Bilans połowy kadencji w zdrowiu nie jest, oczywiście, pozytywny. Bez zbędnego „olaboga” i wieszczenia katastrofy (argumentum „ad grudnium”, czyli „co roku jest tak samo” zdobywa coraz więcej zwolenników), gołym okiem widać, że ochronę zdrowia, a na pewno jej finanse, trawi pożar o intensywności dawno niewidzianej. Politycy próbują go gasić, niekiedy zapominając, że do gaszenia nie używa się benzyny. Czyli – rzeczywiście, nic nowego.

Premier Donald Tusk. Fot. Sejm
- Do sukcesów należy zaliczyć program in vitro i – z mniejszymi raczej niż większymi sukcesami – program poprawiający sytuację w obszarze zdrowia reprodukcyjnego kobiet
- Mniejszych lub większych porażek, nawet klęsk, jest znacząco więcej niż sukcesów. Dużym problemem jest wskazanie najważniejszej porażki/klęski, a choćby i trzech
- I edukacja zdrowotna, i finanse, i jakość kształcenia na kierunkach lekarskich przegrywają z polityką na różnych szczeblach
- Klinczu wokół zdrowia jeszcze bardziej niż premier obawiają się mniejsi koalicjanci. Wiedzą oni doskonale, że ich elektoraty są z sytuacji w zdrowiu (niemal) tak samo niezadowolone jak wyborcy opozycji
- Wydaje się, że akceptacja rzeczywistości, w której wydatki na zdrowie muszą rosnąć w sposób zaplanowany byłaby punktem wyjścia, który prowadziłby do przełamania impasu w wielu bardziej szczegółowych kwestiach
- W kategorii wyzwań pozostaje też cały czas spełnienie obietnic, danych wyborcom w 2023 r. Pisaliśmy nie raz: lepiej było ich nie składać, bo część była zwyczajnie daleka od zdrowego rozsądku
Dobrze to oddają wyniki sondażu przeprowadzonego na zlecenie RMF FM. Co prawda największa grupa (41 proc.) badanych uważa, że sytuacja pacjentów w przychodniach i szpitalach w ciągu dwóch lat funkcjonowania obecnego rządu uległa pogorszeniu, ale niemal tyle samo – 38 proc. – nie zauważyło żadnych zmian. Beznadziejnie, ale stabilnie, chciałoby się napisać, zwłaszcza gdy nieco uważniej przyjrzeć się preferencjom politycznym odpowiadających. Pogorszenie widzą wyborcy PiS, Konfederacji, wyborcy Karola Nawrockiego, brak zmian – przede wszystkim ci, którzy głosowali na Koalicję Obywatelską i Rafała Trzaskowskiego. 7 proc. badanych zauważyło poprawę, dwa razy tyle – nie wyraziło opinii. Sondaż został przeprowadzony przez Opinia24 w dniach 1–3 grudnia 2025 roku (a więc w tygodniu „szczytowym”, mocno zdominowanym przez tematy okołozdrowotne) na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków. Ponieważ, jak łatwo się domyślić, zwolennicy Koalicji Obywatelskiej przed październikiem 2023 roku byli skłonni uważać, że sprawy w zdrowiu (tak jak w całym państwie) idą w złym kierunku, stabilizacja ich poglądów raczej nie powinna rządzących napawać nadzieją.
Spróbujmy więc, siłą rzeczy skrótowo, podsumować rząd na półmetku.
Co się udało? Napisać, że nic, byłoby niesprawiedliwością, choć pasmo sukcesów nie jest zbyt długie. Na pewno program in vitro i – z mniejszymi raczej niż większymi sukcesami – program poprawiający sytuację w obszarze zdrowia reprodukcyjnego kobiet. Znieczulenia przy porodach, zmiany w programach profilaktycznych nowotworów HPV-zależnych – trudno nie zauważyć progresu, nawet jeśli jest wolniejszy niż oczekiwano. Na plus można zaliczyć też decyzje w obszarze szczepień dla dorosłych (znów, powoli, ale jednak budowana jest lepsza dostępność skutecznej profilaktyki chorób zakaźnych). Sukces to może za dużo powiedziane, ale obiecująco wyglądają inwestycje infrastrukturalne, mimo że część z nich realizowana jest „jak po grudzie”.
