Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Resort zdrowia jest „na musiku”, bo bez zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych i pokazania premierowi determinacji w uszczelnianiu wydatków, Ministerstwo Finansów nie da dodatkowej dotacji lub nie da jej w wystarczającej wysokości. Na dywagowanie, jakie zmiany mogą w ustawie zajść, jest jednak zdecydowanie za wcześnie.


Fot. istockphoto.com

  • Jeśli w Warszawie na lekcje o zdrowiu będzie uczęszczać 15 proc. uczniów szkół ponadpodstawowych, to raczej nie ma wątpliwości, że to nie efekt nagonki prawicy i Kościoła katolickiego, ale błędów popełnionych przy wprowadzaniu przedmiotu
  • 14 mld zł w tym roku, 23 mld zł w przyszłym – to luka w budżecie NFZ. Skala braków będzie tym większa, im bardziej i im dłużej politycy będą ślepi i głusi na oczywistą oczywistość: nie można utrzymać systemu za ok. 5 proc. PKB
  • Podczas ubiegłotygodniowego spotkania kierownictwa Ministerstwa Zdrowia z dziennikarzami bardzo wyraźnie wybrzmiał przekaz, że strona społeczna zdecydowanie oczekuje ustalenia górnych limitów zarobków
  • Jest coś niezrozumiałego w tym, że mimo zmiany władzy i obietnic szybkiego przywrócenia ładu w kształceniu przyszłych lekarzy, rząd kontynuuje w tym obszarze politykę poprzedników

Największy brak zaskoczenia. Edukacja zdrowotna. Ogólnopolskich, oficjalnych danych jeszcze nie ma (MEN sygnalizuje, że będą 10 października), ale z tych, które już podają media, bazując na informacjach przekazywanych przez kuratoria i samorządy, wynika, że jest, po prostu, bardzo źle. Ministerstwo Edukacji Narodowej, a tak naprawdę cały rząd, mogą mówić wręcz o klęsce.

Jeśli w ogóle można mówić o jakimś zaskoczeniu, to o skali. Jeśli w Warszawie, jak napisała piątkowa „Gazeta Wyborcza” na lekcje o zdrowiu będzie uczęszczać 15 proc. uczniów szkół ponadpodstawowych (43 proc. uczniów podstawówek), to raczej nie ma wątpliwości, że to nie efekt nagonki prawicy i Kościoła katolickiego, ale błędów popełnionych przy wprowadzaniu przedmiotu. W tym przede wszystkim fatalnej decyzji o jego nieobowiązkowości. Podobnie rozkładają się – z niuansami – dane w innych dużych miastach, Krakowie czy Gdańsku.

W świetle tych informacji zdecydowanie bardziej zrozumiałe stają się powody, dla których 22 września zorganizowano w Sejmie konferencję poświęconą edukacji zdrowotnej – rzeczywiście nie chodziło o żadne apele do rodziców, budzenie świadomości na temat „korzyści na całe życie”, jakie niesie edukacja zdrowotna. Organizatorzy tego wydarzenia swoje wpisy tagowali #edukacjazdrowotna. Wydaje się jednak, że dużo bardziej adekwatnym hashtagiem byłoby #muremzaNowacką. Ten wątek zresztą wprost wybrzmiał na samej konferencji, ale wraz z pojawianiem się nowych danych dotyczących skali rezygnacji z lekcji o zdrowiu jego znaczenie musi rosnąć.

Nie ma żadnych wątpliwości, że przeciwnicy edukacji zdrowotnej będą się na nie triumfalnie – choć niezasadnie – powoływać. Niezasadnie, bo zwłaszcza w dużych miastach rezygnacje z edukacji zdrowotnej nie mają nic wspólnego z podstawą programową czy rzekomym zagrożeniem ideologią. Jakąkolwiek. Zajęcia nieobowiązkowe nie mają znaczenia, a dzieci i młodzież są i tak przeciążone lekcjami – z tego założenia wychodzi gros rodziców. Oczywiście są regiony, w których proporcje przyczyn rezygnacji są dokładnie odwrotne – na Podhalu czy w wielu gminach Polski wschodniej rodzice wypisywali dzieci z powodu przekonania o szkodliwych treściach, bo takie przekonanie zostało w nich nie tylko zasiane, ale utrwalone.

