Mediana zarobków dyrektorów szpitali wynosi dwadzieścia kilka tysięcy złotych miesięcznie. Dyrektor to jednocześnie jedyny pracownik szpitala, który nie może liczyć na żadną podwyżkę, gdy podwyższa pensje na mocy ustawy o minimalnych wynagrodzeniach. Czy ta sytuacja motywuje dobrych menedżerów?
Fot. Adobe Stock
O wynagrodzeniach szefów szpitali rozmawiano podczas kongresu Hospital & Healthcare Management, który odbył się w środę w Warszawie. Główny wniosek płynący z debaty „Ile powinni zarabiać dyrektorzy szpitali. Zarobki menadżerów versus lekarzy”? Zdecydowanie więcej.
Problemem jest uchwalona ćwierć wieku temu ustawa kominowa, która wyznacza górny pułap zarobków, jakie organ prowadzący szpital może zaoferować dyrektorowi: to cztery średnie wynagrodzenia w gospodarce lub – w przypadkach niektórych, największych szpitali – sześć.
– Prohibicja płacowa prowadzi do dyskryminacji. A przecież mamy kodeksowe pojęcie sprawiedliwego wynagrodzenia. Przy podobnych kwalifikacjach, za podobną pracę powinno być podobne wynagrodzenie – mówiła Irena Kierzkowska, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie, oceniając, że ustawa kominowa jest realizowana „bezrefleksyjnie”. Nawet w przypadku, gdy wynagrodzenie dyrektora jest wieloskładnikowe, przepisy również ograniczają jego wysokość tak samo, jak w przypadku zwykłej umowy o pracę. – Mieliśmy czas pandemii. Pieniądze lały się strumieniami. Dyrektorzy szpitali pracowali przez całą dobę w ogromnym obciążeniu. Nikt nie pomyślał, że taka praca też powinna być adekwatnie wynagrodzona – przypominała, nawiązując do dodatków covidowych, jakie otrzymywali pracownicy szpitali. Irena Kierzkowska postawiła też pytanie – tylko częściowo retoryczne – jaką motywację mają mieć menadżerowie, od których oczekuje się zaangażowania w konsolidację szpitali. – Konsolidacja to nie jest łatwy proces – podkreśliła.
Elementem sprawiedliwego wynagrodzenia jest jego proporcjonalność. Prowadzący dyskusję prof. Jarosław J. Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali sięgając pamięcią wstecz przypominał, że gdy pracował jako prezes szpitala, jego wynagrodzenie „nie plasowało się w środku stawki”. – Teraz tak właśnie jest. Wynagrodzenie menedżerów szpitali znajduje się w środku stawki zarobków w placówce, którą kierują.
Anna Gołębicka, ekspert Centrum im. Adama Smitha oceniła, że problem z wynagrodzeniami dyrektorów jest częścią szerszego problemu. – Pamiętajmy, że minister w Polsce zarabia 17 776 zł. Wiceminister może zarobić tyle, co jego kierowca, jeśli ten ostatni będzie wystarczająco dużo jeździł. Z drugiej strony – menedżer menedżerowi nierówny – zwróciła uwagę, przyznając, że osoby, które zarządzają budżetami idącymi nie w dziesiątki, ale setki milionów złotych, niekiedy wręcz miliardowymi, a od jakości zarządzania zależy nie tylko racjonalne wydatkowanie środków publicznych, ale stawką jest zdrowie i życie ludzi, powinny być znacząco lepiej wynagradzane. – Jeśli są osiągane wyznaczane cele zarządcze – zaznaczyła. One mogą być „dowożone”, jak podkreślano w dyskusji, niekoniecznie w postaci dodatniego wyniku finansowego, a w każdym razie – nie tylko on powinien być brany pod uwagę.
Dyrektorzy zwracali uwagę, że nie tylko w pandemii czy przy okazji innych kryzysów (wojna w Ukrainie) ich praca nie ogranicza się do ośmiu godzin dziennie. – Nie mam możliwości wyjechania na weekend i wyłączenia telefonu – mówiła Barbara Stawarz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala w Przemyślu. Tymczasem dyrektorzy mniejszych szpitali, jak przypominała, zarabiają w tej chwili tyle, co niektóre pielęgniarki pracujące w systemie zmianowym. I o wiele mniej niż lekarze, którzy coraz bardziej podbijają swoje stawki. – Słyszę, że rezydent odmawia dyżuru na naszym SOR, bo twierdzi, że więcej zapłaci szpital powiatowy, a tam przynajmniej się wyśpi na dyżurze. Nie liczy się to, że w naszym szpitalu będzie pracować ze specjalistą i się od niego uczyć – wskazywała. W jej ocenie wyznaczenie maksymalnego pułapu zarobków jest konieczne, bo bez tego nie ma możliwości prowadzenia sensownych rozmów o wynagrodzeniach na poziomie podmiotów leczniczych. – Pytam związków zawodowych, ile mam zapłacić, żeby pracownicy byli zadowoleni. Słyszę: „Nie wiemy”.
