Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Czy pacjenci mogą czuć się bezpieczni, wiedząc, że politycy nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności za system ochrony zdrowia? Rada posła KO dla chorych onkologicznych to więcej niż błąd. I wcale nie dlatego, że świadczy o braku empatii.


Posiedzenie Rady Ministrów; od lewej: minister edukacji Barbara Nowacka, minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, 5 sierpnia 2025 r., Warszawa. Fot. KPRM

  • Politycy ponoszą pełnię odpowiedzialności za dramatyczny stan finansów NFZ
  • Dynamika relacji między szkołami i „górą” w tematach związanych ze zdrowiem jakby nie ewoluuje, mimo zmiany barw politycznych decydentów
  • Szczepienia w aptekach są świetnym rozwiązaniem, ale równolegle powinien być udrażniany dostęp do nich w poradniach POZ
  • Ponieważ już wszystko – przynajmniej na temat losów ustawy szpitalnej – będzie wiadomo, może jeszcze przed nowym „sezonem” sejmowym minister zdrowia zdąży zaprezentować swoje pomysły i priorytety?

Największa porażka. Konin, czyli „niech zmienią szpital”. Jeżeli ktoś w tej chwili został z Konina odesłany, niech natychmiast znajdzie inną placówkę – mówił europoseł KO Michał Szczerba, komentując doniesienia o wstrzymaniu działalności oddziału onkologicznego szpitala w Koninie. Poseł za swoją wypowiedź dość szybko przeprosił, ale co się powiedziało, zapisane zostało. Tuż obok dobrych rad prezydenta Bronisława Komorowskiego: „niech zmieni pracę”, „niech weźmie kredyt”. Minęła dekada i politycy nie nauczyli się nic (może jedynie – szybciej przepraszać).

Rzecz jest jednak poważniejsza niż PR-owa wpadka czy też nawet katastrofa. Po pierwsze, szpital w Koninie nie powiedział niczego zaskakującego: NFZ ma opóźnienia w regulowaniu należności za drugi kwartał i szpitale działają na słowo honoru prezesa NFZ, że zapłaci. Dobrze, nie na słowo honoru, wiadomo, że należności za część świadczeń muszą być zapłacone – tylko nikt nie wie, kiedy upływa termin. Zaś terminy, z których szpital musi się wywiązywać ze swoimi płatnościami, są nie tylko znane, ale też restrykcyjnie przestrzegane (przynajmniej w teorii). Politycy (zarówno obecnej koalicji, jak i PiS) ponoszą pełnię odpowiedzialności za dramatyczny stan finansów NFZ. Nie czas (już) dyskutować, czyja odpowiedzialność jest większa (choć na dobrą sprawę trudno zrozumieć, dlaczego za doprowadzenie do rozwiązań, które pogrążyły finanse ochrony zdrowia na lata, nikt nie stanie przed Trybunałem Stanu, ale to temat na zupełnie odrębne rozważania). Ci, którzy przejęli rządy w 2023 roku, powinni problem na czas dostrzec (nie dostrzegli) i przynajmniej próbować go rozwiązać.

Po drugie, swoją wypowiedzią Michał Szczerba podważył rozwiązania, które wspierany przez niego rząd stara się – z mniejszym lub większym powodzeniem – wdrażać. Krajowa Sieć Onkologiczna, koordynacja i kompleksowość leczenia miały między innymi uwolnić pacjentów z przytłaczającego i paraliżującego wręcz, w przypadku choroby nowotworowej, poczucia osamotnienia i konieczności radzenia sobie na własną rękę i szukania rozwiązań sztukujących niewydolność systemu. Brak pieniędzy oczywiście potęguje ową niewydolność i pacjenci słusznie mogą podejrzewać, że nawet jeśli nie teraz (Konin ogłosił, że pacjentów jednak odsyłać nie będzie), to za moment, może w innym szpitalu, dowiedzą się na przykład, że co prawda są zakwalifikowani do programu lekowego, ale muszą sobie poszukać szpitala, bo w tym już nie ma miejsc. Precyzyjnie rzecz ujmując, już w poprzednim roku, zwłaszcza w ostatnim kwartale, takie przypadki nie należały do rzadkości. To jest cena wydawania na zdrowie niewiele ponad 5 proc. PKB.