Co się nie udało (i dlaczego)? Mniejszych lub większych porażek, nawet klęsk, jest znacząco więcej niż sukcesów. Dużym problemem jest wskazanie najważniejszej porażki/klęski, a choćby i trzech. Bo czy absolutna katastrofa edukacji zdrowotnej jest ważniejsza niż zapaść finansowa systemu ochrony zdrowia? A może należałoby wskazać brak pomysłu na przywrócenie standardów kształcenia lekarzy, zwłaszcza w kontekście pojawiających się pomysłów dalszego osuwania się jakości tegoż kształcenia (motywowana koniecznością szukania oszczędności likwidacja stażu podyplomowego)?
Już samo to, że premier zdecydował się na zmianę ministra zdrowia w trakcie kadencji jest dowodem na brak sukcesów (bardzo łagodnie rzecz ujmując), a to, że zdecydował się na eksperyment z „odpartyjnieniem” MZ świadczyć może o zmęczeniu szefa rządu klinczem wokół tego obszaru. Bo w ochronie zdrowia sytuacja zdaje się być patowa. Nie tylko nie ma dobrego ruchu, wydaje się nawet – na pewno politykom – że ruchu nie ma wcale. Zostawiając szachy na boku, w dużo prostszych warcabach nietrudno o sytuację, w której graczom pozostaje tylko markowanie ruchów, udawanie, że coś jeszcze można zrobić. Pieniędzy nie ma i nie będzie, mogłyby się znaleźć, gdyby ograniczyć liczbę szpitali (czytaj – zlikwidować przynajmniej jedną trzecią), ale ponieważ nie będzie na to zgody, to… pieniędzy nie ma i nie będzie. Mogłyby się (jakieś) znaleźć, gdyby zamrozić/zmienić ustawę o wynagrodzeniach minimalnych, ale ponieważ nie będzie na to zgody… etc., etc. – Gdybyśmy mieli więcej cienkiej blachy, zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa – miał mówić Władysław Gomułka (miał, bo to satyra, ale jakże adekwatna).
Wydaje się, że klinczu wokół zdrowia jeszcze bardziej niż premier obawiają się mniejsi koalicjanci. Być może – gdyby sięgnąć do badań opinii publicznej głębiej – wiedzą oni doskonale, że ich elektoraty są z sytuacji w zdrowiu (niemal) tak samo niezadowolone jak wyborcy opozycji, a mniej skłonne niż wyborcy partii Tuska do twierdzenia, że „jest jak było, ani gorzej, ani lepiej”. Ruchy, jakie odnotowaliśmy w tym tygodniu – najpierw prezentacja projektu Lewicy, która chce radykalnych zmian w systemie finansowania ochrony zdrowia, potem opisane przez „Rynek Zdrowia” czwartkowe spotkanie przedstawicieli PSL z ekspertami i minister zdrowia Jolantą Sobierańską-Grendą, na którym mowa była o zalążkach recepty ludowców na kryzys (przekazanie szpitali samorządom wojewódzkim, możliwe zmiany w składce zdrowotnej również dla rolników, ale pod warunkiem likwidacji przywilejów dla służb mundurowych i sędziów, co wydaje się bardziej zabiegiem taktycznym obliczonym na zablokowanie tego wątku) mogą być odebrane jak sygnały do wyborców: – Działamy!
Ale mogą być też czymś zupełnie innym, przekazem do Donalda Tuska: – Odpartyjnienie Ministerstwa Zdrowia było błędem, bo ochrona zdrowia potrzebuje zmian, za które odpowiedzialność mogą i powinny wziąć ugrupowania tworzące większość rządową. Bieżące zarządzanie, nawet najsprawniejsze, nie rozwiąże problemów (zresztą to, co ludowcy zasygnalizowali – że poczekają na propozycje MZ do końca roku, a potem sami przedstawią projekt – to już nawet przekaz bez białych rękawiczek, niezależnie od tego, jakie będą dalsze losy tych zapowiedzi).
