? Co z dziećmi rodziców, którzy niekoniecznie ze złej woli, ale na przykład z braku świadomości albo niewłaściwych wzorców, zbywają problemy dziecka (lub ich nie dostrzegają)? Co z tymi wreszcie, w przypadku których to środowisko domowe jest źródłem i główną przyczyną problemów? To może się zdarzyć nie tylko w rodzinach, które na pierwszy rzut oka określić można jako patologiczne.
Częstość występowania problemów ze zdrowiem psychicznym wśród najmłodszych Polaków jest zmierzonym, potwierdzonym badaniami faktem. Uproszczony dostęp do specjalisty – w ramach systemu publicznego – mógł być istotnym wzmocnieniem opieki nad zdrowiem młodego pokolenia, jego dobrostanem (od którego jesteśmy bardzo daleko, nie tylko w obszarze zdrowia psychicznego). Trzeba zakładać, że nie będzie, choć rzeczniczka praw dziecka zaraz po ogłoszeniu decyzji o zablokowaniu przepisów poinformowała o rozpoczęciu rozmów z prezydentem Karolem Nawrockim, by wycofał wniosek z TK. Gdyby to się udało, można byłoby mówić nie tylko o zaskoczeniu, ale wręcz – sensacji, bo przecież po wyborach prezydenckich tempo prac nad ustawą radykalnie zwiększono właśnie po to, by trafiła ona na biurko prezydenta Andrzeja Dudy, którego postrzegano jako bardziej otwartego od następcy.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Zastój w MZ. Jak to, mówiąc kolokwialnie, szło? „W najbliższych dniach ten resort przejdzie w ręce wyłącznie fachowców od zarządzania. (…) Dziękuję koalicjantom, że przyjęli to do wiadomości. Nie była to łatwa sprawa dla nich, że Ministerstwo Zdrowia i cały resort będzie odpartyjniony” – mówił, 23 lipca, premier Donald Tusk. Operacja odpartyjnienia miała być przeprowadzona błyskawicznie, wiceministrowie wręcz zaczęli się pakować, ale coś nie wyszło.
Nie ulegało wątpliwości, że premier się z wypowiedzią o odpartyjnieniu zapędził, że była ona – choćby z racji na konieczność zachowania balansu w ramach koalicji, co najmniej niezręczna. Oczywiście, oddanie zarządzania fachowcom jest perspektywą nie tylko kuszącą, ale i pożądaną, ale w polityce, mierząc siły na zamiary, warto jednak pamiętać, by sprawdzić, czy zamiar jednak nie przekracza sił, jakimi dysponujemy. I, przede wszystkim, warto ważyć słowa. W tej chwili zapowiedź odpartyjnienia „w najbliższych dniach” zaczyna zwyczajnie premiera ośmieszać. Zwłaszcza że nie widać jakiejkolwiek aktywności nowej szefowej resortu zdrowia. Nie znaczy to, że jej całkowicie nie ma, natomiast zdecydowanie brakuje polityki informacyjnej. Gdy Ministerstwo Zdrowia 6 sierpnia publikuje w mediach społecznościowych wpis o „pierwszym spotkaniu Pani Minister z instytucjami poświęcone budowaniu współpracy, wymianie doświadczeń i omówieniu wspólnych wyzwań”, informując, że na liście uczestników byli Rzecznik Praw Pacjenta oraz szefowie kilkunastu instytucji nadzorowanych przez MZ, w tym Narodowego Funduszu Zdrowia, można tylko mieć nadzieję, że wcześniej już odbyły się spotkania robocze, zapewne dwustronne, choćby z kierownictwem NFZ.
Próżno ich śladów szukać na X (choć feed Ministerstwa Zdrowia od 23 lipca do 6 sierpnia wypełniają inne, nie tak istotne, biorąc pod uwagę, że był to gorący okres podpisywania aneksów, informacje). Być może pozostajemy w sferze domysłów, bo również wbrew zapowiedziom Donalda Tuska, który obiecywał dziennikarzom, że po pierwszym posiedzeniu rządu nowi szefowie resortów będą do dyspozycji mediów, jak się dowiedzieliśmy w ministerstwie, aktywność medialna planowana jest w drugiej połowie sierpnia.
Największy znak zapytania. Co z ustawą o szpitalach? Nowelizacja ustawy o świadczeniach zdrowotnych, zawierająca pakiet rozwiązań dla szpitali (chodzi tak naprawdę o szpitale powiatowe), czeka na podpis prezydenta. Co zrobi Karol Nawrocki?
