Zrzucanie winy za kryzys na poprzedników, nawet jeśli ta wina jest bezsporna, jest politycznie słabe. Zwłaszcza jeśli powodów do bicia się we własne piersi jest aż nadto. Kluczowym zaś jest ignorowanie ostrzeżeń, że system jest na prostej drodze do bankructwa.
Fot. PiS
Największa porażka. Komunikacja i dezinformacja. 1,3 mln wyświetleń filmu, setki tysięcy wyświetleń shortów (fragmentów programu). Odcinek podcastu Bogdana Rymanowskiego, gwiazdy – nawet niektórzy powiedzą, ikony – dziennikarstwa i publicystyki, z minionego tygodnia to prawdziwy hit. W myśl zasady „każdy zasługuje na wysłuchanie”, w Rymanowski Live dziennikarz zaprasza różnych gości, w tym takich, którzy – powiedzmy łagodnie – budzą emocje, a nawet kontrowersje. Taki był też ostatni odcinek, w którym prof. Grażyna Cichosz, specjalistka w dziedzinie technologii żywności rozprawiała się z tematami autyzmu, depresji, chorób zapalnych jelit (i wielu, wielu innych, bo poruszała zagadnienia z kardiologii, endokrynologii, onkologii). Powiedzieć, że poglądy czy też treści, zaprezentowane przez prof. Cichosz, były kontrowersyjne, to nic nie powiedzieć – ich dementowaniem czy prostowaniem przez kilka dni zajmowali się liczni eksperci. Niestety, można zakładać, że przy okazji napędziło to również część ruchu w serwisie luminarza polskiego dziennikarstwa.
Im więcej kontrowersji, tym więcej wyświetleń. Im więcej wyświetleń, tym korzystniejsza monetyzacja. Pecunia non olet i wyświetlenia również nie śmierdzą, podobnie jak komentarze – mogą być pozytywne, mogą być negatywne, algorytmy widzą tylko zaangażowanie społeczności i podnoszą wartość programu.
Można mieć wątpliwości, czy naprawdę każdy zasługuje na wysłuchanie w przestrzeni publicznej. Ale nawet jeśli tak by było – zadaniem dziennikarza nie jest wysłuchiwanie, tylko rozmowa. Dopytywanie, kontrowanie to nie jest opcja, to obowiązek dziennikarza – i nikogo nie trzeba przekonywać, że Bogdan Rymanowski nie raz pokazał, że to potrafi. Co się stało, że nie chciał tym razem?
Tematy związane ze zdrowiem są jednym z głównych pól siania dezinformacji (nota bene w podcaście Rymanowskiego dość często pojawiają się goście z szeroko rozumianego altmedu) i proporcjonalnie do skali zagrożenia rośnie odpowiedzialność za jakość przekazu. Odpowiedzialność zarówno mediów, jak i instytucji publicznych. W minionym tygodniu tej jakości – w kluczowym momencie – niestety dramatycznie brakowało. Doniesienia o śmierci kilkumiesięcznego dziecka, do jakiej doszło po szczepieniu, przebijały się znacznie mocniej niż wtórne wobec nich – choć merytorycznie wartościowe – wyjaśnienia ekspertów. To, co uderzało jednak najbardziej, to brak reakcji instytucji odpowiedzialnych za zdrowie publiczne. Kolejny przykład, jak nie należy prowadzić polityki informacyjnej w momentach kryzysu.
Największy brak zaskoczenia. PiS i generalna reforma. – Konferencja programowa rozpoczyna naszą długą drogę, która powinna zakończyć się finałem w postaci kolejnego już poważnego programu Prawa i Sprawiedliwości, programu dla Polski. To jest zadanie dziś szczególnie trudne, ponieważ mamy w tym momencie generalny kryzys naszego państwa – mówił w piątek w Katowicach prezes PiS Jarosław Kaczyński, otwierając konferencję programową swojej partii. Lider partii do niedawna rządzącej – przez dwie kadencje – wskazał przy tym służbę zdrowia (cytat) – jako jeden z trzech kluczowych, priorytetowych obszarów.
