Obowiązek odpracowania bezpłatnych studiów lekarskich w publicznym systemie, rozdzielenie sektora publicznego i prywatnego w ochronie zdrowia, ujednolicenie organów założycielskich publicznych szpitali i dążenie do 8 proc. PKB w 2030 roku – to niektóre pomysły, jakie pojawiały się w trakcie debat w ramach konwencji programowej PiS. Znane i niezrealizowane w latach 2015-2023.

Fot. PiS
Pierwsze nagrania fragmentów paneli dyskusyjnych pojawiły się w mediach społecznościowych w sobotę wieczorem. – Lekarzu, chcesz pracować w sektorze prywatnym, to pracuj, zarabiaj, rób kasę, ale nie przyjmuj w publicznej służbie zdrowia – mówił były marszałek Senatu Stanisław Karczewski (wielokrotnie wymieniany w kontekście stanowiska ministra zdrowia w latach 2015-2023, nigdy ministrem nie został, ale często zabierał głos w kwestiach związanych z polityką zdrowotną).
– Przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej będą protestować, ale jeśli przejmiemy władzę, to powinniśmy mimo wszystko te sektory oddzielić. Jeśli lekarze wyjdą na ulicę, to... też z tej ulicy zejdą i pójdą w końcu do pracy – dowodził. Polityk PiS tłumaczył, że nie chodzi tylko o zapewnienie kadr dla systemu publicznego, ale ograniczenie pola do nadużyć – jako przykład przywołał tu zarzuty korupcyjne wobec swojego następcy na stanowisku marszałka izby wyższej, Tomasza Grodzkiego. Powiedział to zresztą wprost: – Tomasz Grodzki brał łapówki (śledztwo w tej sprawie zostało umorzone z braku dowodów).
Nie jest to jednak bynajmniej autorski projekt Karczewskiego. O rozdziale sektorów (i możliwość pracy tylko w jednym z nich) mówiono już podczas pierwszej kadencji rządów PiS. Dyskusje wstrzymała pandemia, ale wątek został podjęty przez byłego wiceministra zdrowia Marcina Martyniaka (na to stanowisko awansował z funkcji dyrektora gabinetu politycznego Adama Niedzielskiego, był bliskim współpracownikiem Mateusza Morawieckiego), który również na konwencji przekonywał, że ostre granice pozwolą uporać się z praktykami, które on sam nazwał „bandyterką” (przepływy pacjentów z gabinetów prywatnych do publicznych placówek).
Karczewski poddał też pod rozwagę zmiany w strukturze właścicielskiej szpitali. – Był taki plan w 2014 r. Już wtedy chcieliśmy to zrobić, bo lecznice konkurowały i konkurują między sobą o lekarzy i pielęgniarki. Dyrektorzy podkupują specjalistów. To patologia – mówił Karczewski. – Wycofaliśmy się z tego, ale uważam, że powinniśmy do tego wrócić – ocenił, sugerując, że należałoby przekazać szpitale marszałkom województw, a dodatkową korzyścią, oprócz uproszczenia zarządzania, byłoby zmniejszenie kosztów. Warto dodać, że plany dotyczące struktury właścicielskiej Prawo i Sprawiedliwość miało również na tapecie w trakcie drugiej kadencji, gdy Ministerstwo Zdrowia pracowało nad „konstytucją dla szpitali”, czyli pierwszą wersją projektu ustawy o restrukturyzacji i modernizacji szpitalnictwa.