Gdyby za przesłankę przyjąć stanowisko posłów i senatorów PiS, prezydent nie powinien się wahać, decyzja o wecie nasuwa się sama. Co prawda Karol Nawrocki, przemawiając przed Zgromadzeniem Narodowym, akcentował mocno, że „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej musi być tylko i aż po prostu głosem obywateli i obywatelek Rzeczypospolitej – nikim więcej. Ja – jako Prezydent Polski – będę głosem narodu polskiego”, jednak trudno się spodziewać, by akurat w tej sprawie chciał i planował demonstrować odmienne poglądy od ugrupowania, które na niego postawiło. Zmiany mają dotykać przede wszystkim placówek położonych w głębokim „interiorze” – nie trzeba być wybitnym analitykiem politycznym, by wiedzieć, że najbardziej zainteresowani tym, czy wejdzie w życie, są wyborcy – realni i potencjalni – Karola Nawrockiego oraz Prawa i Sprawiedliwości. Dominuje zaś przekaz – niekoniecznie zasadny – że te społeczności mogą na ustawie stracić, że stanowi ona bardziej zagrożenie niż szansę. Weto lub wniosek do Trybunału Konstytucyjnego wydają się niemal pewne.
Doradcy prezydenta po zapoznaniu się z ustawą mogą wprawdzie stwierdzić, że podpisać ją można bez żadnych konsekwencji, bo tak naprawdę nie niesie ona ze sobą żadnych realnych „zagrożeń” (szans, możliwości) zmianą struktury szpitalnictwa, ale czy te argumenty przebiją się przez polityczną narrację? Zwłaszcza, że w tle są przecież pieniądze z KPO – a co za tym idzie, może pojawić się pokusa, by użyć argumentu „ad aferum” („Bruksela i tak nie da nam już złamanego centa, więc blokada jest neutralna finansowo”).
Warte odnotowania. KPO. „KPO = Koniec Programu Odbudowy. Z głupoty? Z pośpiechu? Z ludzkiej pazerności? Z braku procesu i zasobów ludzkich do sprawnej oceny merytorycznej wniosków i odsiania plew od dobrego ziarna? Żal, że tak ważny dla Polski i polskiej gospodarki i inwestycji program kończy w taki sposób – bo chyba nikt nie ma już wątpliwości, że to KONIEC…” – komentarz, umieszczony przez Rafała Brzoskę w mediach społecznościowych dość wiernie oddaje emocje, jakie pod koniec tygodnia opisywały media – te neutralne wobec obozu rządzącego, a nawet mu sprzyjające, bo w mediach związanych z prawą stroną sceny politycznej emocje, dużo silniejsze, miały jednak zupełnie inne zabarwienie. Chodzi oczywiści, o ujawnione wątpliwości wokół podziału środków dla branży HoReCa. Wątpliwości trzeba wyjaśnić, nieprawidłowości, jeśli były, wskazać, odpowiedzialnych – rozliczyć. To jest poza dyskusją. Natomiast z pewnością nie warto ulegać czystemu populizmowi.
– Nie dostaliśmy pieniędzy na robota chirurgicznego, na fotele do chemioterapii, a były pieniądze na jachty i zimowe ogrody? – do chóru rozgoryczonych (a nawet rozwścieczonych) komentatorów dołączyło też wielu przedstawicieli środowiska medycznego. Czy na pewno zasadnie?
Po pierwsze, branża usługowa, hotelarsko-gastronomiczna potężnie ucierpiała w czasie pandemii. Stanowi ona ważną część gospodarki i wsparcie dla niej, w obszarze dywersyfikacji, czyli wzmocnienia odporności na kryzys, było zapisane w KPO. Nie jest to przy tym branża, w której projekty dywersyfikacyjne czy wzmacniające odporność firmy na kryzysy mogą zrobić wrażenie rozmachem i innowacyjnością.
Zakup dwóch jachtów dla firmy, które są wynajmowane, z czego odprowadzany jest podatek, może brzmieć absurdalnie – zwłaszcza w kontekście zakupu sprzętu dla pacjentów – ale czy na pewno jest absurdem? Czy nie o to w dywersyfikacji chodzi? Można oczywiście podważać w ogóle sens udzielania wsparcia hotelarzom czy restauratorom, uznając sferę oferowanych przez nich usług za „zbytki”, drugo-, a nawet trzeciorzędne wobec istotnych społecznie potrzeb (nie musimy jeść w restauracjach!), ale czy to jest właściwa ścieżka myślenia?
Po drugie jednak, warto się dobrze zastanowić, czy za czas jakiś nie okaże się, że i po stronie wydatków w obszarze zdrowia nie pojawią się znaki zapytania o zasadność i gospodarność. Pośpiech, o którym wspomniał Rafał Brzoska, towarzyszy dyskusjom o wydawaniu środków z KPO na cele zdrowotne od samego początku, czyli od chwili, gdy udało się wynegocjować z Brukselą zmiany w tej część KPO (wiosna 2024 roku). Ponieważ czasu jest zbyt mało na duże inwestycje infrastrukturalne, można się spodziewać inwestycji w ruchomości, konkretnie – w sprzęt. Nie tylko w kuluarach, ale i podczas konferencji, na których omawiano szanse, jakie stwarza KPO dla ochrony zdrowia, mówiono też – ciszej – o zagrożeniach. Na przykład zmarnotrawieniem części pieniędzy, choćby z powodu gwałtownego wzrostu cen kupowanego (w pośpiechu) sprzętu. A skoro skala inwestycji w zdrowie jest o wiele większa niż w branżę HoReCa, wprost proporcjonalnie większa może być skala ewentualnej atmosfery skandali (oby nie!).