313,4 mld zł – tyle wyniosą zagwarantowane nakłady na ochronę zdrowia w 2029 r., co będzie stanowiło realnie 6,3 proc. PKB. Eksperci podkreślają, że w związku z dotarciem do „celu”, czyli osiągnięciem ustawowych 7 proc. PKB, finanse ochrony zdrowia zostaną poddane jeszcze większym przeciążeniom, niż ma to miejsce w tej chwili.

Fot. Adobe Stock
Temat wydatków na zdrowie i sytuacji finansowej NFZ w ostatnich tygodniach i dniach znów przewija się w dyskusji publicznej niemal codziennie. Podczas posiedzenia Komisji Zdrowia prezes NFZ informował, że bez kolejnej dotacji z budżetu państwa NFZ nie będzie w stanie rozliczyć nadwykonań świadczeń nielimitowanych (czyli mówiąc wprost – nie będzie w stanie wywiązać się ze swojego ustawowego obowiązku) za drugi kwartał tego roku. Minister zdrowia publicznie stwierdziła, że „składka zdrowotna nie wystarcza”, co premier Donald Tusk uznał najwyraźniej za postulat podwyższenia składki, bo natychmiast zapewnił, że rząd nie ma takich planów. Szef rządu zapowiedział poszukiwania sposobów na dodatkowe wsparcie dla ochrony zdrowia oraz kontrolę racjonalności obecnych wydatków.
Problem w tym, że są one – o czym przypominali eksperci podczas ubiegłotygodniowej konferencji, zorganizowanej przez fundację Rzecznicy Zdrowia – na tle Europy czy też krajów wysokorozwiniętych drastycznie niskie. Publiczne, bieżące wydatki na zdrowie (czyli wydatki na świadczenia zdrowotne, leki, sprzęt medyczny oraz profilaktykę) w krajach UE oscylują wokół realnych 9 proc., realnych – czyli odnoszących się do PKB z tego samego roku. W Polsce wynoszą one w tej chwili… Tak naprawdę trudno powiedzieć.
Mamy do dyspozycji trzy dane: minimalny poziom wydatków określony w ustawie (w tym roku 6,6 proc. PKB n-2, czyli wydatki wobec PKB z 2024 roku), ok. 5,6 proc. realnego PKB (wydatki wobec bieżącego PKB), a gdy w listopadzie ukaże się kolejny raport OECD, dowiemy się zapewne, że polskie wydatki bieżące na zdrowie wahają się między 4,8 a 5,2 proc. PKB. Choć może nastąpi pewna anomalia – w tegorocznym raporcie zostaną wzięte pod uwagę dane za 2023 rok, czyli rok, w którym nastąpiła (w związku z pandemią i uwolnieniem środków z funduszu zapasowego NFZ) prawdziwa eksplozja wydatków – i zobaczymy „skok” do na przykład 5,5 proc. PKB? Albo nawet więcej. Warto jednak się będzie powstrzymać ze świętowaniem. Lata 2024-2025 pokazują, że po jednorocznym eldorado – zupełnie nie przypadkiem w roku wyborczym – wróciliśmy do twardej rzeczywistości.
Problem w tym, że każda z tych danych mówi o czymś innym, a pierwsze dwie są nieporównywalne z trzecią. Pierwsza w sposób oczywisty, bo odnosi się do PKB sprzed dwóch lat. Druga – dlatego, że katalog wydatków, jakie uwzględnia, obejmuje nie tylko wydatki na leczenie i profilaktykę, ale również na przykład na kształcenie pracowników medycznych. Inne kraje tego nie wliczają (choć też ponoszą takie wydatki), my – tak. Nie da się ukryć, że porównujemy nie przysłowiowe jabłka z gruszkami, ale jabłka z żurawiną. To owoc i to owoc, ale waga i wielkość – zupełnie różne.
