Nie wierzcie tym, którzy krzyczą: kryzys, zapaść, olaboga! – to zdanie premiera Donalda Tuska jest chyba najlepszym streszczeniem czwartkowego szczytu „Bezpieczny pacjent”. Czekając na wystąpienia strony rządowej, można było mieć nadzieję, że zostanie przedstawiony plan, jak to bezpieczeństwo zapewnić. Jak to się człowiek może pomylić.
Fot. MZ
- Plan oszczędnościowy dla ochrony zdrowia pokazuje, że nawet wdrożenie drastycznych – jak na nasze standardy – rozwiązań nie jest w stanie zmniejszyć luki w budżecie o połowę
- Ile budżet będzie musiał znaleźć naprawdę, trudno powiedzieć. Raczej więcej, bo politycy już zaczęli się prześcigać w zapewnieniach, że ten plan, to w zasadzie nie plan
- Szczyt prezydencki był zorganizowany w formie stołu, może nie okrągłego, ale sama ta formuła stanowiła bardziej jednoznaczne zaproszenie do rozmowy, a nie tylko słuchania
- Jednego dnia minister zdrowia obiecuje lekarzom, że zmian w warunkach ich pracy nie będzie, drugiego – jej zastępczyni informuje, że temat kontraktów lekarskich jest cały czas w agendzie rozmów
Największy znak zapytania. Plan oszczędnościowy. Tydzień rozpoczął się od trzęsienia ziemi tak silnego, że wstrząsy wtórne – zakończone niczym kolejne posiedzenie Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, sejmowa debata nad kryzysem systemu, spotkanie dyrektorów szpitali powiatowych, a nawet dwa szczyty ze zdrowiem w tle (w tle, bo przecież jest jasne, że na pierwszym planie pozostała polityka) – na nikim nie były w stanie zrobić wrażenia. Może niesłusznie.
Trzęsienie ziemi to ujawniony plan oszczędnościowy dla ochrony zdrowia na przyszły rok. Plan, który pokazuje, że nawet wdrożenie drastycznych – jak na nasze standardy – rozwiązań, takich jak przywrócenie limitów w niektórych obszarach świadczeń czy uporządkowanie wykazów leków bezpłatnych, połączone ze wstrzymaniem podwyżek dla pracowników (mowa tylko o tym, co może się wydarzyć w 2026 roku) nie jest w stanie zmniejszyć luki w budżecie o połowę. I tak budżet będzie musiał znaleźć w ciągu roku kilkanaście miliardów złotych. Ile będzie musiał znaleźć naprawdę, trudno powiedzieć. Raczej więcej, bo politycy już zaczęli się prześcigać w zapewnieniach, że ten plan, to w zasadzie nie plan. Taka wstępna propozycja, w dodatku napisana dość niechlujnie, bo minister zdrowia przeoczyła, że co prawda na zakończeniu pilotażu programu „Dobry posiłek” zaoszczędzi 900 mln zł, ale zapomniała dodać, że prawdopodobnie większe pieniądze trzeba będzie dołożyć do wycen, by program stał się standardem. Każdemu może się zdarzyć, że pomyłkowo wpisze coś do tabeli – ludzka rzecz.
Ale zaskoczeń jest więcej. Bo rozmiary luki nie stoją na przeszkodzie, by w tym samym czasie planować podwyżki dla dwóch grup z ustawowej tabeli – podwyżki, które w roku realizacji mają kosztować ponad 5 mld zł, blisko dwa razy tyle co waloryzacja płac minimalnych wszystkich pracowników objętych ustawą. Już w listopadzie zwracali na to uwagę pracodawcy, w swoim stanowisku wyraźnie zaznaczając, że obecna kondycja finansowa NFZ na taki ruch nie pozwala. Ministerstwo Zdrowia jednak, planując poważne (nawet jeśli uzasadnione i racjonalne) cięcia po stronie świadczeń dla pacjentów nie widzi, że połowa tych oszczędności ma zostać skonsumowana przez wzrost wynagrodzeń dla niektórych pracowników. Co najmniej nielogiczne i mimo wszystko – bardzo niepolityczne.
