Za bardzo w pewnym momencie odkręciliśmy kurek z wydatkami w ochronie zdrowia. Trzeba poszukać oszczędności – mówił Janusz Cieszyński. – Oszczędności tak, ale przede wszystkim potrzeba wyższych nakładów – ripostował Wojciech Koneczny. Byli wiceministrowie zdrowia spotkali się w panelu „Mądry Polak po szkodzie”, kończącym konferencję „Wizja Zdrowia”.

Fot. Małgorzata Solecka / Kurier MP
Organizatorzy zaprosili do niego osoby, które na przestrzeni ostatnich trzech dekad miały wpływ na to, jak kształtował się system ochrony zdrowia. Nie było zaskoczeniem, że na początek poprosili o ocenę obecnego kryzysu finansowego w zdrowiu. Pytali o przyczyny i receptę na wyjście z sytuacji.
– Obecny model, oparty na składce zdrowotnej i dotacji budżetowej, jest optymalny. Trzeba zwiększać nakłady, a do budżetu w największym stopniu dokładają się osoby zamożne oraz ci, którzy płacą akcyzę – przekonywał Janusz Cieszyński, poseł PiS, wiceminister zdrowia w rządzie Mateusza Morawieckiego. Cieszyński podkreślał, że z jednej strony na zdrowie potrzebujemy więcej środków, z drugiej – trzeba zapanować nad kosztami systemu. – Za bardzo odkręciliśmy kurek z wydatkami. Potrzebujemy programu oszczędności – przekonywał, dodając, że powinien on zakładać zmniejszenie kosztów o ok. 10 proc. Cieszyński wskazywał źródła oszczędności: „przestrzelone wyceny, nazbyt hojnie przyznane przywileje”.
– Musimy wyjść od tego, że wydajemy na zdrowie bardzo mało, 5,7 proc. PKB w porównaniu z 10 proc. w Europie Zachodniej, a chcemy by pacjenci byli leczeni tak samo. W ustawę przychodową wpisana jest reguła n-2. Gdyby jej nie było, gdyby odsetek PKB był realny, przy obecnym progu pieniędzy prawdopodobnie by na obecne wydatki wystarczyło – mówił Wojciech Konieczny, odwołany na początku września wiceminister zdrowia, senator Lewicy. – System nie ma szans się zbilansować. Oszczędności są ważne, ale najważniejsza jest strona przychodowa – podkreślił. Konieczny jednocześnie zaznaczył, że w jego ocenie obecny system nie byłby w stanie wchłonąć radykalnie większych środków. Jako przykład wskazał Czechy, gdzie 90 proc. świadczeń stomatologicznych realizowanych jest w systemie publicznym. – Czy w Polsce stomatolodzy byliby gotowi na taki model pracy? – pytał.
Według drugiego wiceministra z ekipy Izabeli Leszczyny, Marka Kosa, najlepszym rozwiązaniem byłby powrót do systemu mieszanego finansowania, ale przez ponowne przejęcie przez budżet państwa odpowiedzialności za finansowanie określonych obszarów w ochronie zdrowia. Kos również ocenił, że problemem są przede wszystkim przychody. – W przyszłym roku ustawowy próg wydatków na zdrowie wyniesie 6,8 proc. PKB. Dwadzieścia lat temu marzyliśmy o takich nakładach. Tylko że realnie będzie to zapewne 5,8 proc. PKB. Gdyby się udało w dwóch krokach – najpierw przez zastosowanie n-1, a potem n-0, urealnić odsetek PKB, w systemie mielibyśmy 30-35 mld zł więcej – wskazywał. Marek Kos zgodził się jednak, że oszczędności są potrzebne. Wskazał ustawę o wynagrodzeniach minimalnych, ale również konieczność wprowadzenia górnych limitów wynagrodzeń. – Ustawa kominowa w szpitalach obowiązuje tylko dyrektorów – przypomniał. W jego ocenie szpitale też muszą otrzymać jasny sygnał, na co stać płatnika – i że na przykład nie stać nas na rozliczanie nadwykonań w ryczałcie.
Z szerszej perspektywy oceniał obecną sytuację Maciej Miłkowski, pracujący w systemie kas chorych od samego początku, były wiceprezes NFZ i były – w dwóch rządach – wiceminister zdrowia. – W 1999 roku składka zdrowotna wynosiła 7,5 proc., a pierwsze pieniądze w kasach chorych pojawiły się w lutym. I system się utrzymał, mimo że pierwszy rok był bardzo ciężki – przypominał. Kilka lat później zapadła decyzja zwiększająca stopniowo składkę do 9 proc., co pozwoliło na lepsze zarządzanie środkami i wprowadzanie zmian (Miłkowski wskazał grupy JPG). – Faktem jest, że personel zarabiał bardzo mało. Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych była konieczna – stwierdził.
W jego ocenie należałoby szukać dodatkowych środków na przykład przez audyt składki zdrowotnej, bo nie jest ona w tej chwili pobierana w sposób sprawiedliwy.
– System ubezpieczeniowy w Polsce istniał bardzo krótko, bo już w 2000 roku minister Grzegorz Opala zaczął go psuć. Obecny system jest mieszanką wszystkiego, ale kasy chorych, choć istniały bardzo krótko, pozostawiły ślad – przekonywał Andrzej Sośnierz, zaangażowany od początku w tworzenie systemu ubezpieczenia zdrowotnego, dyrektor Śląskiej Kasy Chorych, potem prezes NFZ, poseł Platformy Obywatelskiej a potem Prawa i Sprawiedliwości, obecnie związany z Konfederacją. W jego ocenie nie pieniądze są podstawowym problemem, a organizacja, a raczej to, że Ministerstwem Zdrowia kierują osoby, które nie rozumieją systemu. – Żeby nie było dziur, nie należy ich robić – mówił, podkreślając, że żaden system nie byłby w stanie wytrzymać chaosu, którego symbolem jest to, że jeden lekarz może zarobić miesięcznie 100 tysięcy euro, a inny – 2 tysiące euro. Jednocześnie Sośnierz przyznał, że jeśli miałaby być przeprowadzona reforma, trzeba za nią zapłacić. – Prawdziwą zmianę trzeba kupić, kosztuje – podkreślił.