Czy będzie dymisja na szczytach MEN? Ktoś za taką klęskę powinien odpowiedzieć. Nie może być tak, że przez rok w projekt inwestowane są publiczne środki, trwają przygotowania, ministerstwo nie widzi czerwonych flag i ostrzeżeń (wielu ekspertów przestrzegało przed czarnym scenariuszem, który się właśnie ziścił) i… nic. Z drugiej strony, jeśli opozycja zgłosi wniosek o wotum nieufności wobec Barbary Nowackiej, koalicja będzie jej bronić, choć czy w całości stanie #muremzaNowacką… Trudno powiedzieć. Nie można przecież zapominać, że przy okazji ostatniej rekonstrukcji Barbara Nowacka była wskazywana – obok Izabeli Leszczyny – jako zdecydowanie najsłabsze ogniwo rządu (co potwierdzały sondaże, w których wręcz liderowała w zestawieniu najgorzej ocenianych ministrów).

Z trzeciej strony – tak, ta sprawa zdecydowanie nie jest prosta – w sprawie fakultatywności przedmiotu decyzje zapadły ponad głową szefowej resortu edukacji. Winą Nowackiej jest to, że robiła dobrą minę do fatalnej gry, podtrzymując narrację o konieczności chronienia szkół przed wojną ideologiczną. Nie uchroniła. Odpowiedzialni? Władysław Kosiniak-Kamysz (lekarz, który w podstawie programowej nowego przedmiotu dopatrzył się ideologii, i który obwieścił jako pierwszy „dobrą nowinę” o fakultatywności EZ) oraz Donald Tusk. Po części też Rafał Trzaskowski, któremu fakultatywność miała pomóc, a nie pomogła wcale. Kto w tej sytuacji powinien ponieść odpowiedzialność za fatalne i możliwe do przewidzenia skutki złej decyzji?

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Pieniądze na zdrowie. 14 mld zł w tym roku, 23 mld zł w przyszłym – to luka w budżecie NFZ. Nie do końca wiadomo, czy kwoty są ostateczne – raczej nie, również tegoroczna, choć do końca roku pozostały już tylko niespełna trzy miesiące. To dość przerażające, nawet jeśli o tym, że pieniędzy braknie, pisaliśmy w zasadzie od początku roku (a nawet dłużej). Braknie i będzie brakować coraz bardziej. Skala braków będzie tym większa, im bardziej i im dłużej politycy będą ślepi i głusi na oczywistą oczywistość: nie można utrzymać systemu za ok. 5 proc. PKB.

Politycy, w tym premier, którego wypowiedź o osobistym włączeniu się do rozmów resortów zdrowia i finansów (w minionym tygodniu miało miejsce pierwsze spotkanie, w którym premier nie uczestniczył) wszyscy zainteresowani po stronie ochrony zdrowia traktują jako szansę, wiążąc z osobą Donalda Tuska nadzieje na uwolnienie środków. Tak jakby nie biorąc serio słów szefa rządu o poszukiwaniu obszarów, w których pieniądze w systemie są marnotrawione (są, zapewne, ale Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem, uszczelnianie publicznych systemów jest jednym z wyzwań, z którymi mierzą się praktycznie wszystkie kraje, które równolegle podnoszą wyższe od polskich nakłady na zdrowie).

Nadzieje z zaangażowaniem premiera wiąże minister zdrowia, w końcówce tygodnia apele o zabezpieczenie potrzebnych pieniędzy w budżecie państwa wystosowali przedstawiciele organizacji pracodawców i pracowników ochrony zdrowia. – Oczekujemy podjęcia pilnych działań stabilizujących sytuację finansową we wszystkich miejscach, w których udzielane są świadczenia zdrowotne Polkom i Polakom – napisali. – Informacja organizatorów systemu opieki zdrowotnej o brakujących 14 mld zł tylko w roku bieżącym napawa nas wielkim niepokojem. Brak tych środków skutkować będzie ograniczeniem dostępności świadczeń dla pacjentów, zamykaniem oddziałów szpitalnych i zapaścią całego systemu. Apel o zapewnienie odpowiedniego finansowania do decydentów skierowało też w piątek Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej.

Największy znak zapytania. Wynagrodzenia w ochronie zdrowia. Można się zastanawiać, czy dwa apele w tej samej sprawie to (proroczy) znak tego, co w najbliższej przyszłości – liczonej zapewne w tygodniach, nie miesiącach – będzie się dziać w obszarze wynagrodzeń w ochronie zdrowia. I nie chodzi tu wyłącznie o ustawę o wynagrodzeniach minimalnych, ale szerzej – zarobki w systemie publicznym.

