Minister edukacji nie uchroniła polskiej szkoły od politycznej awantury, a kierowany przez nią resort ponosi ogromną część odpowiedzialności za rysującą się na horyzoncie porażkę lekcji o zdrowiu. A to przecież nie jedyna bitwa, którą w obszarze zdrowia publicznego politycy przegrywają z własnego wyboru.

Fot. mat. pras.
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Edukacja zdrowotna. Czy Ministerstwo Edukacji Narodowej źle przygotowało kampanię informacyjną przed wprowadzeniem do szkół edukacji zdrowotnej? Z takim pytaniem mierzyć się przyszło w rozmowach z dziennikarzami wiceszefowej resortu Katarzynie Lubnauer, która słynie z tego, że belki w swoim oku nie widzi. Nigdy.
Jaką kampanię? Termin podjęcia przez rodziców decyzji upływa 25 września, zaś 22 września w Sejmie odbędzie się konferencja, która – jak się można domyślać – ma być game changerem dyskusji o edukacji zdrowotnej… na trzy dni przed zakończeniem procesu decyzyjnego. – Wicemarszałek Sejmu RP Monika Wielichowska, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, minister edukacji narodowej Barbara Nowacka oraz minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki zapraszają na konferencję pt. „Edukacja zdrowotna – korzyści na całe życie”. Wydarzenie będzie okazją do wymiany poglądów na temat nowego przedmiotu szkolnego – edukacja zdrowotna – przeczytali dziennikarze w zaproszeniu.
MEN walczy na kilku frontach w sprawie edukacji zdrowotnej – w ostatnich dniach „okazało się”, że do przedmiotu nie przygotowano podręcznika. – W Polsce podręczników nie przygotowuje MEN, tylko wydawcy – wskazuje wiceminister Lubnauer. A odpowiedzialność za niezbyt korzystny klimat wokół lekcji o zdrowiu przerzuca na polityków prawicy i Kościół katolicki. – Mieliśmy zarówno nagonkę tych polityków, jak i mieliśmy nagonkę Kościoła katolickiego, który rzeczywiście wbrew interesom – według mnie – młodzieży, bardzo zaatakował edukację zdrowotną – powiedziała Katarzyna Lubnauer. Jak dodała, listy na ten temat były czytane we wszystkich parafiach. – I zauważmy jedną rzecz: w tych listach było bardzo wiele kłamstw – oceniła wiceminister edukacji.
Oczywiście, „zasługi” ogromnej części środowisk prawicowych, antyzdrowotnych i kręgów kościelnych dla deprecjacji edukacji zdrowotnej trudno przecenić (rozmiarami rzeczywiście przypominają bardziej belki niż ewangeliczne źdźbła, tkwiące w oku bliźnich), ale warto byłoby jednak – na dobry początek – usunąć to, co przeszkadza w rzetelnej ocenie sytuacji. Nie było informacji. Nie było kampanii. No i – przede wszystkim – podjęto fatalną decyzję o fakultatywności przedmiotu.