W dyskusji przywoływano przykład Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązuje siatka płac i wiadomo, ile maksymalne może otrzymać lekarz na określonym etapie swojej kariery.
– Mogłabym zapytać: Co ja tu jeszcze robię? – mówiła Dorota Gałczyńska-Zych, dyrektor Szpitala Bielańskiego w Warszawie, która jest nie tylko wieloletnim menedżerem, ale również lekarzem trzech specjalizacji: chorób wewnętrznych, medycyny nuklearnej i medycyny pracy. – Medycyny pracy! Lekarze tej specjalizacji oczekują stawek rzędu 800 zł za godzinę – podkreśliła, potwierdzając, że jako jedyny pracownik szpitala nie może liczyć na regularne podwyżki. Gałczyńska-Zych zwróciła uwagę, że przy kontynuowaniu takiej polityki w obszarze kadr menedżerskich ochrony zdrowia nieuchronny będzie kryzys kadrowy. – W szpitalach pracuje stara kadra. Nie mamy następców. Młodzi nie przyjdą, kadra zarządcza będzie się dewaluować – przestrzegała. Zgodziła się również, że jeśli zabraknie motywacji – w tym tej finansowej – reforma się nie powiedzie. Jednocześnie przypomniała, że problem niskich zarobków dotyczy nie tylko administracji państwowej, ale również samorządowej. – Mój prezydent też słabo zarabia – skwitowała.
– Pod względem zarobków dyrektorów szpitali jesteśmy na ostatnim miejscu w UE. Nawet na Węgrzech są one dwa razy wyższe – mówiła Agnieszka Rogalska, dyrektor Szpitala im. Jana Biziela w Bydgoszczy, podkreślając, że wynagrodzenia dyrektorów są zamrożone od 2019 roku, a zderzenie ustawy kominowej z ustawą podwyżkową dla pracowników ochrony zdrowia potęguje poczucie niesprawiedliwości.
Wojciech Konieczny, senator Lewicy, do niedawna wiceminister zdrowia, przyznał, że problem jest poważny, a obecna sytuacja stwarza zagrożenie negatywnym naborem kadr. – Będą się o stanowiska starać osoby, dostrzegające w tym swoją szansę, bez szans na osiągnięcie wyższych zarobków w innych miejscach – przestrzegał. To już w tej chwili zresztą się zdarza, gdy o stanowisko dyrektora szpitala starają się osoby, których jedyne doświadczenie menedżerskie sprowadza się do kierowania poradnią.
– Do listy tych, których zarobki są zbyt niskie w stosunku do obowiązków i odpowiedzialności, dopisałbym też ordynatorów, kierowników oddziałów, pielęgniarki oddziałowe. Osoby, od których jakości pracy zależy funkcjonowanie tych jednostek, a więc i całego szpitala – przypomniał. W ocenie Koniecznego skutkuje to m.in. zanikiem chęci awansu. Młodzi profesjonaliści medyczni nie chcą się starać o stanowisko ordynatora. Efekt? Ordynator na etacie zarabia kilka razy mniej niż lekarze kontraktowi pracujący w oddziale.
Marcin Karolewski, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów wskazywał, że konieczne jest „odwrócenie piramidy płac”. – Lekarz po pracy w szpitalu idzie dorabiać do poradni POZ. Neurochirurg dyżuruje z tego samego powodu na SOR. Gdy słuchałem środowej debaty, podczas której Andrzej Sośnierz mówił, że lekarze zarabiają 50-100 tys. euro miesięcznie, było mi siebie żal – mówił, dodając, że rekordowo wysokie zarobki osiągają obecnie „spryciarze”. – Skrajnie wysokie zarobki są dla tych, którzy wykonują w różnych szpitalach wybrane procedury. Nie zarabia dużo lekarz, który pracuje długo w szpitalu, jest przy pacjentach – wskazywał.
Jednocześnie przyznał, że „spryciarze” mogą się zdarzyć też wśród menedżerów. Mówił o konkursach, w których wśród kandydatów na stanowisko dyrektora szpitala znalazł się np. stolarz z wyższym wykształceniem, zarządzający wcześniej stolarnią i takich, w których strategię dla szpitala kandydatowi wygenerował Chat GPT. – Konsekwencje złego zarządzania szpitalem są żadne – podsumował.