Organizacja rządowego szczytu dzień przed zapowiedzianym dużo wcześniej szczytem prezydenckim ostatecznie rozwiewa wątpliwości co do ponadpolitycznego czy też apolitycznego charakteru ochrony zdrowia. Co jeszcze ujawnił szczyt „Bezpieczny pacjent”? Prezentujemy pięć kluczowych pytań i próbujemy znaleźć na nie odpowiedzi.
Premier Donald Tusk. Fot. MZ
- Nawet jeśli formalnie NFZ zbankrutować nie może, pytanie o koszty – po stronie pacjentów i systemu – pozostaje aktualne
- Z czwartkowego szczytu jasno wynika, że jedną z recept jest „bardziej efektywne wydawanie rosnących nakładów”
- Za rogiem czają się problemy takie, jak choćby konieczność wyznaczania strefy śmierci
- Program szczytu zdeterminował odbiór wydarzenia jako „politycznego teatrum”, a nie płaszczyzny dialogu
- Nie ma wątpliwości, że ochrona zdrowia nie będzie wyłączona z ostrej walki politycznej
Kryzysu nie ma i nie będzie? Rozważania o zapaści NFZ są przedwczesne, tak w zasadzie to w ogóle mowy nie ma, by Narodowy Fundusz Zdrowia zbankrutował, nie można słuchać ludzi, którzy krzyczą „olaboga!”. Premier Donald Tusk nie szczędził przytyków organizatorom Prezydenckiego Szczytu Zdrowotnego „Na ratunek ochronie zdrowia”, który odbędzie się w piątek (minister zdrowia nie weźmie udziału, choć wydeleguje członka kierownictwa resortu), niejako spuszczając zasłonę milczenia na fakt, że o potężnych problemach finansowych, dochodzeniu do ściany i innych oznakach sytuacji kryzysowej wprost, publicznie, mówiła (i mówi, choć nie podczas rządowego szczytu) minister zdrowia.
Szef rządu ma oczywiście rację, tym, co najgłośniej krzyczą „olaboga!”, za bardzo wierzyć nie można, zwłaszcza gdy reprezentują formację polityczną, której decyzje w ogromnym stopniu przyczyniły się do obecnej sytuacji, a nawet wprost ją wygenerowały (i nie, nie chodzi o Karola Nawrockiego, raczej o polityków, którzy w latach 2022–2023 mieli wpływ na kształt owych decyzji). Jednak to nie oznacza, że merytorycznie powodów do niepokoju nie ma.
Premier dowodził, że w ochronie zdrowia pod koniec roku sytuacja zawsze była trudna, nie dzieje się więc nic nadzwyczajnego. Problemem jest jednak to, że w tym roku przysłowiowy grudzień przyszedł już w marcu, gdy konieczne były nadzwyczajne decyzje („pożyczka” 4 mld zł z Funduszu Medycznego dla NFZ), by płatnik zachował opinię rzetelności i mógł zapłacić za nadwykonania z poprzedniego roku.
I nawet jeśli formalnie NFZ zbankrutować nie może i przetrwa jako instytucja, pytanie o koszty – po stronie pacjentów i systemu – pozostaje aktualne. Nie chodzi tylko o pieniądze.
Potrzeby będą, ale czy możliwości? Minister finansów przekonywał, że wydatki na ochronę zdrowia będą rosły, a bezpieczeństwo i zdrowie pacjentów to jeden z kluczowych priorytetów rządu. W 2026 roku na zdrowie jest zaplanowane 248 mld zł i Andrzej Domański przyznał, że w ciągu roku pojawią się, zapewne, nowe potrzeby. A jak się pojawią i będą możliwości, budżet przekaże na zdrowie dodatkowe środki.