Najlepszym testem będzie odsetek uczniów niezapisanych na lekcje o zdrowiu w największych miastach. Przykłady zgłaszane w prywatnych rozmowach przez znajomych rodziców uczniów warszawskich, krakowskich czy gdańskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych nie dają podstaw do optymizmu. Nikt nie deklaruje, że podjął decyzję o wypisaniu dziecka z edukacji zdrowotnej z powodu stanowiska Kościoła, listu biskupów czy tego, co o rzekomej demoralizacji mówi jeden czy drugi poseł. Ktoś tłumaczy, że edukacja zdrowotna jest na ósmej godzinie… w piątek, ktoś opowiada, jak bardzo dziecko prosiło o wypisanie, bo chciałoby dłużej pospać, „a poza tym i tak nikt nie będzie z klasy chodzić”. Ktoś inny usprawiedliwia się, że jego dziecko trzy razy w tygodniu ma korepetycje, dwa razy angielski, tenis i basen, a EZ jest nieobowiązkowe. Dokładnie o tym pisaliśmy w połowie stycznia, gdy MEN potwierdził słowa wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, że lekcje o zdrowiu nie będą obowiązkowe: – „Za” edukacją zdrowotną, przynajmniej werbalnie, murem stanęły kobiety: Barbara Nowacka i minister Izabela Leszczyna. Nie wdając się w analizy i bez ulegania pokusie formułowania łatwych wniosków, warto odnotować, że nie jest to bynajmniej przypadek: gros decyzji dotyczących edukacji podejmują właśnie kobiety, które dobrze wiedzą, że zwłaszcza we współczesnej szkole przedmioty nieobowiązkowe nie mają racji bytu. Są więcej niż nieistotne. Powód? Jeśli rodzice mogą zaoszczędzić dziecku jednej godziny dłużej w szkole, nie wyrażając woli uczestniczenia w przedmiocie, który nie daje oceny na świadectwie ani gwarancji, że dziecko z pożytkiem spędzi czas w szkole, podejmą taką decyzję. Zwłaszcza w dużych miastach (które mogłyby być większym rezerwuarem ewentualnych chętnych), bo tam istnieje też spora konkurencja w postaci dodatkowych zajęć – pisaliśmy wtedy.
Warto też przypomnieć, że minister edukacji tłumaczyła swoją decyzję (wcześniej cały czas mowa była przecież o przedmiocie obowiązkowym) koniecznością „uchronienia polskiej szkoły przed polityczną awanturą”. Nie do końca się to udało, a fakultatywność przedmiotu – a więc decyzja MEN – waży o wiele więcej niż argumenty Konferencji Episkopatu Polski. Zwłaszcza w kontekście opublikowanych w minionym tygodniu badań IBRIS, z których wynika, że erozja zaufania do instytucji Kościoła postępuje w szybkim tempie: zaufanie deklaruje 35 proc. społeczeństwa, ale tylko 7 proc. odpowiada, że „ufa zdecydowanie”. Bitwa o edukację zdrowotną nie była z góry przegrana.
Największa porażka/katastrofa. Zdrowie publiczne. Z awantury w awanturę. To, co wydarzyło się w Warszawie wokół uchwały Rady Miasta w sprawie tzw. nocnej prohibicji sami politycy partii Donalda Tuska oceniają jako wizerunkową katastrofę, ale znaczenie sprawy daleko wykracza poza straty PR-owe czy też nawet polityczne. Jeśli razem czytać sprzeciw partii, której wiceprezesem jest przecież prezydent Rafał Trzaskowski, wobec wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych w sklepach (tylko w sklepach!) z deklaracją, jaka padła podczas piątkowej konferencji, na której prezentowane były priorytety rządu na drugą połowę kadencji w sprawie zakazu nocnej sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych (rząd wprowadzać go nie zamierza), wniosek jest bardzo prosty: „wolnościowcy” górą. Cudzysłów uzasadniony, bo przecież nie o wolność tutaj chodzi. W najlepszym przypadku – o wpływy z akcyzy do budżetu państwa, w najgorszym – o uleganie lobbystom. Nawet jeśli unurzane jest to w retoryce obrony wolności obywateli do dokonywania wyborów. Paradoksalnie mieszkańcy Warszawy – w ogromnej większości wierni wyborcy KO – chcieli wprowadzenia tej regulacji, podobnie jak policja, jak pracownicy ochrony zdrowia, psychologowie i psychoterapeuci, specjaliści zajmujący się uzależnieniami.
W sumie, jakiekolwiek nie byłyby powody decyzji, która zapadała wysoko ponad głowami radnych i ponad głową prezydenta Warszawy, w żadnym wypadku nie chodziło na pewno o zdrowie publiczne, cokolwiek na ten temat politycy i polityczki Koalicji Obywatelskiej mieliby do powiedzenia. Wiarygodność deklaracji będzie zerowa. Lub nawet ujemna.