Największy (niestety) brak zaskoczenia. Edukacja zdrowotna. W mrokach (nie)pamięci zaginęły już zapewne wspomnienia z końcówki sierpnia 2020 roku, gdy ze szkół w całej Polsce nadchodziły sygnały o braku przygotowania placówek do rozpoczęcia roku szkolnego w warunkach covidowych. Towarzyszyły im solenne zapewnienia kierownictwa MEN oraz GIS, że wręcz przeciwnie – szkoły są zwarte i gotowe na zderzenie z wirusem jak nigdy wcześniej („nigdy wcześniej” było tu wyrażeniem kluczowym). Ministrowie uzbrajali dyrektorów, samorządowców i nauczycieli w oręż dobrych rad dotyczących egzekwowania dystansu między dziećmi i obowiązku noszenia maseczek (którego nikt przecież nie wprowadził). Jak to się skończyło, doskonale wiadomo.

Minęło pięć lat, pandemia za nami (choć nowe warianty COVID-19 nie dają o sobie zapomnieć), a dynamika relacji między szkołami i „górą” w tematach związanych ze zdrowiem jakby nie ewoluuje, mimo zmiany barw politycznych decydentów. Temat edukacji zdrowotnej budzi emocje na różnych poziomach, o czym za chwilę, jednak Związek Nauczycielstwa Polskiego, któremu trudno zarzucić niechęć do samego przedmiotu, zwraca uwagę na dwie istotne okoliczności, które mogą postawić pod dużym znakiem zapytania sukces wdrażania nowego przedmiotu. Po pierwsze, kadry. Po drugie, logistyka. „W szkołach mamy ponad 20 tys. wakatów i niestety sytuacja się nie poprawia. Nie ma młodych nauczycieli chętnych do pracy w szkołach czy przedszkolach – powiedziała rzeczniczka ZNP Magdalena Kaszulanis w rozmowie z Radiem Zet. Co więcej, szkoły mają poważne problemy z ułożeniem nowego planu lekcji – takiego, który uwzględnia już nowy przedmiot. Ministerstwo nie dało jasnych wytycznych, jak to zrobić. Z jednej strony MEN daje swobodę w układaniu grafiku, a z drugiej nalega, by dzieci nie traciły czasu na tzw. okienkach – informowały media w minionym tygodniu. Z jednej strony – swoboda działania, z drugiej… No właśnie, co? Kolejna porcja dobrych rad, bo w sprawie kadr też takie są. Edukację zdrowotną mogą prowadzić nauczyciele, którzy uczą biologii, przyrody czy wychowania fizycznego lub psychologowie – podpowiada MEN.

W kwestii edukacji zdrowotnej wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik. Tak, by pokonać ewentualne perturbacje, które nie tylko można, ale trzeba przewidzieć. Faktu, że część parafii dystrybuuje – mniej lub bardziej oficjalnymi kanałami – deklaracje sprzeciwu, nie można nie zauważać, podobnie jak zaangażowania (części) polityków w próby zorganizowania bojkotu wprowadzanego do szkół przedmiotu. Oczywiście, można mieć nadzieję, że zdrowy rozsądek przeważy, ale decydenci nie powinni swojej strategii (w tej ani żadnej innej sprawie) opierać na nadziejach. Tym bardziej warto zauważyć głos Marka Michalaka, byłego Rzecznika Praw Dziecka. – Wypisanie dziecka z edukacji zdrowotnej nosi znamiona działania na jego szkodę – napisał w mediach społecznościowych. Kanclerz Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu i były RPD przypomniał, że podstawa programowa nowego przedmiotu pozwoli dzieciom dowiedzieć się m.in. jak dbać o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne, jak rozpoznawać niepokojące sygnały w swoim ciele, jak działa ich ciało, co to znaczy dojrzewanie, zgoda, granice, jak unikać uzależnień, przemocy czy chorób przenoszonych drogą płciową. – Coraz częściej słyszę o namawianiu rodziców/opiekunów prawnych, aby wypisywali swoje dzieci z zajęć edukacji zdrowotnej. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy naprawdę chronimy w ten sposób dzieci? Edukacja zdrowotna to nie ideologia. To wiedza potrzebna do życia – podkreślił.

