Czy Ministerstwo Zdrowia ma w zanadrzu 4 mld zł na wypadek, gdyby decyzja prezydenta co do losów nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym oznaczała, że nie będzie umorzenia obowiązku tegorocznej dotacji z budżetu państwa?

Fot. MZ
Największy brak zaskoczenia (na razie). Ustawa o Funduszu Medycznym. Sejm uchwalił, przy wstrzymujących głosach opozycji, ustawę o Funduszu Medycznym w wersji rządowej, z poprawkami wychodzącymi naprzeciw projektowi prezydenckiemu, choć trudno tu mówić o spotkaniu w połowie drogi, bo w kluczowej dla istoty projektu sprawie „darowania” 4 mld zł tegorocznej dotacji dla Funduszu Medycznego rząd nie ustąpił i na prezydenckie biurko trafi projekt przewidujący umorzenie zobowiązania.
– Te pieniądze już zostały wydane – mówili podczas dyskusji zarówno posłowie opozycji, jak i koalicji rządowej. Nikt nie stawia zarzutu, że zostały wydane niegospodarnie – NFZ był w palącej potrzebie wiosną 2025 roku, gdy składka spływała skąpo (jak to na początku roku), a szpitale alarmowały w sprawie zapłaty za świadczenia nielimitowane udzielone w czwartym kwartale. Ówczesna minister zdrowia Izabela Leszczyna uruchomiła środki, o których wiedziała, że i tak nie będą pilnie potrzebne w Funduszu Medycznym. Opozycja podkreśla naruszenie dyscypliny finansów publicznych, nie kwestionując celu, na jaki uruchomiono środki.
Z naszych ustaleń wynika, że Ministerstwo Zdrowia nie jest przygotowane na wariant, w którym Karol Nawrocki nie zgodzi się na składkową abolicję. To, że nie zablokuje rozwiązań, pozwalających na uruchomienie 3,6 mld zł i przekazanie ich płatnikowi, jest praktycznie przesądzone, ale decyzja w sprawie 4 mld zł nie musi być taka sama. To, co ważne, nie będzie kłopotem NFZ, ale Ministerstwa Zdrowia i rządu, tymczasem w części 46. nie ma już pieniędzy, z których takiej płatności można byłoby dokonać. Plan przychodów ze składki zdrowotnej za 2025 rok zrealizowany – wszystko na to wskazuje – nie będzie
Trzeba jednak zauważyć, że za kilka miesięcy – trzy, może cztery – Fundusz prawdopodobnie będzie w sytuacji jeszcze bardziej skomplikowanej. Na początku 2025 roku składka zdrowotna co prawda spływała wolniej, ale plan po stronie przychodów za 2024 rok został zrealizowany. Ministerstwo Finansów będzie musiało pokryć różnicę – wynoszącą zapewne ok. 3 mld zł. Przychód ze składki zdrowotnej nominalnie będzie zapewne nieco wyższy, ale zamknięcie 2025 roku pozostanie wyzwaniem. A manewru ze składką do Funduszu Medycznego łatwo powtórzyć się nie da.
Największy znak zapytania. Dialog. Minister zdrowia skapitulowała przed lekarzami? Taka teza dominuje w mediach branżowych po piątkowym spotkaniu kierownictwa Ministerstwa Zdrowia z Naczelną Radą Lekarską. Chodzi oczywiście o proponowane zmiany w kontraktach lekarskich, miały być, a teraz ma ich nie być. W dodatku nie do końca wiadomo, w jaki sposób ich wprowadzenie znalazło się na stole, bo minister zdrowia wskazuje „Solidarność”, choć ojców (i matek) propozycje dotyczące zarobków lekarskich miały wielu, na każdym etapie. Może warto przypomnieć, że wśród wspierających te propozycje, o których głośno mówili przedstawiciele resortu zdrowia, znalazł się również prezydencki doradca ds. zdrowia.
Zmiana stanowiska – ograniczeń w kontraktach nie chcą już ani minister Jolanta Sobierańska-Grenda, ani odpowiedzialna za dialog wiceminister Katarzyna Kęcka – to oczywiście sukces samorządu lekarskiego (nie ma wątpliwości, że na dynamikę zdarzeń w tej sprawie wpłynęło również spotkanie prezesa NRL z prezydentem Karolem Nawrockim), ale jednocześnie – zagrożenie dla rozmów o zmianach w ustawie o wynagrodzeniu minimalnym. Stan na dziś (to oczywiście nie jest przesądzone, bo pewne są – jak wiadomo – śmierć, podatki i to, że Donald Tusk nie zgodzi się na wzrost składki zdrowotnej) jest taki, że strona społeczna zastanawia się, czy 2 grudnia w ogóle siąść do rozmów. Bo podstawą dialogu jest, a w każdym razie być powinno, elementarne zaufanie, które właśnie przestało istnieć. Komentując piątkowe wypowiedzi minister zdrowia, przewodnicząca Maria Ochman odżegnała się od autorstwa propozycji CAP (Solidarność ten pomysł w dyskusjach otwarcie wspierała, natomiast twarde propozycje zgłaszało wiele innych organizacji, niekoniecznie ze strony związkowej) i oceniła, że MZ chce skłócić związkowców z lekarzami. Jednym z problemów jest jednak to, że nie ma nawet platformy, gdzie taki spór mógłby się toczyć.
