Ministerstwo Zdrowia chciałoby zmienić ustawę o wynagrodzeniach minimalnych, ale działania, jakie podejmuje w tym kierunku, nie budzą wiary w sukces nawet wśród największych zwolenników zatrzymania podwyżek w ochronie zdrowia. Zapewne dlatego, że na razie chęci to ciągle jedynie słowa.
Rozmowy przedstawicieli MZ z prezesami OIL, przedstawicielami NRL, PR OZZL oraz środowisk studenckich, 13 lutego 2026 r. Fot. MZ
Największe wyzwanie. Wynagrodzenia. 18 lutego rozmowy (kolejne) w sprawie nowelizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia. W kuluarowych dyskusjach z najbardziej zainteresowanymi stronami – środowiskami pracowników, pracodawcami, ekspertami doradzającymi obu stronom – dominuje brak wiary, że do jakiejkolwiek nowelizacji dojdzie. Rozmówcy wskazują jako koronny argument kalendarz: luty już się (niemal) kończy, GUS właśnie podał wysokość ubiegłorocznej średniej krajowej, więc pracownicy zobaczyli czarno na białym, ile im się będzie „należało” od lipca. Trudniej nie dać czegoś już tak mocno zwizualizowanego, jak opublikowane stawki minimalnych wynagrodzeń, nawet jeśli media uczciwie zaznaczają, że Ministerstwo Zdrowia chce zmienić przepisy tak, by „należało” oznaczało już czas przeszły dokonany. I się nie należało.
Sceptycy – wśród nich samorządowcy, dyrektorzy szpitali samorządowych – nie wierzą w ten scenariusz, argumentując, że mało forsowne tempo prac nad zmianami legislacyjnymi świadczy o braku woli. To możliwe, choć w grę wchodzi też brak umiejętności przełożenia woli na czyn. Niekoniecznie chodzi tu o przygotowanie projektu ustawy (bo jego, przynajmniej na razie, nie ma), ale przygotowanie gruntu pod proces legislacyjny, co oznacza ni mniej, ni więcej, tylko zapewnienie ustawie większości. Z Sejmu docierają sygnały, że takowej może nie być (czy też, z dużym prawdopodobieństwem, nie będzie, bo nie wszystkie kluby rządzącej koalicji chcą „bawić się zapałkami”, prowokować protesty i demonstracje pod Sejmem i to mając perspektywę prezydenckiego sprzeciwu).
Ale MZ robi dobrą minę do gry (złej, dobrej, neutralnej, wszystko zależy od oceniającego). Miniony tydzień zdominował festiwal zapowiedzi dotyczących przede wszystkim konieczności przesunięcia terminu podwyżek z lipca na styczeń (o tym, że podwyżki zamieniłyby się w waloryzację, było już trochę ciszej). Wnikliwa analiza artykułów i wywiadów pozwoliła jednak stwierdzić, ponad wszelką wątpliwość, że MZ nie ma do powiedzenia nic nowego.
Choć – przy różnych okazjach – nowe wątki, choćby w sprawie owej zmiany terminów, jak najbardziej się pojawiały. W styczniu przedstawiciele strony samorządowej podczas jednej z dyskusji przypominali, że ustawa budżetowa zwykle wchodzi w życie w styczniu (choćby w tym roku prezydent podpisał ustawę 19 stycznia), tymczasem cała operacja podwyżkowa w ochronie zdrowia trwa dobrych kilka miesięcy. Nie ma przecież żadnego funduszu płac, który można automatycznie zwaloryzować o określony w projekcie wskaźnik. AOTMiT i tak musi dokonać retaryfikacji świadczeń, więc nawet sensowne byłoby utrzymanie lipcowego terminu, chyba że… Chyba że do ustawy o minimalnym wynagrodzeniu wpisano by wskaźnik waloryzacji z roku poprzedniego. Takie nowe n-1. Oczywiście w przypadku ustabilizowanego poziomu inflacji to nie ma większego znaczenia, natomiast znaczenie ma to, czy decydenci mają świadomość, co dokładnie proponują i za co biorą odpowiedzialność.
Minister zdrowia mówi, że część strony społecznej popiera zmiany proponowane przez resort, ale nawet nie ukrywa, że ma na myśli szpitale powiatowe, które – podobnie jak powiaty – wręcz żądają nie tyle zmian, co zatrzymania ustawy podwyżkowej. Nie wierząc, jak się wydaje, że to żądanie zostanie zrealizowane. Wydaje się, że szpitale muszą się wręcz liczyć z innym scenariuszem – brak nowelizacji ustawy nie będzie oznaczać, że z NFZ popłyną środki na taki wariant realizacji ustawy, jaki był „ćwiczony” w ostatnich latach. Ministerstwo może sięgnąć po wariant minimalny, znacząco tańszy (o mniej więcej połowę). To też najprostsza recepta na wymuszenie ruchów konsolidacyjnych po stronie placówek, bo znaczącej części z nich nie będzie stać na zachowanie zasobów kadrowych.