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Szczepienia. Szczepień lepiej nie łączyć. Żadnych, również tych przeciwko grypie i COVID-19. Żeby zaszczepić się przeciwko grypie, trzeba się zarejestrować na dwa terminy. A może nawet na trzy. Najpierw rozmowa z lekarzem o szczepieniach. Potem wizyta z badaniem. A potem wizyta na samo szczepienie, ale to już u pielęgniarki. Taki przekaz usłyszała w poradni POZ na obrzeżach jednego z największych miast seniorka, lat 77, przy okazji wizyty receptowej, pytając pielęgniarkę o możliwość zaszczepienia siebie i męża (lat 88, mało mobilny).

Przykład anegdotyczny? Być może, ale trudny do pominięcia, gdy weźmie się pod uwagę tzw. okoliczności, czyli nikły odsetek zaszczepionych przeciw chorobom sezonowym seniorów (14 proc. – grypa). Być może odpowiedź na dręczące epidemiologów, immunologów i specjalistów zdrowia publicznego pytanie: „Dlaczego?” jest prostsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Na osiedlu, gdzie mieszkają państwo X, jest jedna apteka (sieciowa), która nie prowadzi szczepień. Upraszczanie drogi do szczepień, którymi szczyci się Ministerstwo Zdrowia, via ścieżka apteczna, tych seniorów nie dotyczy. Niewątpliwie pomogłaby bardziej proszczepienna postawa personelu (szczepienia co do zasady łączyć jak najbardziej przecież można), ale przede wszystkim przydałyby się rozwiązania systemowe, choćby posiadane w dyspozycji szczepionek w ramach poradni (o co lekarze zresztą zabiegają). Wtedy można byłoby rzeczywiście zrealizować szczepienia podczas jednej wizyty.

Szczepienia w aptekach są świetnym rozwiązaniem, ale równolegle powinien być udrażniany dostęp do nich w poradniach POZ. Na tym odcinku trudno mówić zaś o pozytywnych zmianach. Nota bene, przez ostatni rok w ramach różnych podkomisji i zespołów parlamentarnych, zajmujących się problemami zdrowia seniorów, kilka razy pojawiał się pomysł mobilnych zespołów, docierających ze szczepieniami do niemobilnych seniorów. Na razie ich uodpornienie (lub nie) zależy wyłącznie od wsparcia rodziny. Trudno to nazwać rozwiązaniem systemowym.

Największy znak zapytania. Ustawa szpitalna. Karol Nawrocki zawetuje, wyśle do Trybunału Konstytucyjnego, a może podpisze? Ta trzecia opcja wydaje się najmniej prawdopodobna, a wystosowane do prezydenta przez trzy centrale związkowe stanowisko w sprawie ustawy dodatkowo zwiększa prawdopodobieństwo zablokowania ustawy.

Samo wejście (lub nie) w życie przepisów ustawy nie będzie miało, jak ocenia wielu ekspertów, fundamentalnego znaczenia dla systemu ochrony zdrowia. Można się więc zastanawiać, czy odmawiając podpisu Karol Nawrocki nie zrobiłby wszystkim przysługi, zmuszając rząd do podjęcia realnych decyzji w miejsce markowania działań w newralgicznych obszarach. To oczywiście scenariusz pozytywny. Równie prawdopodobne jest jednak tkwienie w marazmie, bo „co zrobić, jeśli nic nie da się zrobić”?

Dobra wiadomość: niepewność co do losów ustawy szpitalnej zakończy się w najbliższych dniach. Tym razem naprawdę będą to dni najbliższe, w przeciwieństwie do tych, ogłoszonych przed miesiącem, które miały przynieść „odpolitycznienie i odpartyjnienie” resortu zdrowia. A ponieważ już wszystko – przynajmniej na temat losów ustawy – będzie wiadomo, może jeszcze przed nowym „sezonem” sejmowym minister zdrowia zdąży zaprezentować swoje pomysły i priorytety?

24.08.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.