Nie wiadomo, czy 23 mld zł (maksymalna, według wyliczeń MZ i NFZ, wartość luki) okażą się wystarczające, czy też może potrzebne będzie znacznie mniej środków, jeśli rządowi uda się przeprowadzić planowane zmiany (ustawa o wynagrodzeniach minimalnych, przywrócenie limitów części świadczeń, zmiany na listach leków bezpłatnych). Bo jakkolwiek by nie zaklinać rzeczywistości, z czwartkowego szczytu jasno wynika, że jedną z recept jest „bardziej efektywne wydawanie rosnących nakładów”. O tym, dlaczego zmiany są nie tylko konieczne dla oszczędności, ale mają przynieść korzyści pacjentom, przekonywał prezes NFZ Filip Nowak, wskazując na przykład na bezproduktywne mnożenie kolejnych wizyt stałych pacjentów w AOS, które blokują dostęp do specjalistów pacjentom pierwszorazowym.
Pieniądze są i jest ich coraz więcej, przypominał Andrzej Domański. – O ile w 2019 roku przeznaczaliśmy na zdrowie trochę ponad 100 mld zł, to w 2024 roku było to już 211 mld zł. Na ten rok planujemy 237 mld zł, a na przyszły – 248 mld zł – wyliczał, dodając, że oznacza to ponad dwukrotny wzrost w ciągu czterech lat. – Widzimy rosnące PKB i w relacji do PKB nakłady na ochronę zdrowia również sukcesywnie rosną – mówił.
W jego ocenie istotne jest również to, że rosną wpływy ze składki zdrowotnej, co jest efektem dobrej kondycji rynku pracy. – W 2023 roku wpływy ze składki zdrowotnej wynosiły 141 mld zł, w 2025 roku – zgodnie z planem NFZ – mają sięgnąć 173 mld zł, a w 2026 roku szacujemy je na 184 mld zł – mówił szef resortu finansów, nie odnosząc się jednak w żaden sposób do faktu, że w tym roku NFZ po raz pierwszy zanotuje niedobór składki zdrowotnej: po trzech kwartałach brakuje 3,5 mld zł wobec planu.
Potrzeby będą, to pewne. Czy będą możliwości ich zaspokojenia? W kuluarach szczytu przewijało się stwierdzenie, że obok przesłania „kryzysu nie ma i nie będzie” w mocy pozostaje stwierdzenie sprzed lat: „pieniędzy nie ma i nie będzie”. I o ile przy pierwszym można stawiać znak zapytania, drugie jest przesłaniem opatrzonym wykrzyknikiem.
Wojna na ratunek? Ministerstwo Zdrowia bardzo wiele przez dwa lata zrobiło z myślą o tym, by pacjent był bezpieczny, a planuje zrobić jeszcze więcej – tak można byłoby najkrócej streścić wystąpienie minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy, w którym było miejsce i na realizowane inwestycje z KPO, i na sukces programu in vitro czy 1,4 tys. aptek w pilotażu dostępu do antykoncepcji awaryjnej, nie było jednak – dla perspektyw finansowych, jakie są przed systemem ochrony zdrowia, o których zresztą w ostatnich dniach w wywiadach medialnych minister zdrowia sporo miała do powiedzenia. Padały w nich takie stwierdzenia, jak „system składkowy nie wystarczy” czy „dochodzimy do ściany”. Na szczycie o tym jednak mowy nie było. Nie mogło, skoro premier zadekretował, że nie dzieje się tak naprawdę nic szczególnego.
Dużym kontrastem – i niemałym zaskoczeniem dla ogromnej części uczestników – musiało być wystąpienie dyrektora Wojskowego Instytutu Medycznego, generała Grzegorza Gieleraka, który przedstawił – skrótowo z konieczności, ale dość precyzyjnie – przed jakimi wyzwaniami może stanąć polski system ochrony zdrowia, jeśli wojna z Ukrainy przeniesie się (tu wybrzmiało „odpukanie”) w granice Polski. – Nikt nie zakłada, że tak się stanie, wszyscy powinni się na to przygotować, czerpiąc z doświadczeń walczącej Ukrainy – to z kolei główny przekaz szefa WIM, który w ostatnich dniach również był niezwykle aktywny w mediach, mówiąc o potrzebach systemu ochrony zdrowia w kontekście wojennej odporności systemu. Gen. Gielerak podkreślał nie tylko braki kadrowe, lecz także kwestie finansowania – stwierdził wręcz, że konieczny jest wzrost składki zdrowotnej, bo za środki, które mamy do dyspozycji, systemu utrzymać się nie da, zwłaszcza jeśli dochodzi aspekt obronny. I to być może właśnie do gen. Grzegorza Gieleraka premier skierował słowa, że składki zdrowotnej podnieść się nie da. – Wiem, że niektórzy z państwa bardzo by tego chcieli – przyznał szef rządu.