Linia rządu jest taka: to, co było aktualne pod koniec października (pismo datowane na koniec tego miesiąca) nie musi być aktualne teraz, bo sytuacja jest dynamiczna. Jednak wystarczyło się wsłuchiwać w wypowiedzi czy to przedstawicieli resortu zdrowia, czy (zwłaszcza) szefostwa NFZ, by mieć jasność, że plan oszczędnościowy wcale się nie zdezaktualizował, że cięcia są konieczne i będą musiały być przeprowadzone, jeśli system ma utrzymać bardzo względną równowagę.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Szczyt rządowy. Trudności w systemie ochrony zdrowia są, temu nikt nie zaprzecza, ale taki już jest cykl roczny. Przychodzi koniec roku, są pewne napięcia, które rząd rozwiązuje, dodając pieniędzy w miarę potrzeb i – jak zastrzegł przytomnie minister finansów – możliwości. Tak było, jest i będzie. Nie dzieje się nic takiego, co wymagałoby nadzwyczajnych decyzji i w ogóle – nadzwyczajnej troski. – Nie wierzcie tym, którzy krzyczą: kryzys, zapaść, olaboga! – to zdanie premiera Donalda Tuska jest chyba najlepszym streszczeniem czwartkowego szczytu „Bezpieczny pacjent”. Czekając na wystąpienia strony rządowej, można było mieć nadzieję, że zostanie przedstawiony plan, jak to bezpieczeństwo zapewnić. Jak to się człowiek może pomylić: usłyszeliśmy, że pacjent jest bezpieczny hic et nunc.
Życie składa się ze szczegółów, rządowe szczyty – również. Można więc koncentrować uwagę na tym, że minister zdrowia, która w dniach okołoszczytowych sporo mówiła w mediach o dochodzeniu do ściany i niewystarczającej składce zdrowotnej, tej tezy na szczycie nie artykułowała. Ale można też zacytować jeden z fragmentów prezentacji Jolanty Sobierańskiej-Grendy, konkretnie ten dotyczący refundacji leków. Minister podkreśliła mianowicie, że wydatki na refundację leków wynoszą 25,5 mld zł, a w ciągu ostatnich trzech lat do finansowania wprowadzono ponad czterysta nowych terapii. – Jesteśmy jedynym państwem, które ma tak szeroką ofertę dla pacjentów – podkreśliła szefowa resortu zdrowia. Nie kwestionując twardych danych, trzeba się pochylić nad tym ostatnim stwierdzeniem i zastanowić, co dokładnie miałoby ono oznaczać. Bo w świetle raportu OECD „Health at a Glance 2025” sprawy wyglądają nie nieco, a zupełnie inaczej. Polska jest wśród krajów, które – jeśli chodzi o wydatki na leki per capita, liczone w USD z uwzględnieniem siły nabywczej – raczej zamykają stawkę. Wydajemy na ten cel nieco ponad 560 USD (dane za 2023 rok), ale na leki przepisywane na receptę jedynie nieco ponad 150 USD. Niechby i 200 USD, średnia OECD to powyżej 500 USD (przy wydatkach łącznych per capita 766 USD). Czechy na leki wydają ok. 600 USD – ale prawie wszystko na leki receptowe. Niemcy – wydatki łączne powyżej 1,1 tys. USD, leki przepisywane na receptę – 1 tys. USD.
Są jednak i inne dane: średnio w krajach OECD wydatki na leki w niemal 60 proc. są finansowane ze środków publicznych. We Francji w 84 proc., w Niemczech – 82 proc. Wyraźnie mniej w Czechach – 55 proc., ale w Polsce odsetek ten wynosi 35 proc.
Nawet jeśli postawimy tezę, częściowo prawdziwą, że w ostatnich latach (nie tylko dwóch ostatnich) dostęp do refundowanych terapii znacząco się poprawił, to nie jest ona tożsama, mówiąc oględnie, z twierdzeniem wygłoszonym na rządowym szczycie.