Podczas ubiegłotygodniowego spotkania kierownictwa Ministerstwa Zdrowia z dziennikarzami bardzo wyraźnie wybrzmiał przekaz, że strona społeczna – nie tylko pracodawcy, ale może przede wszystkim związki zawodowe – zdecydowanie oczekuje ustalenia górnych limitów zarobków. Oczywiście, zarobków przede wszystkim lekarzy, bo to oni w tej chwili mają największe możliwości windowania stawek za swoją pracę – zwłaszcza, gdy pracują na kontraktach (z danych NFZ, jakie były przedstawiane kilka miesięcy temu wynika, że w przypadku lekarzy pracujących na umowy o pracę wynagrodzenia przekraczające kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie się co prawda zdarzają, ale już ponad 100 tys. – praktycznie nie, takie kwoty są domeną specjalistów kontraktowych, choć trzeba zaznaczyć – nie jest to duży odsetek).

Sytuacja w tej chwili przedstawia się – z grubsza – następująco: resort zdrowia jest „na musiku”, bo bez zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych i pokazania premierowi determinacji w uszczelnianiu wydatków, Ministerstwo Finansów nie da dodatkowej dotacji lub nie da jej w wystarczającej wysokości. Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych nie zostanie zmieniona, jeśli towarzyszyć tym zmianom miałyby protesty związków zawodowych i środowisk pracowników medycznych – minimalny poziom akceptacji jest konieczny i do uchwalenia w parlamencie, i do uzyskania zgody prezydenta Karola Nawrockiego. Dla takich operacji druga połowa kadencji (zakładając, że nie zostanie ona skrócona) jest znacznie mniej korzystna dla rządzących. Na dywagowanie, jakie zmiany mogą w ustawie zajść, jest zdecydowanie za wcześnie, natomiast jednym z możliwych scenariuszy pozostaje propozycja radykalnego ograniczenia zarobków lekarzy w systemie publicznym, oczywiście również na kontraktach i jednocześnie kosmetyczna zmiana (kompromis ze strony związków zawodowych reprezentujących pozostałe zawody medyczne), na przykład dotyczący przesunięcia podwyżek na styczeń (od 2027 roku, jeśli ustawę udałoby się uchwalić w rozsądnym terminie). Uzysk to brak podwyżek w 2026 roku i znaczące wyhamowanie tempa wzrostu płac (bo kwota bazowa pochodziłaby sprzed dwóch lat, w 2027 roku obowiązywałoby średnie wynagrodzenie w gospodarce za 2025 rok).

Warte odnotowania. Kadry medyczne. Trudno nie zauważyć, że wynagrodzenia to istotny (można zaryzykować twierdzenie, że nawet fundamentalny) czynnik wpływający na rozwój kadr medycznych. Obecne kierownictwo resortu chce porządkować politykę kadrową i nadać jej spójne ramy. A pole do analiz i podejmowania decyzji zawęża się bardzo szybko: w minionym tygodniu na portalu „Rynek Zdrowia” ukazał się materiał dotyczący kryzysu kadrowego w kolejnym zawodzie medycznym. – Personel jest dzisiaj wąskim gardłem w otwieraniu i prowadzeniu aptek. Jeżeli nie zaczniemy zachęcać młodych ludzi do pójścia na farmację, będzie problem – mówi przedstawiciel samorządu farmaceutów.

Nic, czego by się nie można było spodziewać. O tym efekcie mówiono już latem 2023 roku, gdy rektorzy akademickich uczelni medycznych chcieli wymóc na ówczesnych decydentach zgodę na przyjęcie minimalnych standardów kształcenia na kierunkach medycznych, a konkretnie – lekarskich. Zorganizowana na WUM konferencja pokazała, że podejście do tematu w białych, koronkowych wręcz, rękawiczkach nie na wiele się zda (ówczesny wiceminister zdrowia uciął temat, twierdząc, że standardy przygotowane przez KRAUM nie dobiegają od tych, nad którymi pracują resorty zdrowia i nauki), ale jedno wybrzmiało bardzo donośnie: (zbyt) duża liczba miejsc na kierunkach lekarskich nie tylko stwarza zagrożenie dla jakości kształcenia, ale kanibalizuje inne kierunki medyczne. Bo liczba absolwentów szkół ponadpodstawowych, którzy wybierają (mogą wybrać) kierunki medyczne jest policzalna i skończona. Mogąc podjąć studia na kierunku lekarskim, z dużym prawdopodobieństwem je podejmą, a w pierwszej kolejności straci farmacja, podobnie jak medycyna kierunek jednolity.

Jest coś niezrozumiałego w tym, że mimo zmiany władzy i obietnic szybkiego przywrócenia ładu w kształceniu przyszłych lekarzy, rząd kontynuuje w tym obszarze politykę poprzedników, a jedynym trybutem na rzecz nie tyle jakości, co zdrowego rozsądku jest zatrzymanie mnożenia zgód na prowadzenie kierunków lekarskich. To jednak o wiele za mało.

05.10.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.