Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Minister zdrowia wie, że nie może się domagać podwyższenia składki zdrowotnej, ale premier na wszelki wypadek twardo deklaruje, że mowy o takiej decyzji nie ma. I zapowiada szukanie nie tyle oszczędności, co możliwości racjonalizacji wydatków. Na zdrowie, a może lepiej – na chorobę.

Premier Donald Tusk. Fot. KPRM

  • W debacie politycznej temat podniesienia składki zdrowotnej nie istnieje już od dwóch dekad
  • Politycy wszystkich ugrupowań mają nadzieję, że sprawa ustawy o wynagrodzeniach minimalnych nie wejdzie do agendy Sejmu
  • W Sejmie są projekty dotyczące ograniczenia sprzedaży alkoholu w całym kraju, a kluby licytują się w pomysłach i poparciu dla nich
  • Być może inne głowy państwa mają swoje złe zdrowotne nawyki, ale raczej nikt się z nimi tak ostentacyjnie nie obnosi

Największy (niestety) brak zaskoczenia. Premier o zdrowiu i składce. Czy minister zdrowia zapowiedziała starania o podniesienie składki zdrowotnej (w czwartek), a premier Donald Tusk (w piątek) zadeklarował, że o żadnym podniesieniu składki mowy nie ma? Tak, w dużym skrócie, media przedstawiają swoisty dwugłos, sugerując wysoką temperaturę sporu, ale tak naprawdę rozdźwięku w rządzie próżno szukać.

Minister zdrowia – jak każdy z jej poprzedników – oczywiście dostrzega absurd sytuacji, w której finanse systemu ochrony zdrowia trzeszczą, a składka zdrowotna ogólnie jest ustalona na dość niskim poziomie, w dodatku system jej naliczania jest skrajnie niesprawiedliwy, nierównomiernie rozkładający ciężar finansowania systemu ochrony zdrowia. O potrzebie zmian w systemie finansowania wydatków zdrowotnych, który obowiązuje od końca lat 90. (z niewielkimi modyfikacjami, z których część, wprowadzona ostatnio, dodatkowo pogorszyła sytuację, uzależniając finanse zdrowia od decyzji politycznych w ramach podziału środków budżetowych), eksperci debatują od dobrych kilku lat (a nawet dłużej) i siłą rzeczy w tych dyskusjach uczestniczą też kolejni ministrowie zdrowia. – Nie jestem w stanie przekonać premiera i moich kolegów z rządu do podniesienia składki zdrowotnej – mówiła równo rok temu ówczesna szefowa resortu Izabela Leszczyna. Dyskusje o składce zdrowotnej toczą się podczas konferencji branżowych, w panelach eksperckich – i w ogóle nie zahaczają o polityczne salony. Ba, nawet nie antyszambrują przed gabinetami najważniejszych polityków. W debacie politycznej temat podniesienia składki zdrowotnej, stawiając kropkę nad „i”, nie istnieje już od dwóch dekad. Twarda zapowiedź Donalda Tuska, że rząd nie podwyższy składki zdrowotnej, nie jest żadnym przełomem ani nawet nowością. Jeśli zasługuje na uwagę, to tylko przez kontekst narastającego – i wymykającego się spod kontroli – kryzysu finansowego NFZ.

