Miesięczny ryczałt na prowadzenie tzw. pokoju narodzin wyniesie nieco ponad 264 tysiące złotych – przekazało Ministerstwo Zdrowia podczas wtorkowego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Praw Pacjenta, na którym rozmawiano o bezpieczeństwie okołoporodowym.
Fot. iStock.com
Porodówki znikają i znikać będą – taki jest jeden z głównych wniosków, płynących z posiedzenia. Zastępca dyrektora w Departamencie Analiz i Strategii w Ministerstwie Zdrowia Dominika Janiszewska-Kajka przypomniała, że liczba porodów spadła z 403 tys. w 2010 r. do 244 tys. w 2024 r.
Liczba porodówek zmniejszyła się od 2010 r. z 406 do 305 w 2025 r. To spadek o dokładnie jedną czwartą – w dużo większym stopniu spadła, jak zwróciła uwagę przedstawicielka MZ, liczba narodzin.
W 2020 r. zawieszono 18 oddziałów, w 2021 r. – 26, w 2022 r. – 38, w 2023 r. – 18, w 2024 r. – 29, w 2025 r. – 27, w 2026 r. – 12. Jeśli chodzi o zamykanie oddziałów, w 2020 r. zapadło takich decyzji 12, w 2021 r. – 10, w 2022 r. – 11, w 2023 r. – 7, w 2024 r. – 11, w 2025 r. – 27. Według danych MZ na styczeń 2026 r. zamknięto trzy oddziały.
Od 10 lutego obowiązuje zarządzenie prezesa NFZ zmieniające zarządzenie w sprawie określenia warunków zawierania i realizacji umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej w rodzaju leczenie szpitalne w zakresie świadczenia w szpitalnym oddziale ratunkowym oraz w zakresie świadczenia w izbie przyjęć. Zarządzenie dotyczy kontraktowania przez NFZ świadczenia opieki położnej nad rodzącą w szpitalach, w których w miejsce likwidowanych porodówek zostaną utworzone tzw. pokoje narodzin.
Podczas posiedzenia Dominika Janiszewska-Kajka poinformowała, że kwotę miesięcznego ryczałtu dla świadczenia Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wyceniła na 264 239 zł. Biorąc pod uwagę, że – jak mówiono podczas posiedzenia – za każdy poród szpitale otrzymują w tej chwili ok. 12 tysięcy złotych, to ekwiwalent ponad dwudziestu porodów miesięcznie (w niektórych szpitalach, decydujących się na likwidację oddziału położniczego, na świat przychodzi jeszcze mniej dzieci), ale kluczowe jest założenie, że tzw. pokoje narodzin będą używane tylko incydentalnie. I to była jedna z osi sporu między wspieranymi przez część ekspertów przedstawicielami MZ a posłami i stroną społeczną: w jaki sposób bezpieczeństwo rodzących i dzieci mają gwarantować położne, które – co do zasady – porodów nie będą odbierać wcale (lub będą to robić incydentalnie).
Wycena świadczenia obejmuje koszty składowe, czyli utrzymanie infrastruktury miejsca udzielania świadczenia, koszty personelu (położne, w tym organizację ciągłości opieki, udział ratownika medycznego w transporcie), koszty całodobowej gotowości i eksploatacji środka transportu wraz z wymaganym wyposażeniem.
Zgłaszająca się do szpitala, w którym jest „pokój narodzin”, kobieta po ocenie przez położną ma zostać przetransportowana do szpitala z oddziałem położniczym. Dopuszczalne jest przyjęcie porodu po ciąży fizjologicznej w przypadku zaawansowanej akcji porodowej.
Jednak podczas dyskusji podkreślano, że fakt fizjologicznego przebiegu ciąży wcale nie oznacza, że tak się zakończy, powikłania mogą się pojawić na każdym etapie porodu, a brak doświadczenia położnej (która, co do zasady, ma porodów nie odbierać) może dodatkowo utrudnić sytuację. Przywoływano też przykłady z Podkarpacia, gdzie już w całym bieszczadzkim subregionie nie ma ani jednej porodówki. Tam część kobiet decyduje się na wynajęcie – na kilka tygodni – mieszkania np. w Rzeszowie, żeby zapewnić minimalne bezpieczeństwo i komfort w okresie okołoporodowym.
Prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku Joanna Pietrusiewicz przyznała, że zmiany w obszarze opieki okołoporodowej są konieczne. Co więcej, w jej ocenie, w ostatnim czasie podjęto wiele decyzji, które poprawiły standard opieki – np. poszerzenie kompetencji położnej. Jednak, według niej, rozporządzenie ministra zdrowia, którego efektem są „pokoje narodzin”, jest co najmniej niewystarczające. – To nie może być jedyna odpowiedź. To rozwiązanie, które ma działać w sytuacjach awaryjnych, wyjątkowych – mówiła. Zamykanie porodówek jest zjawiskiem systemowym, powszechnym – i dlatego „pokoje narodzin” nie są odpowiedzią. Jej zdaniem, MZ powinno rozważyć „bon porodowy”, czyli wsparcie finansowe i logistyczne dla kobiet mieszkających daleko od ośrodków położniczych.
W obronie resortu zdrowia wystąpiła wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników prof. Ewa Barcz, która powiedziała, że Polska ma jeden z najlepszych systemów opieki nad kobietą w ciąży, a zamykanie oddziałów z małą liczbą narodzin (poniżej czterystu rocznie) służy poprawie bezpieczeństwa pacjentek, gdyż lekarze muszą mieć zachowaną ciągłość praktyki. – Czy któraś z pacjentek w sposób świadomy poszłaby rodzić do kogoś, kto widzi poród raz na tydzień? – pytała. W jej ocenie kobiety decydują o zamykaniu porodówek swoimi decyzjami, wybierając konkretne szpitale – często zaraz po tym, jak potwierdzą ciążę. Zdecydowanie podkreśliła, że na razie nie ma danych, które wskazywałyby na zwiększenie liczby kobiet, które do szpitala zgłaszają się już w trakcie porodu (poza incydentami, które mogą zdarzyć się zawsze). Ekspertka przyznała, że niektóre szpitale oferują kobietom w powikłanej ciąży możliwość skorzystania z hotelu przy szpitalu, ale same kobiety raczej rzadko z tego korzystają.
Podczas dyskusji podkreślono również, że tzw. pokoje narodzin nie będą wyrastać jak „grzyby po deszczu” (wręcz złożono, że powstanie ich poniżej dziesięciu w skali kraju), a ich tworzenie mają opiniować konsultanci wojewódzcy. – Ocenią oni, czy warunki geograficzne i mapa potrzeb w województwie uzasadnia zakontraktowanie takiego nowego świadczenia u świadczeniodawcy, który chciałby, likwidując oddział ginekologiczny, takie świadczenie wprowadzić – powiedziała wicedyrektorka departamentu. Warunki geograficzne to przede wszystkim odległość od szpitala likwidującego porodówkę do innego, posiadającego oddział położniczy, powyżej 25 kilometrów.
Taka odległość została ustalona na podstawie opinii konsultanta krajowego i w oparciu o mapy rozmieszczenia oddziałów ginekologiczno-położniczych oraz realizacji świadczeń opieki zdrowotnej. – Ponadto braliśmy pod uwagę rekomendacje Światowej Organizacja Zdrowia, która określa, że czas dojazdu do najbliższego oddziału położniczo-ginekologicznego nie powinien przekraczać 40 minut, co odpowiada właśnie 25 km przyjętym w rozporządzeniu – mówiła Janiszewska-Kajka.