Nic nie wskazuje na to, by Sejm w nadchodzącym tygodniu pochylił się nad prezydenckim projektem zmian w ustawie o Funduszu Medycznym. Czy i w jaki sposób ten fakt wpłynie na decyzję Karola Nawrockiego w sprawie rządowej ustawy, która już jest na jego biurku?

Fot. KPRP
Największy brak zaskoczenia. Ofensywa prezydenta. Wszystko wskazuje na to, że relacje rządu z prezydentem Karolem Nawrockim wchodzą w nową fazę, a konflikt między „pałacami” się zaostrza. Karol Nawrocki, ogłaszając w minionym tygodniu decyzje dotyczące kolejnych ustaw (podpisanych i zawetowanych) sformułował jasne przesłanie: jeśli rząd nie chce wet, niech zawczasu konsultuje swoje projekty z ośrodkiem prezydenckim.
Konstytucja – której Prezydent RP jest strażnikiem – nic na ten temat nie mówi, ale w Pałacu Prezydenckim już od ponad dekady obowiązek stania na straży ustawy zasadniczej traktowany jest z przymrużeniem oka. Kiedyś mówiło się o falandyzacji przepisów, teraz – coraz częściej – o „karolizacji”.
Konflikt między prezydentem a większością parlamentarną przebiega na wielu polach – w sobotę prezydent przypomniał Sejmowi, że złożone przez niego projekty tkwią w sejmowej zamrażarce, na co marszałek Sejmu z właściwą sobie swadą zareagował rekomendacją, by prezydent, chcąc mieć pewność procedowania, najpierw je konsultował z Sejmem. To wszystko dzieje się „tu i teraz”, gdy na biurku prezydenta leży ustawa nowelizująca ustawę o Funduszu Medycznym, a w niej, przypomnijmy, zastrzyk 3,6 mld zł dla Narodowego Funduszu Zdrowia oraz usankcjonowanie stanu faktycznego, czyli bezzwrotności zaciągniętej wiosną „pożyczki” 4 mld zł, które zamiast do FM trafiły – decyzją ówczesnej minister zdrowia Izabeli Leszczyny – do zmagającego się z brakiem środków Narodowego Funduszu Zdrowia. W Sejmie zaś leży – skoro został złożony, to leży, zwłaszcza że jeszcze nie zawisł w spisie dokumentów, mających oficjalny numer druku – prezydencki projekt w analogicznej sprawie, różniący się od już uchwalonej ustawy jednym, wartym cztery miliardy złotych, szczegółem: Karol Nawrocki na umorzenie zgodzić się bowiem nie zamierzał. Warto przypomnieć, że gdy posłowie opozycji podczas pierwszego czytania pilnego projektu rządowego apelowali o połączenie prac nad obydwoma projektami (był to oczywiście polityczny teatr), przewodnicząca Komisji Zdrowia Marta Golbik zapewniała, że prezydencki projekt będzie gotowy do procedowania na kolejne posiedzenie Sejmu. Niewiele wskazuje, żeby był.
Prezydent – warto o tym pamiętać – ma możliwość, możliwość zgodną z prawem, by jednocześnie uwolnić gotówkę dla NFZ i postawić rząd w bardzo trudnej sytuacji, nie zgadzając się na „zapomnienie” o sprawie zaległej składki dla Funduszu Medycznego. Narracja, którą słychać tu i ówdzie (było również słychać w Senacie), że taka decyzja zubożyłaby budżet NFZ, miałaby znamiona faktów, gdyby MZ miało czteromiliardowe „zaskórniaki” i czekało na decyzję, by – oprócz 3,6 mld zł z FM – popłynęły one do NFZ. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że owych zaskórniaków nie ma. I ewentualny brak zgody prezydenta w tej sprawie nie będzie kłopotem dla NFZ, ale dla budżetu państwa i rządu. Dlaczego Karol Nawrocki miałby rządowi oszczędzić bólu głowy?