Nie jest również niczym nowym zapowiedź analizy wydatków w ochronie zdrowia. Można się tylko gorzko uśmiechnąć: za kilka tygodni miną dwa lata, jak Tusk ogłaszał uzasadnienie dla wyboru Izabeli Leszczyny na stanowisko ministra zdrowia. Miała być – kto pamięta? – niemal drugim ministrem finansów z zadaniem czuwania nad finansami systemu. Pisaliśmy wówczas, że prawdziwą misją Leszczyny (którą wielu obsadzało przecież w roli ministra finansów) będzie czuwanie, by na zdrowie nie została wydana ani złotówka więcej, niż jest to absolutnie niezbędne (przy czym ustalanie definicji niezbędności ulokowane miało być poza resortem zdrowia, co nie do końca się udało i niewątpliwie osłabiało dodatkowo notowania Izabeli Leszczyny u premiera). – Będziemy jeszcze bardzo precyzyjnie analizować, gdzie te wydatki można zracjonalizować, gdzie te pieniądze są marnowane, gdzie nie służą bezpośrednio zdrowiu pacjentów. Czeka nas seria trudnych i ciężkich rozmów, przede wszystkim w trójkącie NFZ, Ministerstwo Finansów i Gospodarki, Ministerstwo Zdrowia. Będę w tym też uczestniczył, będziemy informowali o efektach – zapowiadał Donald Tusk. Jedno jest pewne, trudnych rozmów w różnych konfiguracjach w nadchodzących miesiącach na pewno będzie wiele.

Największy znak zapytania/zaskoczenie. Ustawa o wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda niezbyt często występuje publicznie, ale w minionym tygodniu pojawiła się w TVP Info (dzień po posiedzeniu Komisji Zdrowia, podczas którego wraz z pozostałymi członkami kierownictwa resortu przedstawiała zamierzenia na najbliższe dwa lata) i zapowiedziała tam powrót do rozmów na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych pracowników medycznych. Trudno uznać to za zaskoczenie, skutki ustawy generują potężne napięcia w finansach systemu ochrony zdrowia. Z drugiej strony, ani poprzednie kierownictwo ministerstwa, ani – sądząc po dotychczasowych sygnałach – również obecne nie mają pomysłu, jak przejść pierwszą, zasadniczą, trudność w pracach nad ewentualną nowelizacją. Czyli – uzyskać akceptację partnerów społecznych. Dotychczasowe rozmowy w Zespole Trójstronnym, z wiodącą rolą ówczesnego wiceministra Jerzego Szafranowicza, nie zakończyły się spektakularnym fiaskiem tylko dlatego, że na dobrą sprawę nie weszły w fazę, w której można mówić o rozstrzygnięciach.

Bez zgody partnerów społecznych trudno wyobrazić sobie przeprowadzenie projektu przez rząd, a tym bardziej – jego uchwalenie w Sejmie. Z drugiej strony, minister zdrowia dostała wsparcie z dość nieoczekiwanej strony: w ostatnich dniach portal „Rynek Zdrowia” opublikował wypowiedź prezydenckiego doradcy ds. zdrowia, prof. Piotra Czauderny, który nie pozostawił cienia wątpliwości, że obszar wynagrodzeń w ochronie zdrowia wymaga pilnych zmian. – Nie może tak być, że lwia część nowych środków wprowadzanych do systemów idzie na podwyżki. (…) Mówię to jako lekarz, bo uważam, że w tej chwili w Polsce lekarze i pielęgniarki w większości przypadków zarabiają godne, uczciwe pieniądze. Sam jestem lekarzem i wiem, jakie są zarobki. Nie mówię, że lekarze zarabiają po 100-200 tys. zł, bo to są incydentalne przypadki. Owszem, bywają takie faktury. To jest niewielki procent. Ale większość absolutnie tyle nie zarabia. Ale zarabia godne, uczciwe dzisiaj pieniądze – stwierdził prezydencki doradca. Prof. Czauderna nie mówi wprost o zmianie ustawy i o tym, jakie dokładnie zmiany należałoby wprowadzać. – Wierzę, że mogą być grupy zawodowe, które zarabiają gorzej. Należy wtedy punktowo zaadresować problemy tych konkretnych grup zawodowych – precyzuje. Można więc wnioskować, że poza tymi grupami zawodowymi wzrost płac, zdaniem prof. Piotra Czauderny, powinien być co najmniej wyhamowany.

