Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Podczas posiedzenia połączonych komisji sejmowych nie dało się nie odczuć, że po stronie przedstawicieli szeroko rozumianej branży alkoholowej największy niepokój budzą nie działania rządu, ale projekty poselskie. Z pocałowaniem ręki branża przyjęłaby dziś uzgodniony, kompromisowy projekt rządowy, choć jeszcze większy entuzjazm wzbudziłoby zapewne wyznaczenie odpowiednio dalekiego horyzontu zakończenia prac nad nim.


Fot. Adobe Stock

  • Dyskusja na temat ograniczania dostępności alkoholu pokazuje, w jakim miejscu jesteśmy i jak dobrze się w nim urządziliśmy
  • Po prezydenckich wetach widzimy, że opozycja wyżej niż zdrowie publiczne ceni sobie dobre układy z producentami niezdrowej żywności i alkoholu – stwierdziła posłanka Joanna Wicha
  • „Likwidacja porodówek” to temat newralgiczny. Trzeba wyjątkowych umiejętności w prowadzeniu debaty i proponowaniu rozwiązań, żeby nie zderzyć się z górą lodową
  • Premier zmienił zdanie i jakieś zmiany związane z możliwością przekształcania umów cywilnoprawnych w etaty będą jednak możliwe

Największe wyzwanie. Alkohol. Głównym celem branży alkoholowej jest troska o zdrowie publiczne i wspieranie działań edukacyjnych na rzecz odpowiedzialnej konsumpcji i właściwych wyborów, a handlowcy chcą najbardziej na świecie odpowiedzialnie sprzedawać alkohol. Dyskusja na temat obrotu alkoholem powinna zaś przebiegać bez emocji, bo te szkodzą. Atmosferze, a może i zdrowiu. Trzeba się skupić na faktach i danych. Tych zawartych w raportach sprzedażowych, bo gdy padają dane dotyczące skutków spożycia alkoholu dla zdrowia i życia – jednostek i społeczeństwa – to już, zdaniem branży alkoholowej – wchodzimy w sferę zbędnych emocji.

To główne, choć na pewno nie jedyne wnioski, jakie płyną z posiedzenia połączonych komisji sejmowych, podczas którego w minionym tygodniu wysłuchano informacji rządu na temat toczących się prac nad wprowadzeniem dalszych (?) ograniczeń w sprzedaży alkoholu. Znak zapytania jest uzasadniony, bo wielu specjalistów w dziedzinie zdrowia publicznego mogłoby się podpisać pod opublikowanym w weekend na łamach „Gazety Wyborczej” tekstem pisarza Kazimierza Orłosia pt. „Polska wódką stoi”. – Który rząd w Europie dopuściłby do zalewania swego kraju wódką w tym stopniu, jaki mamy w Polsce? Przy całkowitej bierności rządzących i niepodejmowaniu żadnych prób przeciwdziałania. A nie chodzi przecież o „model skandynawski" ograniczeń, ale niechby to były ograniczenia sprzedaży w określonych godzinach, likwidacja sklepów monopolowych na stacjach benzynowych, likwidacja przepisów, które – mając utrudniać sprzedaż alkoholu – w rzeczywistości ułatwiają dostępność – czytamy.

Wracając do posiedzenia. Nie dało się nie odczuć, że po stronie przedstawicieli szeroko rozumianej branży alkoholowej, również osób tylko pośrednio z nią związanych, występujących w roli ekspertów, zabierających głos w obronie konstytucyjnie gwarantowanych wartości, takich jak równość podmiotów gospodarczych, największy niepokój budzą nie działania rządu (który miał przedstawić informacje), ale projekty poselskie, zwłaszcza projekt Lewicy. Z pocałowaniem ręki, na dziś, branża przyjęłaby uzgodniony, kompromisowy projekt rządowy, choć jeszcze większy entuzjazm wzbudziłoby zapewne wyznaczenie odpowiednio dalekiego horyzontu zakończenia prac nad nim (na razie, sądząc po wypowiedziach przedstawicieli resortów, horyzontu w ogóle nie ma, prace należy kontynuować, jak mówił wiceminister rozwoju), zyskując poparcie dużej części przedstawicieli biznesu. Kontynuować, zdecydowanie!

