Zdrowie nie jest i nie będzie apolityczne, co nie znaczy, że pewne kwestie nie mogą stać ponad politycznymi podziałami. Niestety w Polsce zwykle polityków łączy to, co ochronie zdrowia raczej nie służy. Osiągnięcie porozumienia w innych, choćby neutralnych kwestiach, to rzadkość.
Premier Donald Tusk i prezydent Karol Nawrocki podczas posiedzenia Rady Gabinetowej, 27 sierpnia 2025 r. Fot. KPRM
Największe zaskoczenie. Podpis pod ustawą szpitalną. Podpis prezydenta pod tzw. ustawą o ratowaniu szpitali powiatowych można uznać nie tylko za zaskoczenie, ale wręcz za sensację. Wspólny apel trzech central związkowych, na czele z NSZZ Solidarność, do prezydenta w sprawie ustawy i lista zarzutów związkowców wobec jej zapisów zmniejszyły szanse na podpis niemal do zera. Zaraz po tym, jak Senat przyjął ją bez poprawek, w „Studium kryzysu” pisaliśmy jednak, że „doradcy prezydenta po zapoznaniu się z ustawą mogą (…) stwierdzić, że podpisać ją można bez żadnych konsekwencji, bo tak naprawdę nie niesie ona ze sobą żadnych realnych «zagrożeń» (szans, możliwości) zmianą struktury szpitalnictwa”, ale nie było oczywiste, że ten argument przeważy nad polityczną narracją, koncentrującą się wokół domniemanego scenariusza prywatyzacji publicznych placówek. Z uzasadnienia decyzji, jakie przedstawiła Kancelaria Prezydenta, wynika zresztą, że Karol Nawrocki obawy związane z przekształceniami szpitali podziela. Przeważył argument dotyczący KPO – głowa państwa postanowiła nie przeszkadzać w rozliczeniu kamienia milowego, zapowiadając jednocześnie „pilne baczenie”, co dzieje się ze szpitalami i podjęcie prac nad ewentualną nowelizacją ustawy.
Być może nie będzie to potrzebne, bo wiadomo, że minister Jolanta Sobierańska-Grenda również widzi potrzebę zmian w ustawie, a jej rozmowa z prof. Piotrem Czauderną, prezydenckim doradcą ds. ochrony zdrowia, okazała się nad wyraz owocna. I, jakkolwiek niedoskonała jest ta ustawa, jest to również pierwszy sukces urzędującej już od ponad miesiąca – choć nieepatującej swoją obecnością w przestrzeni publicznej – szefowej resortu zdrowia. Bo nawet jeśli przyjąć, że ustawa realnie niewiele zmienia w zakresie możliwości zmian w szpitalnictwie, jej zablokowanie przez prezydenta byłoby dotkliwym zgrzytem. Zgrzytu nie ma, jest natomiast przynajmniej szansa na nowe otwarcie w kontaktach na linii Pałac Prezydencki – Ministerstwo Zdrowia. Nie chodzi tylko o fakt, że Jolantę Sobierańską-Grendę i prof. Piotra Czaudernę łączy Trójmiasto, raczej o wspólne przekonanie, że warto przynajmniej próbować się porozumieć. Takiego podejścia w sposób dramatyczny brakowało wtedy, gdy resortem zdrowia kierowała Izabela Leszczyna.
Byłoby naiwnością twierdzić, że obszar ochrony zdrowia znajdzie się „ponad polityką”. W ostatnich tygodniach pisaliśmy o tym nie raz, w kontekście przede wszystkim szumnych zapowiedzi „odpartyjnienia” resortu zdrowia (na marginesie, ostatnie informacje dochodzące z kręgów rządowych potwierdzają, że zmian na stanowiskach wiceministrów nie będzie wcale albo prawie wcale, uwzględniając odejście Jerzego Szafranowicza). To obszar generujący zbyt wiele napięć, z tendencją do ich eskalacji, więc w sposób oczywisty upolityczniony. Natomiast bez wątpienia losy ustawy szpitalnej potwierdzają, jak wielkim błędem po stronie rządu był planowy paraliż legislacyjny w oczekiwaniu na zmianę w Pałacu Prezydenckim.