Prezentację, obfitującą w konkrety typowo wojskowe (a w każdym razie obce cywilom) wielu uczestników odebrało jako próbę przekierowania uwagi i przypomnienia, że choć dla wielu do głównego problemu urasta likwidacja pilotażu „Dobry posiłek”, za rogiem czają się problemy takie, jak choćby konieczność wyznaczania strefy śmierci, w której żadna pomoc medyczna udzielana być nie może.
Subtelna korekta kursu? Nie ma dyskusji, czy ktoś w ochronie zdrowia zarabia za dużo, czy za mało. Nie można przeciwstawiać dobra pacjenta interesom pracowników ochrony zdrowia. Naszym nadrzędnym celem jest dobro pacjenta i chciałbym, aby ta teza była absolutnie niekontrowersyjna. Zdarza się, że pojawia się narracja o konflikcie interesów między personelem medycznym a pacjentami. Chcę to jasno powiedzieć: taki konflikt jest sztucznie tworzony i nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Przygniatająca większość pracowników ochrony zdrowia kieruje się troską o pacjenta, a przygniatająca większość pacjentów ufa, że trafia do ludzi, którzy chcą im pomóc – ten fragment wystąpienia Donalda Tuska może świadczyć o lekkim skorygowaniu kursu, który premier wyznaczał od wielu miesięcy, deklarując, że coraz większe pieniądze przeznaczane na zdrowie muszą trafiać do pacjentów, nie do lekarzy. Co prawda szef rządu przypomniał, że mogą zdarzać się nadużycia, mają być one jednak na bieżąco identyfikowane i eliminowane, nie można natomiast uogólniać.
Tę zmianę dostrzegli przedstawiciele samorządu lekarskiego. – Wychodzimy ze szczytu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony padła ważna dla nas deklaracja, że rząd nie będzie szukał kozła ofiarnego zapaści systemu i że nie będzie kontynuowany atak na nasze środowisko poprzez epatowanie wynagrodzeniami kilkunastu osób zarabiających bardzo duże kwoty. Przyjmujemy za dobrą monetę deklarację premiera, że lekarz ma zarabiać godnie. Z drugiej strony zabrakło konkretów, wychodzimy z ogromnym poczuciem niedosytu – komentował w rozmowie z nami Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, zwracając również uwagę, że program szczytu, zakładający możliwość zadawania pytań wyłącznie wskazanym osobom (w tym minister zdrowia i prezesowi NFZ), zdeterminował odbiór wydarzenia jako „politycznego teatrum”, a nie płaszczyzny dialogu. – Cieszymy się jednak, że ochrona zdrowia stała się przedmiotem debaty na najwyższych politycznych szczeblach.
Zdrowie jednak polityczne? Organizacja rządowego szczytu dzień przed zapowiedzianym dużo wcześniej szczytem prezydenckim ostatecznie rozwiewa wątpliwości co do ponadpolitycznego czy też apolitycznego charakteru ochrony zdrowia, a ostre słowa, które padały zarówno ze strony reprezentującego Kancelarię Prezydenta ministra Zbigniewa Boguckiego, jak i samego premiera dopełniają obrazu. Niezależnie od tego, jaką decyzję w sprawie ustawy o Funduszu Medycznym ogłosi w piątek Karol Nawrocki, nie ma żadnej wątpliwości, że ochrona zdrowia nie będzie wyłączona z ostrej walki politycznej, co nie jest ani zaskakujące, ani specjalnie dziwne. Zwłaszcza w sytuacji, gdy kryzys finansowy będzie generować społeczne napięcia, oczekiwanie innego scenariusza jest wyrazem politycznej naiwności, która nie jest atutem.