Przez dwa lata można się odzwyczaić, ale w przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego nie zabrakło chwytów retorycznych, dobrze znanych z lat 2015-2023 (i wcześniejszych również). Prezes mówił, że są „pewne sprawy, których nie chciałby tutaj rozwijać, ale które powodują, że doprowadzić do takiej prawdziwej, opierającej się o fakty, o rzeczywistość dyskusji na temat służby zdrowia jest bardzo trudno” (nigdy nie wiadomo, czy prezes nie chce rozwijać wątków w obawie przed znudzeniem słuchaczy, czy też raczej dlatego, że ich rozwinięcie oznaczałoby ujawnienie jakichś ciemnych sprawek). Było o reformie jako przedsięwzięciu „uwikłanym w ogromną ilość interesów, zarówno finansowych, jak i społecznych” – i znów, samo stwierdzenie może być zarówno opisem obiektywnych faktów, bo w ochronie zdrowia rzeczywiście splatają się różne, często sprzeczne, interesy, ale Jarosław Kaczyński potrafi akcenty rozłożyć tak, by zawrzeć sugestię, że to uwikłanie ma co najmniej jedno dno, albo raczej kilka).
Było też, o dziwo, o pieniądzach. Nie, nie w kontekście ich braku – przeciwnie. – Bo pamiętajcie Państwo, to jest dzisiaj przeszło 6 proc. PKB, to są rzeczywiście bardzo znaczne pieniądze, no i związane z tym interesy – mówił Kaczyński, pokazując, ile dla niego ważą „realne fakty” – bo przecież realnie publiczne wydatki na zdrowie bynajmniej 6 proc. PKB nie przekraczają. Było też, a jakże, o Polsce powiatowej. – W bardzo wielu miejscach w Polsce, w bardzo wielu miastach powiatowych sprawa pracy (…) to (szpitale – red.) są bardzo często największe zakłady pracy w całym powiecie – akcentował prezes PiS. Byłby to wstęp do politycznego ataku na „likwidację szpitali”, jeśli ustawa zakładająca konsolidację zacznie działać?
Wybór „służby zdrowia” jako celu „generalnej reformy” z jednej strony nie dziwi – temat jest nabrzmiały, system ochrony zdrowia jest w kryzysie, który może nie tylko wpływać na nastroje społeczne, ale je w dużym stopniu kształtować. Takie polityczne złoto by to było… gdyby nie niewygodny fakt, że jednak Prawo i Sprawiedliwość rządziło osiem bitych lat, co wystarczyłoby na przeprowadzenie niejednej generalnej reformy.
Aż chciało się zanucić znaną z harcerskich ognisk balladę o krzyżowcu: „Wolniej, wolniej, wstrzymaj konia, dokąd pędzisz w stal odziany”. Bo czy system wytrzyma więcej generalnych zmian? Już się przecież ugiął pod ciężarem tych wprowadzanych przez dwie kadencje: sieć szpitali, fatalnie zaprojektowana, a jeszcze gorzej wdrożona ustawa o wynagrodzeniach, zdjęcie limitów z dużej części świadczeń, które nie skróciło kolejek, a postawiło finanse NFZ pod ścianą, ponad miarę (i rozsądek) rozrzutny program bezpłatnych leków?
I – przede wszystkim – zafałszowana na dwóch poziomach ustawa przychodowa, która stworzyła złudzenie „dynamicznego”, „historycznego” wzrostu finansowania ochrony zdrowia, podczas gdy rzeczywistość rozpaczliwie skrzeczy. Dlaczego na dwóch poziomach? Pierwszy to osławiona metoda n-2 i odnoszenie wydatków bieżących do PKB sprzed dwóch lat. Drugi – rozszerzony katalog wydatków, do którego wrzucone są np. koszty kształcenia lekarzy (i nie tylko). Nie są to wydatki bieżące, przeznaczone na świadczenia, leki, profilaktykę etc. Dlatego Polska z międzynarodowych raportach ciągle ma wydatki na poziomie 5 proc. PKB (realne, bez rozszerzeń).
