Równoległe dyskusje o zmianach w obszarze wynagrodzeń, w tym w tzw. ustawie podwyżkowej, oraz prace nad porządkowaniem kompetencji mogą wykopać między zawodami medycznymi podziały, które uniemożliwią, a co najmniej utrudnią, prezentowanie wspólnego stanowiska. W jakiejkolwiek sprawie.

Premier Donald Tusk. Fot. KPRM
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Finanse. Nie będzie wodospadu pieniędzy – zapowiedział w minionym tygodniu premier Donald Tusk, mówiąc o planach wobec systemu ochrony zdrowia. I trzeba jasno powiedzieć: tej obietnicy rząd ma szansę dotrzymać.
Sarkazm nie na miejscu, temat jest absolutnie poważny. Donald Tusk zapowiedział na antenie publicznej telewizji „bardziej racjonalne wydatkowanie środków na ochronę zdrowia”. – My w sumie w 2026 r. wydamy na ochronę zdrowia prawie 80 mld zł więcej niż w końcówce rządów nasi poprzednicy. Tylko trzeba te pieniądze dużo mądrzej wydawać, to jest zadanie dla pani minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy – mówił premier. – Nie będzie wodospadu pieniędzy. To co musimy zrobić, to ocenić bardzo precyzyjnie, jakie świadczenia powinny ile kosztować, te nierówności płacowe i niektóre szokujące informacje o rekordzistach – one powinny wyglądać trochę inaczej – dodał. Podkreślał jednocześnie, że nikt go nie namówi, by „wskazywał lekarzy czy pielęgniarki, że zarabiają za dużo. System wynagradzania lekarzy musi być bardziej zrównoważony, musi być możliwie transparentny i pani minister nad tym pracuje i będzie niedługo gotowa i powie o tym”. – Jeśli mówimy o dziesiątkach miliardów złotych więcej wydanych na zdrowie, to nie chodzi o to, żeby te pieniądze poszły wyłącznie na wyższe zarobki, tylko one mają lepiej służyć pacjentowi. To jest żmudna praca, żeby ta wycena odpowiadała realiom.
Z wypowiedzią premiera jest taki kłopot, że każde zdanie jest logiczne i nawet racjonalne, ale całość – już niekoniecznie. Zwłaszcza że zarówno szef rządu, jak i również w minionym tygodniu minister finansów Andrzej Domański powtarzają absolutnie wyświechtaną zbitkę, że większe pieniądze, jakie trafią do systemu ochrony zdrowia, mają służyć pacjentom, zamiast zwiększać płace medyków. Nikomu, a już na pewno osobom z wewnątrz systemu, nie trzeba tłumaczyć, że pacjentom służą pracownicy ochrony zdrowia, na pewno nie pieniądze. Pacjentom służy praca personelu medycznego (i niemedycznego również) i to brak personelu w systemie jest dla pacjentów zagrożeniem. Decydenci zaś powinni zadawać sobie – codziennie, kilka razy dziennie – pytanie, czy zmiany, o jakich myślą, zabezpieczą rosnące potrzeby pacjentów. Zdania w tej sprawie są, mówiąc najoględniej, podzielone.
Wracając do wodospadu, którego nie będzie. Jest w tym coś zadziwiającego, że rządzący się zmieniają, ale sposób prezentowania niewygodnych faktów i danych – wcale. Rząd Prawa i Sprawiedliwości z ogromną konsekwencją zestawiał nakłady na ochronę zdrowia z danymi z ostatniego roku rządów PO-PSL. Teraz Tusk robi to samo. Ale coś jeszcze ważniejszego łączy obozy polityczne ponad podziałami: nikt nie przyzna (publicznie albo na offie), że tych pieniędzy jest po prostu o wiele za mało. I że kolejne dziesiątki miliardów złotych oznaczają co najwyżej minimalny, praktycznie nieodczuwalny, wzrost odsetka PKB. Nieodczuwalny choćby dlatego, że potrzeby zdrowotne społeczeństwa rosną o wiele szybciej, a poziom finansowania jest ciągle niewspółmiernie niski do kosztów systemu (i niewspółmierny do etapu rozwoju społeczno-gospodarczego Polski).
Największe wyzwanie. Zawody medyczne. Kaskadowanie kompetencji, interdyscyplinarność, współdzielenie zadań i odpowiedzialności, kompleksowość opieki nad pacjentem – hasłami, które wypełniają przekaz towarzyszący pracom nad porządkowaniem i nowym podziałem kompetencji zawodów medycznych, można byłoby wypełnić niejeden panel dyskusyjny – a wszystkie (i jeszcze więcej) padły podczas jednej konferencji prasowej. To, co nie zostało powiedziane wprost, jednak i tak wybrzmiało – albo w wypowiedziach przedstawicieli poszczególnych samorządów, albo w ich mediach społecznościowych – zasada „divide et impera” działa bez zarzutu. Można zakładać, że w kolejnych miesiącach podziałów między poszczególnymi zawodami medycznymi zostanie wygenerowane – czy to w obszarze wynagrodzeń, czy kompetencji – tyle, że o żadnym wspólnym froncie medyków w sprawach systemowych mowy już nie będzie. Każda grupa zawodowa będzie walczyć o swoje, a nie wszystkie będą mogły liczyć – w równym stopniu – na wsparcie płynące z kluczowych dla systemu instytucji.
I znów, nie jest problemem sama idea (bo o tym, że mamy problem z właściwym wykorzystaniem kompetencji kadr medycznych, mówi się przecież od lat). Nie liczy się jednak wyłącznie kierunek (i zasadność) zmiany, ale również sposób jej projektowania i wdrażania. A czasami również – sposób prowadzenia dyskusji publicznej.
Warte odnotowania. Edukacja zdrowotna. Ministerstwo Edukacji Narodowej wciąż nie poinformowało, jaki odsetek uczniów ostatecznie uczęszcza na lekcje o zdrowiu, choć wiadomo, że jest to znakomita mniejszość. Nie od dziś wiadomo, że porażka jest sierotą, ale prędzej czy później dane będą musiały i tak zostać ujawnione, jeśli rząd chce uniknąć śmieszności (nie ma co liczyć, że opozycja i media – z różnych, zapewne, pobudek – przestaną zadawać pytania w tej sprawie).
MEN nie składa broni – w ostatnich dniach dziennikarze przywołali apel Barbary Nowackiej do uczniów (i rodziców), by ci, którzy z lekcji EZ się wypisali, rozważyli jednak uczestnictwo w zajęciach dotyczących higieny cyfrowej. Minister edukacji zapewniała, że ucznia, który chce w takich zajęciach uczestniczyć, nikt z nich nie usunie.
Higiena cyfrowa, obszar uzależnień od nowych technologii jest bez wątpienia palącym problemem, ale takie apele, jeśli czegoś dowodzą, to jedynie bezsilności instytucji odpowiedzialnych za proces edukacji. W tej chwili warto byłoby wszystkie siły – i to chyba nowe siły, skoro obecne w kierownictwie MEN nie podołały – skoncentrować na znalezieniu właściwej odpowiedzi, czy w kolejnym roku szkolnym będzie można wprowadzić EZ jako przedmiot obowiązkowy. Odpowiedź, mimo pojawiających się tu i ówdzie zapowiedzi, nie jest wcale oczywista, a scenariuszem gorszym od pozostawienia status quo byłaby tylko kolejna rejterada polityczna na ostatniej prostej procesu decyzyjnego. Jeśli jednak udałoby się uzyskać konsensus w koalicji – pozostałoby „tylko” przygotowanie całej operacji. Nauczanie oparte na apelach – to się nie może udać.