Największy brak zaskoczenia. Pieniądze na zdrowie. Polem politycznego porozumienia powinny być pieniądze na zdrowie. Mówiąc bardziej precyzyjnie, konieczność ich radykalnego zwiększenia nie tyle przez dokładanie coraz większych kwot z budżetu państwa, co gruntownych zmian w systemie finansowania (wysokość składki zdrowotnej, jej powszechność, być może wprowadzenie składki płaconej przez pracodawców, określenie obciążenia budżetu państwa składkami za osoby niemające żadnego tytułu do ubezpieczenia, zwiększenie „podatków od grzechu” i dokładne przypisanie wpływów z nich do zadań do sfinansowania etc.). Jest oczywiste, że politycy po obu stronach politycznej barykady do takiego porozumienia nie są gotowi. Co więcej, nie są gotowi nawet do przyznania, że pieniędzy na zdrowie jest o wiele za mało.
To dlatego po posiedzeniu rządu, gdy minister finansów Andrzej Domański ogłaszał, że na zdrowie wydamy w 2026 roku blisko 248 mld zł, można było usłyszeć, że to dowodzi, jak ważny jest to priorytet. Politykom nie przeszkadza chwalić się blisko 5-proc. odsetkiem PKB wydawanym na obronność i podkreślać, że Polska jest pod tym względem rekordzistą wśród europejskich krajów NATO i jednocześnie przechodzić do porządku dziennego, że wydając na ochronę zdrowia realnie niewiele więcej (nieco ponad 5 proc. PKB) znajdujemy się na szarym końcu europejskiej stawki.
Nie ma nadziei na zmianę. Karol Nawrocki przy okazji płynących z rządu zapowiedzi dotyczących planowanego wzrostu m.in. akcyzy od alkoholu oraz opłaty cukrowej już zapowiedział, że na żadną podwyżkę podatków się nie zgodzi. Nawet taką, która z jednej strony zapewniłaby wyższe wpływy do napiętego – o czym Nawrocki przecież sam mówi – budżetu, z drugiej, byłaby istotną korzyścią dla zdrowia publicznego. Ograniczanie dostępności alkoholu – dostępności fizycznej i finansowej – jest jednym z kluczowych wyzwań. Nie tylko ze względu na oczywiste szkody i spustoszenia zdrowotne, jakie są skutkiem konsumpcji alkoholu (nie tylko w modelu nadużywania), ale też – co bardzo mocno wybrzmiało podczas zorganizowanej w minionym tygodniu przez samorząd warszawskich lekarzy konferencji – że duża część aktów agresji i przemocy ma miejsce pod wpływem alkoholu.
Brak gotowości polityków do stawiania tam konsumpcji alkoholu nie ma barw politycznych: w minionych dniach rady dzielnic Warszawy opiniowały proponowane przez prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wprowadzenie nocnej prohibicji (obejmowałaby jedynie sklepy i stacje benzynowe). W niektórych uchwały zyskały większość, w większości – nie. A wśród radnych, którzy nie widzą problemu w dostępności alkoholu przez całą dobę, są przedstawiciele praktycznie wszystkich komitetów i partii. Również Koalicji Obywatelskiej, której radni mieli wręcz otrzymać „dyrektywę”, by głosować przeciw projektowi swojego prezydenta.
Największy problem. Agresja i przemoc. Nie upłynęła nawet doba, jak rzeczywistość potwierdziła to, co podczas debaty mówili lekarze czy policjanci: w Siedlcach, w środku miasta, dwóch mężczyzn zaatakowało brutalnie byłego ministra zdrowia Adama Niedzielskiego. Sprawcy pobicia, jak się okazało, mieli ponad dwa promile alkoholu.
Podczas dyskusji „Zero tolerancji dla agresji” zwracano uwagę, że bycie pod wpływem alkoholu nie znosi odpowiedzialności karnej za popełnione przestępstwo, nie może być traktowane jako okoliczność łagodząca. Sprawca nie powinien móc liczyć na wyrozumiałość (świadków, a nawet zaatakowanej osoby, co niestety czasami się zdarza). Przeciwnie – być może wzorem przepisów dotyczących wypadków drogowych przemoc pod wpływem alkoholu powinna podlegać wręcz surowszym sankcjom. Konieczne są natomiast działania prewencyjne oraz naprawcze (udrożnienie ścieżek leczenia uzależnień).