Ucieczka od polityki jest niemożliwa, skoro wskazane wyżej trzy kluczowe klęski rządu Donalda Tuska mają swoje źródła właśnie w niej. I edukacja zdrowotna, i finanse a także zmiany strukturalne w zdrowiu, i jakość kształcenia na kierunkach lekarskich przegrywają z polityką na różnych szczeblach.
Co (i czy coś) może pójść lepiej? Warunkiem koniecznym byłoby przełamanie podejścia do ochrony zdrowia. Politycy nie muszą dostrzegać w niej politycznego złota, które przyciągnie miliony wyborców (choć na niedawnym Kongresie Zdrowia Publicznego, który odbywał się równolegle z rządowym szczytem, eksperci oceniali, że gdyby rząd – ten, następny – przeprowadził takie zmiany, które skróciłyby kolejki do lekarzy i choć trochę uprościły ścieżki pacjentów, miałby gwarantowane trzy kadencje), wystarczyłaby odrobina realizmu. Starzejącemu się społeczeństwu mniej są potrzebne transfery socjalne, bardziej – dostęp do bezpłatnych badań i leków. Tu nie chodzi o przypominanie, że ciągle wydajemy na zdrowie 40 proc. mniej niż wynoszą średnie wydatki w UE, bardziej o konstatację, że i tak będziemy musieli wydawać (coraz) więcej, warto byłoby więc to robić mądrze (czyli dokładnie przeciwnie, niż robi w tej chwili rząd).
Wydaje się, że akceptacja rzeczywistości, w której wydatki na zdrowie muszą rosnąć w sposób zaplanowany (i kontrolowany, co nie oznacza „sztucznie ograniczany”) byłaby punktem wyjścia, który prowadziłby do przełamania impasu w wielu bardziej szczegółowych kwestiach. Choćby przejścia na inny poziom w dyskusji na temat zdrowia jako filaru bezpieczeństwa państwa. W tej chwili to wyłącznie zgrabnie brzmiące hasło, podczas gdy nie ulega żadnej wątpliwości – czas na bon moty już się wyczerpał, jesteśmy w sytuacji, gdy od podejmowanych decyzji i tego, w jaki sposób będą wdrażane, naprawdę zależeć będzie bezpieczeństwo państwa i jego obywateli.
W kategorii wyzwań pozostaje też cały czas spełnienie obietnic, danych wyborcom w 2023 roku. Pisaliśmy nie raz: lepiej było ich nie składać, bo część była zwyczajnie daleka od zdrowego rozsądku. Złożone i niedotrzymane będą, a na pewno mogą, stanowić obciążenie w kampanii przed kolejnymi wyborami. Tu wysoko na liście są szczególnie dwie kwestie: aborcja oraz dostępność leczenia (limity na lecznictwo szpitalne, kolejki do specjalistów). Wspólny mianownik – obydwie obietnice złożono mocno na wyrost, bez dokonania podstawowych obliczeń (koniecznej większości w Sejmie do odrzucenia weta prezydenta oraz zasobów systemu). Obydwie „zawieszone” obietnice są szczególnie groźne dla Koalicji Obywatelskiej, której lider – prawdopodobnie – nawet nie zakłada, że „pomyśli o tym jutro”.
Nie ma jednak wątpliwości, że znajdą się tacy, którzy przypomną. Planowana na 13 grudnia konferencja programowa PiS na temat fatalnej sytuacji w ochronie zdrowia oceniana jest przez część komentatorów jak „musztarda po obiedzie” (który zaserwowano podczas dwóch szczytów zdrowotnych), ale z pewnością rządzący nie powinni jej lekceważyć. Nawet jeśli wiadomo, że osiągnięcia PiS na polu ochrony zdrowia trudno uznać za imponujące, wyborcy mają pamięć dobrą, ale krótką. A opozycji są skłonni wybaczyć znacznie więcej, zwłaszcza jeśli następcy sami nie palą się do skutecznego rozliczania błędów i złych decyzji. A przede wszystkim – ich naprawy.