– Pieniądze sprawy nie załatwią, ale nie da się załatwić sprawy bez pieniędzy – podsumował dyskusję o finansach Piotr Warczyński, wiceminister zdrowia w rządzie PO-PSL a następnie PiS (do 2017 roku).
A co z ustawą o wynagrodzeniach minimalnych? Większość panelistów oceniła, że była ona potrzebna. – Mówi się, że wypełniła swoje zadanie. Ona dopiero zaczęła wypełniać to zadanie – podkreślał Wojciech Konieczny (może to oznaczać, że Lewica nie będzie skłonna podpisać się pod dalej idącymi zmianami w ustawie). Konieczny przyznał jednak, że realizacja ustawy „dobija niektóre szpitale”, choć są i takie, które nie mają z tym żadnego problemu. Konieczny wskazał też, że problemy generuje włączenie kosztów podwyżek do wycen, termin realizacji podwyżek (1 lipca) i rozwiązania przyjęte dla zawodu pielęgniarskiego.
– Ustawa jest dobra, natomiast problemem jest sposób jej wdrożenia – ocenił Janusz Cieszyński. – Ustawa była potrzebna, bo zarobki były bardzo niskie. Są jednak nieprawidłowości – przyznał Marek Kos, wskazując np. na absurd, jakim jest to, że kierownik specjalizacji może zarabiać mniej niż jego rezydenci. Kos podkreślił jednak, że zmiany są konieczne, bo ustawa gwarantuje podwyżki na poziomie kilkunastu procent, a przy niskiej inflacji żadna grupa zawodowa nie może liczyć na taki wzrost wynagrodzeń.
Ustawę frontalnie skrytykowało dwóch panelistów: Andrzej Sośnierz i Piotr Warczyński. – Tam, gdzie państwo nie jest pracodawcą, nie powinno się mieszać do tego, ile pracownik zarabia. Ustawy o minimalnych wynagrodzeniach potrzebują związki zawodowe, bo uzasadniają konieczność swojego istnienia – stwierdził Sośnierz. Warczyński ocenił, że przed 2015 rokiem wynagrodzenia „funkcjonowały normalnie”. – Pierwszy krok zrobił minister Marian Zembala, negocjując z pielęgniarkami. Ustawa o minimalnych wynagrodzeniach była drugim błędem – stwierdził. Nie oponował, gdy Janusz Cieszyński przypomniał, że w czasie gdy pracowano nad pierwszym kształtem ustawy, był wiceszefem resortu zdrowia. – To był błąd. Ale nie mogłem go zablokować. Związki zawodowe były zbyt silne, ustawę popierała i ówczesna pani premier, i minister zdrowia – mówił o Beacie Szydło i Konstantym Radziwille. Dodał jednocześnie, że wówczas wprost zakładano powstanie systemu budżetowego, a w takim systemie ustawa miałaby uzasadnienie.
Nic do zarzucenia sobie nie miał Andrzej Sośnierz. – Moim pomysłom nie dano szans na realizację – stwierdził. – Dajcie szansę, żeby można było je zrealizować – mówił półżartem (Sośnierz jest doradcą Konfederacji ds. ochrony zdrowia).
Maciej Miłkowski ocenił, że był zbyt łagodny w obszarze polityki lekowej „w kilku zakresach”. Za błąd uznał również brak wystarczającego nadzoru nad AOTMiT wtedy, gdy decydowano o włączeniu kosztów podwyżek do wycen świadczeń. – Wypłata wynagrodzeń powinna być obowiązkiem świadczeniodawców – stwierdził.
Marek Kos za błąd uznał ustępliwość np. w sprawie nowelizacji ustawy o ratownictwie medycznym. Przystał, jako wiceszef resortu, by zrezygnować z obowiązku tworzenia trzyosobowych zespołów PRM w modelu trzy na każde dziesięć rozpoczętych. – Zapis zniknął. Powinienem obstawać, by były np. dwa na dziesięć rozpoczętych. W tej chwili będą województwa, w których w ogóle nie będzie zespołów trzyosobowych – mówił. Błędem w jego ocenie było również odwlekanie prac nad ustawą o reformie szpitalnictwa. – Trzeba było pracować szybciej i ją wprowadzić.
– Pewne rzeczy szły za wolno – zgadzał się Wojciech Konieczny, wskazując prace nad nowelizacją ustawy o zdrowiu publicznym i Narodowym Programie Zdrowia oraz centrami zdrowia psychicznego. – Mieliśmy dobry projekt zmian, ale nie udało się przekonać środowiska. A centra mogły już objąć całą Polskę.
Janusz Cieszyński dość enigmatycznie stwierdził, że część jego decyzji może być uznawana za kontrowersyjne, ale ze względu na specyfikę czasu, w jakim były podejmowane (można się domyślać, że pandemię COVID-19), historia osądzi, czy były dobre czy złe. Za swój błąd uznał również część decyzji personalnych, które nie pozwoliły utrzymać ciągłości w podległych mu instytucjach, wskazując jako pozytywny przykład takiej ciągłości wiceministrów Piotra Warczyńskiego (rządy PO a potem PiS) oraz Macieja Miłkowskiego (odpowiednio PiS – KO).