Największy (niemal) brak zaskoczenia. Szczyt prezydencki. W czwartek, na rządowym szczycie, przemawiała głównie strona rządowa, uczestnicy mieli ograniczoną (czasowo, organizacyjnie) możliwość zadawania pytań. Szczyt prezydencki był zorganizowany w formie stołu, może nie okrągłego, ale sama ta formuła stanowiła bardziej jednoznaczne zaproszenie do rozmowy, a nie tylko słuchania. I rzeczywiście, zaproszeni przedstawiciele strony społecznej mówili i czuli się wysłuchani – co już samo w sobie daje Pałacowi Prezydenckiemu sporo punktów.
Podobnie jak ogłoszona na początku spotkania decyzja dotycząca nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym. Karol Nawrocki zdecydował się na jej podpisanie, choć jednocześnie zaznaczył, że zrobił to pod presją rządu, który do ostatniej chwili zwlekał z przedstawieniem projektu. Prezydent mógł zrobić rządowi wbrew (zwłaszcza że zapowiadał publicznie, że nie zgodzi się na usankcjonowanie wiosennej „pożyczki”, przez którą tegoroczna płatność budżetu do Funduszu Medycznego nie zostanie zrealizowana), ale tego nie zrobił. Znów – plus.
Po trzecie, wyartykułował to, na co liczyli pracownicy. – Nie zgodzę się na odebranie podwyżek pracownikom – powiedział. Jednak korki od szampana w siedzibach związków zawodowych powinny pozostać na miejscu, zwłaszcza w kontekście decyzji w sprawie ustawy o Funduszu Medycznym. Prezydent w pełni poszedł na rękę rządowi, dotrzymując ustaleń, jakie zapadły między przedstawicielami Kancelarii Prezydenta, jego doradcami i minister zdrowia. Warto pamiętać, że w sprawie wynagrodzeń medyków, w tym ustawy podwyżkowej, między minister Jolantą Sobierańską-Grendą a głównym doradcą prezydenta ds. zdrowia, prof. Piotrem Czauderną, zgodność poglądów można określić na blisko 100 proc. W dodatku prezydent wyraźnie powiedział, że nie zgodzi się na odebranie podwyżek wynagrodzeń minimalnych w przyszłym roku. Pole interpretacji tej wypowiedzi może być bardzo szerokie, poczynając od tego, że rząd nie zakłada „zabrania podwyżek”, tylko radykalne ich obniżenie. Że planowane jest, de facto, zamrożenie płac na 2026 rok? To nadal nie jest ich odebranie. I w końcu – prezydent bardzo wyraźnie podkreślał, że mówi o wynagrodzeniach minimalnych. Wnoszenie z tego, że w wynagrodzeniach żadnych zmian nie będzie, bo nie zgodzi się na to głowa państwa, jest co najmniej na wyrost.
Warte odnotowania. Chaos wokół wynagrodzeń. W tym samym czasie Ministerstwo Zdrowia ze sporą brawurą deklaruje, że – nie patrząc na brak konsensusu z partnerami społecznymi – przygotuje i przedstawi projekt zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Wydaje się, że szanse na jego procedowanie w rządzie i w parlamencie są raczej niewielkie, być może nawet mniejsze niż podpis prezydenta pod nią.
Partnerzy społeczni nie kryją niezadowolenia z powodu deklaracji minister zdrowia dotyczącej braku zmian w kontraktach lekarskich, odejścia od koncepcji ograniczenia zarobków lekarzy, przycięcia „kominów”. Ale stanowisko resortu zdrowia jest w tej sprawie, by użyć słowa, które ponad dekadę temu robiło ogromną karierę, piwotalne. Jednego dnia minister zdrowia obiecuje lekarzom, że zmian w warunkach ich pracy nie będzie, drugiego – jej zastępczyni informuje PAP, że temat kontraktów lekarskich jest cały czas w agendzie rozmów, a trzeciego resort wspomina, że jest opcja, by szpitale mogły na koszty pracy przeznaczać 60-70 proc. swoich budżetów. Mnożą się koncepcje i mnożą się pytania, na ile są one przemyślane. I podejrzenia, że wcale.