Największy brak zaskoczenia. W MZ o kształceniu (i nie tylko). Była „Gra o tron”, jest „gra o staż”. Podyplomowy. 13 stycznia w piątek, zgodnie z zapowiedziami, podczas spotkania w Ministerstwie Zdrowia i dyskusji nad zmianami w ustawie o zawodach lekarza i lekarza dentysty (katalog zmian jest dość szeroki, omówiono tylko wybrane punkty, ale ciekawe jest też to, czego w propozycjach resortu nie ma) rektorzy reprezentujący KRAUM poparli ministerialne plany skrócenia stażu podyplomowego (docelowo być może jego likwidacji). I bez żadnych zaskoczeń praktycznie wszyscy, poza stroną ministerialno-rektorską, byli temu rozwiązaniu przeciwni, na czele z przedstawicielami studentów medycyny.
Sednem sporu są standardy kształcenia na kierunkach lekarskich. Warto przypomnieć, bo pamięć jest ulotna, że ten spór nie zaczął się ani w tym tygodniu, ani w ostatnich miesiącach, ale rozgorzał dobrych kilka lat temu, gdy ówczesny rząd postanowił zejść ze standardami bardzo, bardzo nisko, umożliwiając masowe otwieranie kierunków lekarskich szkołom, które stawianych uczelniom akademickim wymogów spełnić po prostu nie mogły. A gdy uczelnie akademickie po długim i bardzo słyszalnym milczeniu latem 2023 roku zabrały głos w sprawie, przedstawiając swoje propozycje dotyczące standardów kształcenia, zostały potraktowane przez przedstawicieli ówczesnego rządu w sposób co najwyżej protekcjonalny. I owszem, kilka miesięcy późnej głos KRAUM w sprawie przywrócenia rangi kształcenia przyszłych lekarzy był już całkiem mocno słyszalny (choć znów, szybko ucichł, gdy w oczy zaczął kłuć brak politycznej woli po stronie decydentów). Warunki i standardy kształcenia są, mówiąc oględnie, jak pokazały opublikowane w minionym tygodniu wyniki badania przeprowadzonego przez Naczelną Izbę Lekarską, mocno zróżnicowane. W tych okolicznościach zarówno przeprowadzanie zmian w stażu, jak i popieranie tych zmian, wydają się działaniami obarczonymi dużym ryzykiem błędu.
A jakich propozycji proponowana nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty nie zawiera? Ministerstwo Zdrowia sygnalizowało jakiś czas temu chęć i potrzebę wycofania się – przynajmniej częściowo – ze zmian wprowadzonych do ustawy pod koniec 2022 roku, które przeniosły obowiązek finansowania lwiej części zadań z budżetu MZ do NFZ (na przykład ratownictwo medyczne czy program bezpłatnych leków). Mowa była przede wszystkim o ratownictwie medycznym. Ale wokół tego tematu, jak wynika z naszych ustaleń, panuje – przynajmniej w tej chwili – cisza.
Największy znak zapytania. Izby wytrzeźwień. Samorządy powinny mieć obowiązek prowadzić izby wytrzeźwień, na przykład w ramach porozumień między kilkoma gminami czy powiatami. Izby wytrzeźwień to relikt poprzedniego systemu, jest wiele krajów, w których takie instytucje nie występują. Gdyby izby wytrzeźwień nie musiały zatrudniać lekarzy, problemy byłyby mniejsze, bo koszt obsady lekarskiej pochłania znaczącą część budżetu. W izbach wytrzeźwień lekarze są niezbędni, bo tylko lekarz może np. decydować o dłuższym niż cztery godziny unieruchomieniu pacjenta. Koszty utrzymania izb wytrzeźwień powinny obciążać budżet państwa i budżety samorządów, bo do nich trafiają środki ze sprzedaży alkoholu. Skoro mówimy o chorobie alkoholowej, to przynajmniej część wydatków powinien pokrywać NFZ. Izby wytrzeźwień powinny powstawać nieopodal SOR-ów, aby była możliwa szybka interwencja medyczna.
Dyskusja podczas posiedzenia Komisji Zdrowia, w której uczestniczyli m.in. przedstawiciele policji, ale też samorządowcy i lekarze, dowiodła jednego: jest problem i nie ma żadnego pomysłu, jak go rozwiązać. Izby wytrzeźwień znikają z mapy kraju, a osoby będące pod wyraźnym wpływem alkoholu trafiają w wielu regionach Polski tam, gdzie trafiać nie powinny: na SOR-y, gdzie co najmniej dezorganizują pracę personelu medycznego i opiekę nad innymi pacjentami, na izby przyjęć szpitali psychiatrycznych, gdzie w ogóle nie ma warunków, by udzielać im pomocy, jeśli zatrucie alkoholem będzie bezpośrednio zagrażać ich zdrowiu i życiu, bądź na policyjne „dołki”, gdzie nie ma mowy o żadnej pomocy medycznej. Wielowątkowa i burzliwa dyskusja prowadziła donikąd, poza ogólnym wnioskiem: – Tak dalej być nie może.
Najbardziej zdecydowanie wybrzmiewał postulat dotyczący zobligowania samorządów (oczywiście po wyposażeniu ich w narzędzia i przynajmniej częściowo w finanse) do prowadzenia takich instytucji. Najmniej realnie ten dotyczący konieczności zmian w kulturze spożywania (czy też niespożywania) alkoholu. Fakt, że problem – a raczej sposób jego rozwiązania – powinien być dookreślony na styku dwóch resortów (zdrowia i spraw wewnętrznych), przy głębokim zaangażowaniu strony samorządowej, też nie wróży najlepiej. Klasyczna pułapka silosowości. Plus, oczywiście, pieniądze.