W styczniu 2021 roku w Sejmie ówczesny wiceminister zdrowia, odpowiedzialny za reformę szpitalnictwa, Sławomir Gadomski tłumaczył posłom: – Centralizacja – do pewnego poziomu – jest potrzebna, a warianty rozważamy różne. Nie mówimy o tym, że rząd, że resort zdrowia, będzie właścicielem wszystkich szpitali. Poddajemy analizie różne opcje – że będą to wojewodowie, będzie to resort, będą to marszałkowie województw – wskazywał. Z planów MZ nic jednak nie wyszło: odpór dali sami posłowie PiS. Najpierw resort wycofał się z najdalej idących wariantów, przewidujących faktyczne przejęcie szpitali przez skarb państwa (tłumaczono, że może to budzić wątpliwości konstytucyjne), potem mimo trwających do końca urzędowania Adama Niedzielskiego prac nad ustawą restrukturyzacyjną, nie przebiła się ona na poziom rządu. Co więcej, Mateusz Morawiecki, już jako poseł opozycji tłumaczył, że rząd zablokował ustawę z powodu jej szkodliwości. Gwoli uczciwości trzeba przyznać, że wariantu z przekazaniem szpitali powiatowych marszałkom rząd PiS nie brał pod uwagę – z dużym prawdopodobieństwem z powodu niechęci do nadmiernego umacniania roli samorządów wojewódzkich. Dziś ten pomysł wraca w eksperckich debatach, ale głośno mówi o nim – po prawej stronie sceny politycznej – przede wszystkim doradca prezydenta ds. zdrowia. Prof. Piotr Czauderna w ostatnich dniach sugerował głęboką decentralizację systemu ochrony zdrowia i powołanie wojewódzkich rad zdrowia, które przejęłyby odpowiedzialność za zarządzanie tym obszarem.
Podczas konwencji w Katowicach odbyło się kilka dyskusji poświęconych problemom ochrony zdrowia (podobnie jak w innych ścieżkach tematycznych). Wśród zagadnień, którym poświęcono najwięcej uwagi, były również finanse. Padł pomysł zmiany w ustawie przychodowej i określenia celu na 8 proc. PKB (w 2030 roku), jednak – wszystko na to wskazuje – bez usunięcia z ustawy kluczowego zapisu dotyczącego odnoszenia wydatków bieżących do PKB sprzed dwóch lat, choć ze strony PiS regularnie pojawiają się propozycje (Patryk Wicher), by obecny rząd usunął z ustawy regułę n-2 (co przyniosłoby do systemu kilkadziesiąt miliardów złotych). Określenie na nowo ustawowego celu nie jest również nowym pomysłem – taką możliwość sygnalizowano także wkrótce po zakończeniu prac nad nowelizacją ustawy przychodowej, jesienią 2021 roku. Potrzebę wydłużenia horyzontu wzrostu nakładów podnosili również w ostatnich czterech latach eksperci.
Nie ma informacji, czy Patryk Wicher proponował takie rozwiązanie również podczas partyjnych narad, natomiast szerokim echem odbiła się inna jego wypowiedź, dotycząca konieczności odrabiania w publicznym systemie ochrony zdrowia bezpłatnych studiów lekarskich. Wicher stwierdził, że zna sposób ma problemy kadrowe w publicznych systemie ochrony zdrowia. – Może warto byłoby, gdyby ci, którzy chcą studiować za darmo kierunek lekarski w Polsce, mieli obowiązek odpracowania nauki w państwowej ochronie zdrowia – stwierdził poseł Komisji Zdrowia i zasugerował, że czas odpracowywania studiów mógłby wynieść dziesięć lat. To, w jego ocenie, „może by rozwiązało problem braku kadr lekarskich”.
Obowiązkowa praca w publicznym systemie (alternatywą byłaby konieczność zwrotu poniesionych przez budżet państwa kosztów na kształcenie) też nie jest pomysłem nowym – był on nawet omawiany między resortami zdrowia i nauki w latach 2016-2017. Bez konkluzji, a raczej z konkluzją negatywną, bo wskazywano na główną przeszkodę, czyli brak konstytucyjności rozwiązania. Co nie przeszkadzało, dość rytualnie, wracać do tej idei: gdy pandemia zaczęła wygasać, jesienią 2022 roku, prezes PiS Jarosław Kaczyński wprost zapowiadał, że podczas konwencji PiS zostanie przedstawiony program radykalnych zmian w ochronie zdrowia, a częścią tego programu będzie właśnie nałożenie obowiązku na lekarzy, wykształconych za pieniądze podatników, odpracowywania studiów w Polsce. To jedna z zapowiedzi, która przewijała się w latach 2015-2023, ale nigdy nie przeszła nawet do etapu założeń do projektu ustawy.