Największy znak zapytania. Psychiatria (i pieniądze). Przedstawiciele środowiska Centrów Zdrowia Psychicznego alarmują, że nakłady na psychiatrię w 2026 roku spadną. Ministerstwo Zdrowia ripostuje, że przeciwnie – wzrosną. Głównym tematem jest jednak, a w każdym razie być powinien, los reformy psychiatrii dorosłych, czyli odpowiedź na pytanie, co dalej z CZP. W minionym tygodniu były sygnały, że trwają prace nad zmienionym – w stosunku do testowanego w pilotażu – modelem finansowania, premiującym jakość. Modelem, w którym utrzymany byłby ryczałt, ale dołączone do niego wskaźniki pozwoliłyby na większą kontrolę tego, jak wydawane są środki. Domyślić się trzeba, że również – ile tych środków jest wydawanych.
Do końca pilotażu zostały jednak praktycznie trzy miesiące. Ministerstwo Zdrowia spodziewa się, że raport zespołu ekspertów z rekomendacjami otrzyma do końca września. Z naszych informacji wynika, że to nie musi się wydarzyć. Coraz częściej można usłyszeć głosy, że być może pilotaż będzie musiał zostać przedłużony – o kolejne pół roku. Choćby dlatego, że psychiatria jest zbyt wrażliwym obszarem do dokonywania zmian na ostatnią chwilę. Kluczowe będzie, nie ma co do tego wątpliwości, stanowisko Narodowego Funduszu Zdrowia. Pilotaż oznacza dodatkowe finansowanie, którego na dziś nie przewidziano.
Warte odnotowania. CBOS o ochronie zdrowia. 70 proc. badanych ocenia negatywnie publiczną ochronę zdrowia w Polsce. Jedynie 25 proc. – o 2 proc. mniej niż dwa lata temu – ma o niej dobre zdanie. To wyniki najnowszego badania CBOS „Opinie na temat funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej”. Co czwarty badany (25 proc. – wobec 27 proc. w poprzednim badaniu) jest zadowolony z funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce, a zdecydowana większość (70 proc. – bez zmian) ocenia ją negatywnie. – Od kiedy monitorujemy opinie na ten temat, tj. od roku 2001, zadowoleni z funkcjonowania opieki zdrowotnej należą do mniejszości. W ostatniej dekadzie stosunkowo dobre oceny zarejestrowaliśmy podczas pandemii w czerwcu 2020 roku, w kolejnych latach uległy one pogorszeniu – zauważyli autorzy raportu.
Od ponad roku trwa największy od lat kryzys finansowy w ochronie zdrowia – a mimo to rozkład opinii na temat funkcjonowania opieki zdrowotnej się praktycznie nie zmienia. To może zaskakiwać. Nie zaskakuje natomiast fakt, że Polacy wyrażali „stosunkowo dobre oceny” na temat funkcjonowania ochrony zdrowia w czerwcu 2020 roku – jako kraj byliśmy wtedy (jeszcze) na etapie „bicia braw” medykom, placówki ochrony zdrowia latem funkcjonowały w miarę normalnie, a najtrudniejszy etap lockdownu, z praktycznym paraliżem systemu ochrony zdrowia dopiero majaczył na horyzoncie.
Co oceniamy najgorzej w publicznym systemie? Tu też zaskoczeń nie ma: dostępność lekarzy specjalistów (82 proc. ocen negatywnych) oraz niedobór personelu medycznego w szpitalach (65 proc.). Przeważnie negatywnie postrzegana jest również dostępność badań diagnostycznych (60 proc.) i możliwość umawiania wizyt w dogodnym terminie (63 proc.).
Ważne zastrzeżenie: złą ocenę najczęściej mają ci, którzy leczyli się wyłącznie poza systemem powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, a w drugiej kolejności – osoby, które w półroczu poprzedzającym badanie leczyły się zarówno w ramach NFZ, jak i poza nim. Byłoby jednak ogromnym uproszczeniem twierdzić, że oceniają, choć nie znają. Być może poznali wcześniej lub – co bardzo (i coraz bardziej) prawdopodobne – nie dostali się do publicznego systemu w racjonalnym terminie.