Ministerstwo Zdrowia nie było (nie jest) gotowe wziąć odpowiedzialności za kształt zmian i nie wiadomo, ile jeszcze razy, w jakich sprawach i na jakim etapie rozmów byłoby gotowe „wystawiać” kolejnych partnerów społecznych. Również – o czym warto pamiętać – lekarzy, bo w tym kontekście warto pamiętać, że obietnica „nieruszania” kontraktów z ust minister zdrowia padła już latem, podczas pierwszego spotkania z przedstawicielami samorządu. Zaś zapowiedź, że nie będzie zmian w kontraktach lekarskich, oznacza na razie wycofanie się z CAP i (ewentualnie, choć to nie padło wprost) z narzucenia minimalnego wymiaru pracy na kontrakcie. Warto natomiast zauważyć, ze minister zdrowia wspomniała o instrumencie, jaki wcześniej w dyskusji publicznej nie był eksponowany, czyli określenia odsetka kontraktu z NFZ, jaki świadczeniodawca mógłby przeznaczyć na koszty pracy, bez względu na formę zatrudnienia.
Niezupełnie bez związku: podczas kuluarowej rozmowy jeden z ekspertów zastanawiał się, dlaczego np. w Danii lekarze czują się zmotywowani do pracy, otrzymując stałą stawkę w ramach umowy etatowej, a polskich lekarzy motywuje dopiero stawka kontraktowa, oparta na procencie od procedury. Można byłoby próbować wyjaśniać to na różne sposoby – na przykład taki, że w Danii lekarze nie byli przez wiele dekad wykorzystywani przez system, ich praca była (jest) doceniana, a płaca – adekwatna do wykształcenia, wysiłku, odpowiedzialności, zaś w Polsce – przez wiele dekad – nie była i nawet jeśli od pewnego czasu jest, to ciągle nie jest to stan ugruntowany (również w świadomości społecznej, snop światła rzucają na to komentarze, również te nieanonimowe, nie wgłębiając się w czeluść internetowego lumpenkomentariatu). Ale kluczowa jest chyba właśnie kwestia zaufania do państwa i decydentów. Jak wiadomo, mamy ogromny problem z kapitałem społecznym, którego zaufanie jest fundamentem. Sposób prowadzenia rozmów na temat zarobków w ochronie zdrowia – na wszystkich etapach – ilustruje, skąd te problemy. W tej sytuacji jednostki, kierując się swoim interesem, gwarantowanym przez indywidualne umowy, zachowują się w sposób racjonalny nie z wyboru, ale z braku alternatywy (państwa skandynawskie cieszą się jednym z najwyższych poziomów kapitału społecznego).
Warte odnotowania. Wielka Brytania. Gdyby wprowadzono lockdown wcześniej niż przed 23 marca 2020 r., liczba zgonów w pierwszym okresie epidemii COVID-19 byłaby w Anglii mniejsza o 23 tys. – stwierdziła brytyjska komisja śledcza w opublikowanym właśnie, liczącym ponad 800 stron raporcie. To już drugi raport komisji śledczej (pierwszy, również krytyczny wobec rządu Borisa Johnsona, opublikowano latem 2024 roku). Przewodnicza komisji Heather Hallett przyznała, że władze Zjednoczonego Królestwa „nie oszacowały skali zagrożenia ani pilności wymaganej reakcji” na początku 2020 r. i że pomimo wyraźnych sygnałów globalnego rozprzestrzeniania się wirusa nie podjęły wystarczająco szybkich i skutecznych działań. Podczas przedstawiania raportu padło określenie, że luty 2020 roku był straconym miesiącem z punktu przygotowań do pandemii.
W ramach śledztwa ustalono – przy zastosowaniu modelowania statystycznego – że gdyby pierwszy obowiązkowy lockdown wprowadzono 16 marca 2020 r., w samej Anglii w trakcie pierwszej fali zakażeń do 1 lipca 2020 r. liczba zgonów byłaby o ok. 23 tys. mniejsza.
W Polsce wskaźnik nadmiarowych zgonów za lata 2020-2022 należał do jednych z najwyższych w Europie (i był znacząco wyższy niż w Wielkiej Brytanii). Komisji (śledczej, ale też żadnej innej) nie stwierdzono. Nikt nie uznał, że byłoby dobrze prześledzić działania państwa i jego instytucji oraz ich wpływ na ogólną liczbę ofiar pandemii, nie tylko COVID-19. To też jest przyczynek do dyskusji o kapitale społecznym i zaufaniu.