Wydatki tylko na leki dla seniorów w pierwszych dziesięciu miesiącach bieżącego roku sięgnęły 7,4 mld zł, do końca roku zapewne przekroczą 9 mld zł, a do tego doliczyć trzeba wydatki na leki dla dzieci i kobiet w ciąży. Resort zdrowia na przyszły rok zakładał uzyskanie ok. 1,5 mld zł oszczędności. Gdyby chciał „odebrać dostęp do bezpłatnych leków”, oszczędności byłyby znacząco wyższe. Tak – powiedzmy – osiem razy wyższe.
Fot. Adobe Stock
- Przy okazji dyskusji o dostępie do bezpłatnych leków, warto przypomnieć pierwsze doświadczenia z programem „Leki 75+” – również to, jak mocno i restrykcyjnie MZ, NFZ i Ministerstwo Finansów pilnowały wydatków na ten cel
- Mniejsi koalicjanci – dziś Lewica, ale zapewne za kilka tygodni również PSL – będą proponować rozwiązania o mniejszym lub większym potencjale wdrożenia, tylko po to, by móc powiedzieć: – Próbowaliśmy. Nie nasza wina, nie nasza odpowiedzialność
- Pozycja minister zdrowia wydaje się w perspektywie najbliższych miesięcy niezagrożona, ale wśród parlamentarzystów nie ma dużej wiary, że Jolanta Sobierańska-Grenda w ogóle będzie chciała pracować do końca kadencji
- Ponad trzy czwarte Polaków nie wierzy, że rząd do końca kadencji poprawi sytuację w ochronie zdrowia – wynika z sondażu IBRiS
Największy brak zaskoczenia. „Lista grozy”. Są takie sytuacje, w których człowiek – albo partia polityczna – oprzeć się nie może. Pokusa jest zbyt wielka. Stąd nie sposób się dziwić sformułowaniu zawartemu w pytaniu, jakie Prawo i Sprawiedliwość zaadresowało podczas ostatniego posiedzenia Sejmu do ministra zdrowia: „w sprawie nieodpowiedzialnej, zagrażającej zdrowiu i życiu pacjentów listy grozy NFZ dotyczącej oszczędności ponad 10 mld zł oraz drastycznego pogorszenia dostępu pacjentów onkologicznych do diagnostyki i leczenia”.
Gdyby „lista grozy” nie wybrzmiała wystarczająco dramatycznie, żeby już nie było cienia na interpretację, nie zabrakło szczegółów. – Tniecie też wsparcie dla seniorów. Odbieracie seniorom 65+ dostęp do bezpłatnych leków. Opamiętajcie się! – apelowała jedna z posłanek.
A raczej – apelowałaby. Gdyby to, co mówiła, było prawdą. Nie było, więc należałoby raczej powiedzieć: insynuowała. Mając pełną świadomość, zapewne, że mija się z prawdą nie o średnicę włosa, a raczej – liny okrętowej. Wydatki tylko na leki dla seniorów w pierwszych dziesięciu miesiącach bieżącego roku sięgnęły 7,4 mld zł, do końca roku zapewne przekroczą 9 mld zł, do tego doliczyć trzeba wydatki na leki dla dzieci i kobiet w ciąży – a resort zdrowia na przyszły rok zakładał (raczej już nie zakłada, plan oszczędności spalił się szybciej niż zapałka) uzyskanie ok. 1,5 mld zł oszczędności. Gdyby chciał „odebrać dostęp do bezpłatnych leków”, oszczędności byłyby znacząco wyższe. Tak – powiedzmy – osiem razy wyższe.
Cynizm polityków wydaje się nieskończony, na pewno zaś trudno zbadać jego granice. Warto może przypomnieć pierwsze doświadczenia z programem „Leki 75+” – również to, jak mocno i restrykcyjnie MZ, NFZ i Ministerstwo Finansów pilnowały wydatków na ten cel. Wydatków, które w planie finansowym na 2017 rok określono na nieco ponad pół miliarda złotych (program zaczął obowiązywać w 2016 roku, ale 2017 rok był pierwszym „pełnym” rokiem finansowania bezpłatnych leków z budżetu państwa). W sierpniu 2016 roku na łamach mp.pl pisaliśmy: „W czwartek rząd przyjął wstępny projekt budżetu na 2017 rok. Według założeń resortu zdrowia realizacja programu bezpłatnych leków dla seniorów ma kosztować ponad pół miliarda złotych. Proporcjonalnie tyle samo, co w tym roku. A to oznacza, że szanse na rozszerzenie listy są nikłe. – Im więcej ograniczeń w dostępie do leków, które już są na wykazie, tym większe szanse, że nie trzeba będzie listy skracać, co byłoby z politycznego punktu widzenia samobójstwem – ocenia jeden z polityków opozycji”. Bo tak, w ustawie wprowadzającej program bezpłatnych leków dla seniorów przewidziano, że jeśli limit wydatków zacznie się wyczerpywać, minister zdrowia będzie mógł usuwać z wykazu leki w taki sposób, by wydatki pozostawały pod kontrolą.