A to tylko zmiany, których efekty poznaliśmy. Bo – na przykład – te wprowadzone w obszarze kształcenia lekarzy (kierunek lekarski dla wszystkich chętnych), swoje owoce pokażą za kilka lat. Jeśli nie zostanie (szybko) poprawiony system weryfikacji przygotowania do zawodu, możemy się obudzić z pokaźnym zasobem neolekarzy.
Nie wystarczy pokazowe bicie się w piersi i deklaracje w stylu „zbyt mocno odkręciliśmy kurek z wydatkami” (copyright były wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński). Jest taka scena w „Drobnych cwaniaczkach” Woody’ego Allena (z jego zresztą niezapomnianym udziałem) – gang nieudaczników, przygotowując podkop pod bank przez przypadek narusza młotem pneumatycznym pion z wodą. To zdecydowanie wierniej oddaje sytuację.
Największy znak zapytania. Pieniądze na zdrowie. Ochrona zdrowia jest jednym z obszarów, które w czasie rządów PiS ucierpiały – długofalowo – najbardziej. I wcale nie dlatego – jak dowodził w minionym tygodniu europoseł Bartosz Arłukowicz, że w 2022 roku przeniesiono do budżetu NFZ ratownictwo medyczne czy finansowanie szczepień ochronnych. To tylko jedna z szeregu złych decyzji (zresztą, gwoli sprawiedliwości, wpisująca się w logikę wcześniejszych, na przykład przenoszenia finansowania świadczeń wysokospecjalistycznych, PiS po prostu poszło o krok dalej, ewentualnie pięć).
Arłukowicz mówiąc: „Wina PiS” ma rację i jednocześnie jej nie ma. Po dwóch latach rządów powinny być przynajmniej podjęte decyzje naprawiające błędy czy też winy poprzedników. Takich decyzji – ani nawet ich zapowiedzi – nie było. Co więcej, przez pierwszy rok, może nawet nieco dłużej, podtrzymywano absolutnie fałszywą narrację o poziomie finansowania ochrony zdrowia, czego najdobitniejszym przykładem było całkowite zignorowanie – przez decydentów i parlamentarzystów – raportów eksperckich pokazujących skalę luki w finansach NFZ. Pierwszy z nich ukazał się w czerwcu 2024 roku i śmiało można obronić tezę – choćby na podstawie kolejnych odcinków „Studium kryzysu”, że niewiele osób uwierzyło, jak bardzo jest źle. – Od dwóch lat staraliśmy się przekonać opinię publiczną, że kłopoty z pieniędzmi w Narodowym Funduszu Zdrowia są nieuniknione. Dziś jesteśmy już w takiej sytuacji, że nikt z tym nie dyskutuje. Teraz musimy zrozumieć, w jakim momencie jesteśmy i chciałbym, by potrwało to krócej niż dwa lata: bal się skończył – mówił podczas ubiegłotygodniowego Forum Rynku Zdrowia współautor raportów, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich, Wojciech Wiśniewski. – System ochrony zdrowia, jaki znamy z ostatnich lat, przestaje istnieć na naszych oczach.
Po stronie decydentów urzędowego optymizmu (trudno uwierzyć, rok temu Koalicja Obywatelska przygotowała grafikę dla mediów społecznościowych, w których ogłaszała rekordowe 6,5 proc. PKB na zdrowie w 2025 roku) już nie ma. Ministerstwo Zdrowia i NFZ mówią jednym głosem: – Bańka pękła, żyliśmy ponad stan, tego się utrzymać już nie da.
Ostatni tydzień listopada ma przynieść początek rozmów na temat szukania oszczędności w obszarze wynagrodzeń. Ale system oszczędzać musi już dziś: minister zdrowia przyznaje, że przekładanie zabiegów planowych może mieć w końcówce roku miejsce, a dyrektor generalny MZ tłumaczy, że szpitale mogą ograniczać dostęp pacjentom do programów lekowych, jeśli to jedyna droga do utrzymania względnej równowagi finansowej, bo NFZ nie jest w stanie w przewidywalnej (bliskiej) przyszłości zapłacić za bieżące wykonania. Nie dzieje się przy tym nic zaskakującego: o takich konsekwencjach zamykania oczu na coraz bardziej napięte finanse płatnika piszemy od dwóch lat (i wcześniej również).