Bo głównym celem branży alkoholowej jest troska i wspieranie działań na rzecz konsumpcji alkoholu, a handlowcy chcą alkohol sprzedawać. Wystarczy wykreślić – jak w dziecięcej zabawie – kilka dodanych dla niepoznaki słów i sformułowań i wniosek z posiedzenia połączonych komisji od razu, zgodnie z postulatami branży alkoholowej, staje się bliższy faktom i danym.

Największy brak zaskoczenia. Skutki weta (opłata cukrowa). Jednym z wymiarów ograniczania dostępności alkoholu są podatki, czyli akcyza. O pieniądzach bardziej szczegółowo mówiono w Sejmie kilka godzin przed czwartkowym posiedzeniem, gdy posłowie Lewicy pytali resort finansów o skutki prezydenckiego weta do podniesienia akcyzy oraz opłaty cukrowej.

– Prawa strona sceny politycznej jednocześnie straszy upadkiem Narodowego Funduszu Zdrowia i rękami prezydenta Nawrockiego blokuje dwie bardzo ważne z perspektywy pieniędzy na zdrowie ustawy. Stąd ważne jest, żeby Polki i Polacy usłyszeli, jakie straty finansowe dla budżetu państwa, a szczególnie dla NFZ, wynikają z takiego działania – mówiła w imieniu zadających pytanie posłów Joanna Wicha, przypominając jednocześnie, że jej klub przygotował projekt zmian w systemie finansowania ochrony zdrowia, którego częścią jest podniesienie udziału akcyzy w wydatkach na zdrowie, a także opodatkowanie wysokoprzetworzonej żywności (podatek tłuszczowy na wzór opłaty cukrowej). – Po prezydenckich wetach widzimy, że opozycja wyżej niż zdrowie publiczne ceni sobie dobre układy z producentami niezdrowej żywności i alkoholu. To od tych trucicieli Lewica chce wyegzekwować dokładanie się do leczenia Polek i Polaków. Mam nadzieję, że w Ministerstwie Finansów mamy w tej walce sojuszników – zwracała się do przedstawiciela rządu.

– Bezsprzecznie opodatkowanie alkoholu, tytoniu, cukru to są te źródła dodatkowych środków pieniężnych, które wydają się najmniej kontrowersyjne, a straty społeczne wynikające z picia i palenia są zdecydowanie większe niż wpływy z tego tytułu. Ten kierunek działania jest więc jak najbardziej uzasadniony ekonomicznie i społecznie – odpowiadał wiceminister finansów Jarosław Neneman. Odpowiadając na pytanie o straty NFZ, przypomniał, że w przypadku opłaty cukrowej niemal całość wpływów z tego tytułu trafia do NFZ – i MF wylicza, że weto oznacza ubytek ok. 855 mln zł. Wpływy do budżetu państwa będą mniejsze w 2026 roku o 1,8 mld zł, w kolejnym – o 2,8 mld zł. – Będzie mniej pieniędzy, a Polacy będą pili więcej wyrobów alkoholowych i wyrobów słodzonych – podsumował.

Największy znak zapytania. Co z tymi porodami? Premierze, zatrzymaj szaleństwo MZ! – apeluje do Donalda Tuska Ogólnopolski Strajk Kobiet. Organizacja zbiera podpisy pod petycją o interwencję w sprawie „porodów na SOR-ach”, wstrzymanie wejścia w życie rozporządzenia, które czeka na podpis MZ oraz o zobowiązanie do realnych konsultacji, bo te, które się odbyły, zdaniem wielu organizacji działających na rzecz kobiet rzetelne nie były – przede wszystkim dlatego, że MZ zignorowało uwagi strony społecznej. – Kobieta w porodzie nie może być kolejną ofiarą państwowej prowizorki. A będzie – będzie jeszcze więcej ofiar wśród kobiet niż do tej pory – napisały do szefa rządu aktywistki, które przestrzegają, że ofiarami mogą być nie tylko rodzące i ich dzieci, ale również położne.