– Mamy do czynienia z rosnącą liczbą pacjentów, coraz bardziej zaawansowanymi i kosztownymi terapiami, starzejącym się społeczeństwem – a środki, które trafiają do systemu, zwyczajnie nie nadążają za tymi potrzebami. Zbyt często to my, pracownicy ochrony zdrowia, jesteśmy zmuszeni nadrabiać niedostatki systemowe własnym wysiłkiem, funkcjonując w warunkach wypalenia zawodowego – podkreślał podczas panelu „Finansowanie systemu ochrony zdrowia – składka czy sin tax?” Władysław Krajewski, wiceprzewodniczący PR OZZL. A prowadzący dyskusję Wojciech Wiśniewski, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich zwracał uwagę, że pod koniec września nie jest zapewnione finansowanie świadczeń w czwartym kwartale w województwach mazowieckim (ta sama sytuacja była rok temu) i na Śląsku. Oddziały NFZ nie mają środków na aneksowanie umów. Sprawdziliśmy stan umów na 30 września: w oddziale mazowieckim na trzy ostatnie miesiące roku wartość umów opiewała na 0,0 zł, natomiast w Śląskim OW NFZ „zerowe” umowy dotyczą listopada i grudnia, październik został zabezpieczony.
Sytuacja jest bardzo trudna tu i teraz, ale szczególny niepokój budzi nieodległa już przyszłość. Agencja Public Policy, której prezesem jest Wojciech Wiśniewski, w poniedziałek przekazała dziennikarzom analizę perspektyw finansów ochrony zdrowia po 2027 roku, w którym osiągniemy ustawowy cel 7 proc. PKB na zdrowie. Analiza wykorzystuje dostępne dane makroekonomiczne, na ich podstawie oszacowano, że w 2029 roku wydatki publiczne na ochronę zdrowia będą wynosić 313,4 mld zł, co będzie oznaczać, że w stosunku do roku 2028 wzrosną one o ok. 6 proc. – Dla porównania wzrost wydatków na zdrowie w latach 2023-2024 wyniósł odpowiednio 19,6 proc. oraz 15,5 proc.
Eksperci przypominają, że od 2019 r. nakłady publiczne na zdrowie rosły o kilkanaście procent rocznie. – Wyjątkiem był 2022 r., kiedy z powodu pandemii oraz realizacji mniejszej liczby świadczeń Narodowy Fundusz Zdrowia zakończył rok dodatnim wynikiem finansowym. W kolejnych latach wzrost był ponownie dwucyfrowy. Przekładało się to również na duży wzrost nominalnych wydatków. Początkowo było to kilkanaście miliardów złotych. W 2023 r. oraz 2024 r. odnotowano rekordowe wartości na poziomie, odpowiednio, 29,6 mld zł oraz 28 mld zł – czytamy w analizie.
Autorzy analizy podkreślają, że gwarancja wzrostu nakładów na ochronę zdrowia w relacji do PKB obowiązuje jeszcze tylko przez dwa lata. Od 2028 r. dynamika nakładów na zdrowie będzie znacząco niższa i osiągnie poziom ok. 5-6 proc. rocznie. Poprzednio tak niski wzrost był obserwowany w poprzedniej dekadzie (do roku 2018).
Zwracają też uwagę, że 7 proc. PKB – jeśli nie zmienimy ustawy – pozostanie martwym zapisem, bo realnie nakłady na zdrowie „utkną” na poziomie 6,2-6,3 proc. PKB. Patrząc na ostatni raport OECD z listopada 2024 roku, wydatki publiczne na zbliżonym poziomie utrzymują m.in. Chorwacja, Słowacja i Portugalia oraz Estonia, a z krajów poza UE – Bośnia i Hercegowina. Można się zawsze próbować „pocieszać”, że niewiele większy odsetek PKB stanowią wydatki publiczne na zdrowie w Norwegii, a znacząco mniejszy w Luksemburgu i Irlandii, ale – biorąc pod uwagę różnice w wielkości PKB na głowę mieszkańca i inne uwarunkowania – lepiej nie wchodzić na tę ścieżkę rozumowania.