Rząd przedstawił w piątek priorytety na drugą połowę kadencji. Mają się opierać na czterech filarach. Ochrona zdrowia znalazła się w filarze trzecim: „Sprawne państwo i wysoka jakość usług publicznych”.
Minister nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Maciej Berek. Fot. KPRM
Można się zastanawiać, dlaczego nie w filarze pierwszym „Bezpieczna Polska, bezpieczni Polacy”, zwłaszcza że podczas konferencji podkreślano, że bezpieczeństwo jest traktowane bardzo szeroko, nie ogranicza się tylko do kwestii obronności i znalazło się w nim również miejsce na bezpieczeństwo energetyczne i ekonomiczne. Na kwestie zdrowotne – nie.
Minister nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu Maciej Berek, mówiąc o ochronie zdrowia, wymienił – jako priorytet – efektywny system świadczeń zdrowotnych, w tym pakiet e-zdrowie (w ostatnich dniach media obiegła informacja o powołaniu zespołu i podzieleniu się kompetencjami i odpowiedzialnością za wdrażanie e-zdrowia z Ministerstwem Cyfryzacji, w resorcie zdrowia zaś za obszar e-zdrowia odpowiada wiceminister Tomasz Maciejewski, który jako dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie miał duże osiągnięcia w cyfryzacji usług).
W e-zdrowiu rząd widzi szanse z jednej strony na przynajmniej częściowe uporządkowanie systemu (i skrócenie kolejek oczekujących), z drugiej – poprawę notowań ochrony zdrowia. Przykładem świeci program „Moje Zdrowie”, do którego Polacy nadspodziewanie chętnie się rejestrują (zwłaszcza przez narzędzia internetowe), w czasie pandemii dobrze oceniano system rejestracji na szczepienia przeciw COVID-19.
Budowa efektywnego systemu świadczeń zdrowotnych to „święty Graal” (albo hasło-wytrych) wszystkich ekip rządowych. Natomiast w tej chwili sytuacja jest szczególna, bo system ochrony zdrowia jest dotknięty najpoważniejszym od lat – wręcz od dekad – kryzysem finansowym. Bardziej dotkliwym niż w o wiele bardziej siermiężnych, również pod względem finansowym, początkowych latach funkcjonowania systemu kas chorych, bo następującym po latach względnego „prosperity” (czas pandemii, dodatkowe pieniądze w systemie i rok 2023, w którym zdecydowano o praktycznie jednorazowej konsumpcji nadwyżek, czyli pieniędzy niewydanych w latach 2020-2022).
Efekty tego kryzysu – potęgowanego przez odkładanie decyzji w pierwszych dwóch latach rządu Donalda Tuska – są widoczne gołym okiem. Poziom problemów, z jakimi przychodzi i przyjdzie się mierzyć nowemu kierownictwu (o priorytetach resortu minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda ma rozmawiać w Komisją Zdrowia w najbliższą środę), obrazuje raczej czwartkowa „okupacja” Ministerstwa Zdrowia w związku z planami likwidacji ostatniej porodówki w Bieszczadach (radni powiatu leskiego nie podjęli decyzji o likwidacji, zabrakło jednego głosu) niż perspektywa budowy efektywnego systemu świadczeń zdrowotnych. Ramy, w jakich poruszać się będą decydenci, wyznaczają finanse, a raczej ich brak.
Z informacji, jakie w ubiegłym tygodniu NFZ i MZ przekazały posłom Komisji Zdrowia, dyskutującym m.in. na temat sytuacji finansowej NFZ w kontekście realizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych wynika, że w tym roku, do początku września, do NFZ trafiło już niemal 90 proc. zaplanowanej dotacji z budżetu państwa. Do wykorzystania zostało ok. 2,8 mld zł (przy znacząco wyższych wydatkach, związanych choćby z podwyżką wycen), tymczasem świadczeniodawcy ciągle czekają między innymi na wypłatę 1,6 mld zł z tytułu realizacji programów lekowych w pierwszym półroczu br. (z czego 400 mln zł to zaległości za pierwszy kwartał).
Nie ma wątpliwości, że sytuacja w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza, choćby dlatego, że zaplanowana w budżecie dotacja (26 mld zł) jest niewiele wyższa niż środki, które już trafiły do NFZ w postaci licznych „kroplówek”, niższa od tej, która jest obecnie zaplanowana i zapewne znacząco niższa od ostatecznej wysokości dotacji, którą budżet będzie musiał Funduszowi do końca roku przekazać.