Ale sposobów na kontrolę wydatków było znacznie więcej. Ministerstwo Zdrowia oficjalnie przestrzegało, że lekarzom nie wolno zmieniać leków tylko dlatego, że jeden z leków znalazł się w wykazie „S”, a dotychczas stosowany – nie. „Ministerstwo chce zapobiec sytuacjom, w których lekarz specjalista rekomenduje zmianę zasad prowadzonego leczenia tylko ze względu na fakt, że lek znajduje się w wykazie bezpłatnych leków (np.: lek z tzw. drugiej linii leczenia), a pacjent w sposób skuteczny był leczony lekami tzw. pierwszej linii leczenia i zgodnie z wiedzą medyczną leczenie to jest nadal skuteczne. – W takich przypadkach lekarzom grożą kontrole NFZ dotyczące zasad ordynacji leków – ostrzega wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz” – pisaliśmy. Na nasze pytanie o podstawę prawną tych „rekomendacji”, resort nabrał wody w usta. – To straszenie lekarzy i próba wywarcia presji, żeby się samoograniczyli i nie generowali nadmiernych kosztów dla budżetu państwa. Lekarz ma obowiązek działać zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej i ma swobodę w decydowaniu o terapii – usłyszeliśmy w jednej z kancelarii prawnych.
Koszty wykazów bezpłatnych leków dosłownie wybuchły płatnikowi w rękach po dwóch decyzjach. Po pierwsze – obniżeniu granicy wieku do 65. roku życia. Swoje zrobiło też zapewne rozszerzenie uprawnień do wystawiania takich recept praktycznie na wszystkich lekarzy (początkowo, gdy oglądano dosłownie każdą złotówkę, mogli je wystawiać tylko lekarze POZ, i to nie wszyscy!). No i nie bez znaczenia był fakt, że od 2023 roku program nie jest już finansowany z dotacji przedmiotowej – podobnie jak inne zadania został zaliczony w poczet obowiązków NFZ. Najłatwiej funduje się obfite obiady wtedy, gdy ktoś inny ma za nie zapłacić.
Największy znak zapytania. Ofensywa Lewicy. 7 stycznia Lewica chce rozmawiać na temat swojego planu naprawczego dla ochrony zdrowia – jego szczegóły przedstawiał w piątek podczas posiedzenia Naczelnej Rady Lekarskiej senator Wojciech Konieczny. 7 stycznia trudno uznać za datę przypadkową: na ten dzień już wcześniej zaplanowano spotkanie Prezydium Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia, na którym wróci m.in. temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych (Lewica nie wydaje się skłonna, mówiąc oględnie, popierać zapowiadany przez MZ kierunek). Po przerwie świąteczno-noworocznej zbierze się Sejm, a można zakładać, że choć NFZ w minionym tygodniu otrzymał spory zastrzyk gotówki i przynajmniej częściowo zrefunduje szpitalom zaległe faktury, sytuacja w pierwszym miesiącu roku nie będzie (zbyt) optymistyczna.
Głównym problemem jest jednak coraz częściej powtarzana opinia, że choć dobrze wiemy, gdzie jesteśmy, nie mamy pojęcia – dokąd zmierzamy. A tak naprawdę, że coraz lepiej wiemy, gdzie jesteśmy, i coraz mniej jest pewności co do kierunku. Nie tylko opozycja nie potrafi się oprzeć pokusie. Mniejsi koalicjanci – dziś Lewica, ale zapewne za kilka tygodni również PSL – będą proponować rozwiązania o mniejszym lub większym (raczej mniejszym) potencjale wdrożenia, tylko po to, by móc powiedzieć: – Próbowaliśmy. Nie nasza wina, nie nasza odpowiedzialność.
Być może jest w tym też pewna kalkulacja personalna. Pozycja minister zdrowia wydaje się w perspektywie najbliższych miesięcy niezagrożona, ale wśród parlamentarzystów – również Koalicji Obywatelskiej – nie ma dużej wiary, że Jolanta Sobierańska-Grenda w ogóle będzie chciała pracować do końca kadencji. Choć też, z drugiej strony, ten brak wiary nie ma jakiejś solidnej podbudowy. To raczej przeczucie, nie pewnik.
Warte odnotowania. Ból głowy premiera. – To jedno z największych zmartwień premiera Donalda Tuska. Ponad trzy czwarte Polaków nie wierzy, że rząd do końca kadencji poprawi sytuację w ochronie zdrowia – wynika z najnowszego sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Onetu. Sondaż przeprowadzono w pierwszym tygodniu grudnia, gdy tematy ochrony zdrowia nie schodziły z czołówek mediów (szczyty zdrowotne), ale opublikowano dopiero w ostatnich dniach.
W sukces rządu nie wierzą, co nie zaskakuje, wyborcy opozycji. Aż 94 proc. nie wierzy w poprawę („zdecydowanie nie” – 68 proc. osób, „raczej nie” – 26 proc.). 6 proc. dopuszcza możliwość, że sytuacja „raczej” się poprawi. W przypadku wyborców koalicji rządzącej ponad połowa osób, 57 proc., nie wierzy w poprawę sytuacji (choć tu dominuje raczej „miękki” sceptycyzm). Zmian na lepsze spodziewa się 38 proc. osób („zdecydowanie tak” – 2 proc., „raczej tak” – 36 proc.).
Blisko dwie trzecie (66 proc.) pozostałych wyborców (niegłosujących i niezdecydowanych) także nie wierzy w wyjście z kryzysu („zdecydowanie nie” – 26 proc. osób, „raczej nie” – 40 proc.), co dopełnia obrazu sytuacji. Obrazu, który o tyle nie oddaje rzeczywistości, że Donalda Tuska z pewnością głowa boli z wielu różnych powodów, ale nic nie wskazuje, by akurat sytuacja w ochronie zdrowia leżała szefowi rządu jakoś szczególnie mocno na sercu. A już na pewno – by planował osiągać cele, które mogą się powieść lub nie.
Nie może się nie powieść plan, jeśli się go nie ma.