Okoliczności, w jakich Adam Niedzielski został zaatakowany, to jeden problem. Drugim jest clou tego ataku, czyli motywacja sprawców. „Śmierć zdrajcom ojczyzny” to hasło do złudzenia przypominające jeden z motywów przewodnich kampanii prezydenckiej alternatywnego kandydata środowisk związanych z Konfederacją („Śmierć wrogom ojczyzny”). Bierna akceptacja takich haseł (i będących ich konsekwencją czynów) skutkuje normalizacją przemocy werbalnej i fizycznej. Na to również zwracaliśmy uwagę w „Studium kryzysu” już od miesięcy: bezradność państwa (czasami wręcz planowa) wobec coraz dalej przesuwającego granice Grzegorza Brauna stanowi realne niebezpieczeństwo dla wszystkich, których zdefiniuje (on lub jego współpracownicy) jako wrogów.
Największy znak zapytania/porażka. Ukraińcy w Polsce. Trzeba przyznać, że aktywność państwa, a na pewno polityków, którzy mają wpływ na jego funkcjonowanie, idzie w dokładnie odwrotnym kierunku – granice można przesuwać coraz dalej i dalej. Po nieco trzech latach większość społeczeństwa, która na początku 2022 roku swoją otwartością serca zadziwiała świat, a na pewno Europę, dziś popiera ograniczenia wsparcia dla Ukraińców, którzy po ataku Rosji schronili się w Polsce.
Niechętni uchodźcom zza wschodniej granicy byli w społeczeństwie od początku, ale stanowili milczącą mniejszość. Nie nadawali tonu dyskusji publicznej, nie słychać było przez długi czas sprzeciwu wobec finansowania świadczeń zdrowotnych (marginalny w skali wydatków problem) czy nawet wypłaty 800 plus. Trudno oprzeć się wrażeniu, że problem pojawił się wtedy, gdy temat podniósł w czasie kampanii kandydat Koalicji Obywatelskiej (800 plus tylko dla pracujących w Polsce). Być może w sondażach partia rządząca wyczytała, że w społeczeństwie rośnie zmęczenie obecnością Ukraińców i stwierdziła, że można coś na takiej retoryce „ugrać”. Błąd (jeden z wielu). Nie tylko dlatego, że mało to etyczne odbierać kobietom wsparcie dla małych najczęściej dzieci, gdy głowa rodziny walczy na froncie.
Jedna z zaangażowanych w edukację publiczną – w dostępny dla siebie sposób – księgarni w ostatnich dniach wystawiła przed lokal „potykacz”: „Nie mamy podręczników szkolnych, ale za to możemy wam powiedzieć, że Ukraińcy bronią nas przed Putinem i przynoszą Polsce dużo pieniędzy”. Może warto, by premier z całym rządem (prezydentowi, w kontekście weta do ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, ciężko to nawet sugerować) odwiedzili Bydgoszcz? Bo wieści z rynku pracy mogą napawać niepokojem: część firm już uruchomiła procedury wypowiadania umów pracownikom z Ukrainy w obawie, że 30 września stracą prawo do legalnego pobytu w Polsce. Nie oznacza to, że Ukraińcy faktycznie znikną z rynku pracy, natomiast z dużym prawdopodobieństwem powiększy się szara strefa. To fatalne wieści dla finansów publicznych. Również dla NFZ.
Warte odnotowania. Zamieszanie z WPWZ. Wyszło niepoważnie. Prezydent, wetując ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy, zawetował też przywrócenie trybu przyznawania warunkowego prawa wykonywania zawodu. Radość samorządu lekarskiego była jednak przedwczesna, bo w prezydenckim projekcie skopiowano przepisy z zawetowanego projektu rządowego, co jest kolejnym dowodem, że w wielu obszarach politycy mogą się spierać, ale w innych idą ręka w rękę. Samorząd przełknąwszy gorzką pigułkę zapowiada, że w sprawie przyznawana PWZ nie składa broni. Tylko gdzie szukać sojuszników?