Gdy Ogólnopolski Strajk Kobiet mówi jednym głosem z posłem PiS (Paweł Jabłoński również w minionym tygodniu pisał w mediach społecznościowych, odnosząc się do „porodów na SOR”: – Trzeba to zatrzymać), sprawa nie jest błaha. I to nie jest sarkazm.

Ramowo rzecz ujmując, „likwidacja porodówek” – w Studium Kryzysu pisaliśmy o tym wielokrotnie – to temat newralgiczny, z potencjałem nie tylko na lokalne, ale wręcz ogólnokrajowe „pospolite ruszenie”. Poród, bezpieczeństwo, zagrożenie – łatwo tu o emocje, trudniej o włączenie analitycznego myślenia. Trzeba wyjątkowych umiejętności w prowadzeniu debaty i proponowaniu rozwiązań, żeby nie zderzyć się z górą lodową. Ministerstwo Zdrowia nie udowodniło – ani przy poprzednim kierownictwie, ani przy obecnym, że te wyjątkowe umiejętności posiada. Przeciwnie, nawet ci, którzy doskonale rozumieją nie tylko potrzebę, ale wręcz konieczność likwidacji części oddziałów położniczych (demografia nie bierze jeńców i nie daje dużego pola manewru), gubią się w argumentacji. Porodówki likwidujemy, bo przy bardzo wysokiej liczbie cięć cesarskich i spadającej ogólnej liczbie porodów personel medyczny (mówiąc wprost, położne) tak rzadko odbiera porody, że zagraża to bezpieczeństwu kobiet i dzieci. Fakt. Ale w szpitalu, w którym nie będzie porodówki, na straży bezpieczeństwa ma stać położna, która być może porodów nie będzie odbierać wręcz miesiącami (oczywiście, i tak ma większe kompetencje w zakresie odbierania porodów niż lwia część innych pracowników medycznych).

Resort zdrowia zapewnia, że rozwiązanie „poród na SOR” ma zabezpieczać sytuacje incydentalne, takie, w których ciężarna nie zdąży dotrzeć do szpitala. I te zapewnienia mogłyby być traktowane z pełną powagą, gdyby nie lokalne decyzje, które zapadają równolegle – w tym ta dotycząca wygaszenia ostatniej porodówki w Bieszczadach. Tej, która miała zostać uratowana przez poprzednią minister zdrowia (nie została), dla której (między innymi) miały być przygotowane specjalne rozwiązania, bo przecież porodówki oddalone od innych szpitali o więcej niż X kilometrów miały zostać utrzymane jako element bezpieczeństwa zdrowotnego. Efekt? Zamiast spójnej argumentacji – kakofonia i chaos. Oczywiście sprawa porodówek jest częścią politycznej gry, porodówki na potęgę zamykano również w latach 2015–2023 (demografia), ale lęk i niepewność nie mają partyjnych barw.

Warte odnotowania. Reforma PIP. Premier zmienił zdanie i jakieś zmiany związane z możliwością przekształcania umów cywilnoprawnych w etaty będą jednak możliwe. Donald Tusk co prawda zatrzymał zmiany, przygotowane przez kierowany przez Lewicę resort pracy, ale po spotkaniu z Włodzimierzem Czarzastym zapowiada doprowadzenie sprawy do pozytywnego finału, cokolwiek by to miało znaczyć. Co potwierdza tezę, że główną przyczyną wciśnięcia hamulca była demonstracja siły, choć niebagatelne znacznie miał kształt projektu ponad miarę – zdaniem szefa rządu – wzmacniającego władzę PIP.

11.01.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.