Największe wyzwanie. Szczyt zdrowia czy polityki? Wiadomo, że doradców prezydenta przekonuje do tego minister zdrowia. Ale czy perswazja Jolanty Sobierańskiej-Grendy okaże się wystarczająca? Decyzja musi zapaść w nadchodzącym tygodniu (w przypadku ustaw pilnych prezydent na złożenie podpisu ma siedem dni), który będzie się kończył, planowo, prezydenckim szczytem zdrowotnym. Zaproszenia rozesłano, ale nadal nie wiadomo, czy w Pałacu Prezydenckim będzie również obecna minister zdrowia. Dynamika relacji między rządem a prezydentem kwestię tej obecności komplikuje, nawet jeśli osobiście minister pozostaje w dobrych relacjach przynajmniej z niektórymi prezydenckimi doradcami.
Strona społeczna – mówi o tym w opublikowanej w piątek rozmowie prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski – może mieć nadzieję na dyskusję ponad podziałami politycznymi (to nie znaczy, że całkowicie apolityczną), ale te nadzieje mogą zostać brutalnie zweryfikowane. Scenariusz, w którym szczyt staje się jedną z odsłon pojedynku między prezydentem a rządem, jest dziś bardziej prawdopodobny, niż był jeszcze kilka dni temu – pozostaje tylko obserwować, jak się sprawy potoczą.
Przy czym cały czas jest szansa, że sama dyskusja podczas spotkania w Pałacu Prezydenckim będzie mieć spokojny, merytoryczny wymiar i nie przerodzi się w żadną polityczną bijatykę. Takie są reguły gry, taki jest, parafrazując, szlachetny format tego rodzaju spotkań. Nie chodzi o to, o czym i w jaki sposób będą debatować zaproszeni do prezydenta goście, ale o to – jak fakt tego spotkania i wnioski z niego płynące zostaną zaprezentowane opinii publicznej. I jak zostaną wykorzystane w przyszłości. Jeśli prezydent miałby zamiar – o tym również wspomina prezes lekarskiego samorządu – w ramach podsumowania szczytu przedstawić własny projekt ustawy dotyczący kształtu zmian w ochronie zdrowia, nie ma wątpliwości, jak bardzo polityczny byłby to krok.
Największy znak zapytania. Co z tymi szczepieniami? – 82 proc. zaszczepionych drugą dawką przeciw odrze to dezinformacja! – mówił w minionym tygodniu podczas Konferencji Polskiego Towarzystwa Farmakoekonomicznego dr Paweł Grzesiowski, Główny Inspektor Sanitarny, odnosząc się do przywołanych – w kontekście pojawiających się zachorowań na odrę (Podkarpacie) – danych ostatniego raportu OECD „Health at a Glance 2025”. Jednak to nie dane raportu, a ich interpretacja przez niektóre media i ekspertów są problemem. Dr Grzesiowski przyznał, że dane z raportu odnoszą się do jednego z ostatnich roczników dzieci sześcioletnich i w tym roczniku w Polsce wyszczepialność rzeczywiście może wynosić 82 procent. – Ale przecież te dzieci w kolejnych miesiącach i latach są szczepione – podkreślał, dodając, że ogólnie poziom zaszczepienia drugą dawką MMR wynosi ok. 89,5 procent.
To cenne zastrzeżenie, jednak trudno nie zauważyć, że – po pierwsze – 89,5 proc. to nadal poniżej poziomu 95 proc., zalecanego przez WHO. Po drugie, zapewne w innych krajach również dzieci są również doszczepiane „po terminie”, nie tylko w Polsce. Niewykluczone więc, że gdyby porównać dane dotyczące całej populacji pediatrycznej, nadal znajdowalibyśmy się wśród tych, którzy mają problem większy niż inni. Po trzecie wreszcie – najbardziej niepojąca obserwacja to gwałtowny spadek poziomu zaszczepia rocznika, który powinien otrzymać drugą dawkę: w 2018 roku było to 93 proc., teraz – 82 proc. Wszystko wskazuje, że są powody co najmniej do refleksji, bo może jednak Polska ze szczepieniami dzieci i młodzieży nie radzi sobie tak bardzo dobrze, jak byśmy wszyscy (z wyłączeniem ideologicznych aktywistów antyszczepionkowych) chcieli.