Czy z doradcą do spraw zdrowia zgodzą się urzędnicy i polityczni współpracownicy prezydenta Karola Nawrockiego i Pałac Prezydencki pójdzie na zwarcie ze związkami zawodowymi? Jest to scenariusz dość mało prawdopodobny, choć trudno go całkowicie ignorować. Z nieoficjalnych rozmów wynika, że w zasadzie politycy wszystkich ugrupowań, może zaś najbardziej PiS, mają nadzieję, że sprawa ustawy o wynagrodzeniach minimalnych nie wejdzie do agendy Sejmu. Nikt nie chce podnieść ręki „za” zmianami, ale mało kto miałby również odwagę otwarcie głosować „przeciw”.

Największe wyzwanie. Zdrowie publiczne. Nocna prohibicja – tu sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. W Warszawie po niedawnej „awanturze o wódę” jednak prawdopodobnie będzie, choć z poślizgiem (od czerwca 2026 roku). Koalicja Obywatelska musiała wykonać spektakularnego fikołka, Donaldowi Tuskowi spektakl wyreżyserowany przez ministra jego rządu się jednak nie spodobał, Marcin Kierwiński został z argumentami przeciw prohibicji, jak – nie przymierzając – Himilsbach z angielskim. Ale co tam stolica – w Sejmie są już projekty dotyczące ograniczenia sprzedaży alkoholu w całym kraju, a kluby (nie wszystkie, trzeba oddać sprawiedliwość) licytują się w pomysłach i poparciu dla nich. Prohibicji chce też lider PiS, który nota bene powrócił do formy, bo w minionym tygodniu powtórzył jedno ze swoich niedowiedzionych naukowo twierdzeń, jakoby kobiety uzależniały się dziesięć razy szybciej niż mężczyźni (dwa vs. dwadzieścia lat intensywnego picia alkoholu).

Uzależnienia to nie tylko alkohol, ale też – a może przede wszystkim, ze względu na powszechność i skalę spustoszeń – nikotyna, o czym na oczach całego świata przypomniał prezydent Polski Karol Nawrocki, aplikując sobie w siedzibie ONZ pod dziąsło woreczek nikotynowy polskiej firmy, co owa firma zresztą wykorzystała wizerunkowo. „Dobre, bo polskie” nabiera zupełnie innego wymiaru. Wprawdzie pokonany przez Nawrockiego w wyborach Rafał Trzaskowski apeluje, by przestać wytykać prezydentowi snusy, bo Polakom to nie przeszkadza i w kampanii tylko kandydata obywatelskiego wzmocniło, ale skoro mowa nie o polityce, a o zdrowiu publicznym, to jednak warto napomknąć, że być może inne głowy państwa mają swoje złe zdrowotne nawyki, ale raczej nikt się z nimi tak ostentacyjnie nie obnosi.

Może dlatego, że uczestniczyli w lekcjach edukacji zdrowotnej? Zapewne jeszcze nie w nadchodzącym tygodniu, ale już wkrótce MEN poinformuje o skali rezygnacji z lekcji o zdrowiu – najbardziej interesujące będą jednak wnioski i refleksje towarzyszące tej informacji (optymistycznie zakładając, że wnioski i refleksje będą).

Bo brak refleksji w obszarze zdrowia publicznego zaczyna realnie doskwierać. Od dłuższego czasu lekarze POZ zwracają uwagę, że choć wprowadzenie możliwości szczepień w aptekach jest decyzją korzystną, pożądaną wręcz, nie może to oznaczać „zwijania” szczepień dorosłych, szczepień zalecanych, w poradniach POZ. Lekarze mówią, ale decydenci tego nie słyszą albo nie rozumieją. Efekt jest już widoczny gołym okiem: w wielu dużych miastach zaszczepienie dziecka przeciwko COVID-19 graniczy z niemożliwością, bo punkty szczepień prowadzą niemal wyłącznie apteki. A przecież nie chodzi tylko o kolejną dawkę przypominającą, część dzieci dopiero teraz rozpoczęłaby cykl szczepień. Gdyby oczywiście rodzice nie musieli ich wieźć – jak informowały w minionym tygodniu media – z Warszawy do Jeleniej Góry.

28.09.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.