W Sejmie odbyło się kolejne już spotkanie, organizowane przez wicemarszałek Monikę Wielichowską, tym razem poświęcone profilaktyce nowotworów, konkretnie – poszukiwaniu odpowiedzi, jak zwiększyć zgłaszalność na badania.

Fot. Bartosz Nehring / Kancelaria Sejmu
Wiceprezes Narodowego Funduszu Zdrowia Marek Augustyn zaznaczył, że nikogo nie trzeba przekonywać, jak ważna jest profilaktyka. – Ten czas się skończył. Teraz jest pora na konkretne działania – wskazał, przywołując dane.
– One dają jasną odpowiedź, że warto inwestować w profilaktykę. Dla przykładu, koszt świadczeń związanych z leczeniem nowotworu złośliwego piersi (C50) w 2025 r. wyniósł 4 miliardy 150 milionów złotych. Natomiast wartość umów na program profilaktyki raka piersi to 193 miliony złotych – w 2021 roku. Okazuje się, że ponad 50 proc. pacjentek zdiagnozowanych w stadium zerowym i pierwszym skorzystało z programu profilaktycznego w okresie czterech lat przed diagnozą, a w stadium czwartym – tylko 13 proc. przez cztery lata – podkreślił wiceprezes. – Przyjmując za 100 proc. koszt leczenia pacjentki w stopniu zerowym (carcinoma in situ, rak przedinwazyjny), koszty świadczeń związanych z rozpoznaniem nowotworu piersi w okresie pierwszego roku od rozpoznania są o 44 proc. wyższe w stopniu pierwszym, o 94 proc. – w stopniu drugim i aż o 129 proc. – w stopniu trzecim oraz o 118 proc. – w stopniu czwartym – mówił. Podobne dane przedstawił dla raka jelita grubego i raka szyjki macicy, czyli nowotworów, dla których funkcjonują populacyjne programy profilaktyczne.
Chodzi o to, by dzięki badaniom rosła grupa osób, u których nowotwory wykrywa się wcześnie. – Mamy wskazane już bardzo konkretne rozwiązania – mówił wiceprezes Marek Augustyn. – Oczywiście ważna jest w tym zakresie zarówno współpraca, jak i nasza dobra wola. Niestety nie obejdzie się też bez pewnych legislacyjnych działań, szczególnie jeśli chodzi o administrowanie danymi, tak naprawdę w dobrym celu. Mówimy bowiem o zdrowiu i życiu Polaków. Obecna ustawa nam tego nie ułatwia. Nie twierdzę, że powinniśmy łamać jej zapisy, ale na pewno określone zabiegi legislacyjne mogłyby ułatwić nam wymianę i administrowanie danymi, którymi przecież dysponujemy – podsumował. W Polsce ciągle problemem jest RODO, choć – jak wskazywano podczas dyskusji – w innych krajach UE identyczne przepisy wcale nie utrudniają prowadzenia efektywnych programów profilaktycznych.
Jak podkreślał prof. Jarosław Reguła, w projektowaniu rozwiązań nie można się kierować własnymi pomysłami czy intuicją, bo są już badania naukowe i dowody, co działa najlepiej (i co w ogóle działa). Imienne zaproszenia działają, a żeby działały optymalnie, zaproszenie nie tylko musi zawierać precyzyjne wskazówki – miejsce i datę badania, ale też określać tę datę na „za ok. 6 tygodni”. Sprawdzono, że dokładnie taki przedział czasowy daje najwyższe wskaźniki zgłaszalności.
Ekspert zwracał również uwagę, że zaproszenia są niezbędne do uzyskania efektu populacyjnego, gdyż osoby, które zgłaszają się „same z siebie”, zwykle mają mniejsze ryzyko zachorowania – należą bowiem do grup, które bardziej dbają o zdrowie (lepsza dieta, aktywność fizyczna, ograniczanie używek wynikają ze świadomości zdrowotnej, która manifestuje się również w pilnowaniu badań kontrolnych). W ich przypadku efekt badań przesiewowych jest minimalny. – Zaproszenie ma za zadanie wyciągnąć skutecznie tych, którzy nie dbają o swoje zdrowie. Wtedy osiągniemy efekt populacyjny – tłumaczył.
O sukcesie mogą decydować „drobiazgi”. Są dowody, że podpis lekarza rodzinnego pod zaproszeniem zwiększa poziom zgłaszalności. Ale z kolei dopisek, w przypadku kolonoskopii, że pacjent może wybrać płeć przeprowadzającego badanie, odstraszył adresatów i zgłaszalność spadła.
Przywrócenie imiennych zaproszeń, które zniknęły niemal dekadę temu, stało się jednym z głównych postulatów ekspertów w kontekście badań przesiewowych. Nie brakowało jednak też innych, choćby dotyczących fundamentalnej kwestii zbierania i przetwarzania informacji. Zwracano uwagę, że np. badania przesiewowe w kierunku raka szyjki macicy nie uwzględniają danych o kobietach, które regularnie wykonują cytologię w gabinetach prywatnych lekarzy, bo cały czas raportowanie zdarzeń medycznych jest przepisem martwym.
Andrzej Sarnowski z Centrum e-Zdrowia mówił o trzech kanałach docierania do pacjentów: SMS-y, e-maile oraz pushe do pacjentów mających IKP lub mojeIKP, którzy wyrazili zgodę na wysyłanie im takich wiadomości. Liczba aktywnych kont pacjenta to ponad 20 mln, a liczba aktywnych osób korzystających z aplikacji to ponad 4,4 mln. Wysyłki wiadomości realizowane przez CeZ i dotyczących m.in. programu Moje Zdrowie czy cytologii, przekładały się na wyższą zgłaszalność. Wyjaśnił, że np. w przypadku mammografii skuteczne okazały się powiadomienia, gdzie za pomocą jednego kliknięcia pacjentki mogły przejść do e-rejestracji i od razu zapisać się na badanie.
Łukasz Sosnowski, dyrektor departamentu e-zdrowia w Ministerstwie Zdrowia podkreślał potencjał centralnej e-rejestracji, która ułatwiła zapisywanie się na badania cytologiczne i mammograficzne. – Z cytologii w ramach centralnej e-rejestracji skorzystało 11,5 tys. pacjentów, a z mammografii – 391 tys. pacjentów. Mamy aż 237 tys. wolnych terminów na cytologię i 440 tys. na mammografię w zakresie najbliższych 90 dni – podał.
Ważnym wątkiem dyskusji była rola POZ w profilaktyce onkologicznej. Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec na podstawie sygnałów od pacjentów, ale również posiłkując się własnymi doświadczeniami, zwracał uwagę na brak aktywnej działalności i zachęcania w zakresie profilaktyki ze strony podstawowej opieki zdrowotnej. Chmielowiec, który – jak mówił – sam od kilku lat jest pacjentem onkologicznym, przyznał, że choć w zakresie obowiązków pielęgniarki POZ jest profilaktyka, osobiście nie doświadczył żadnej aktywności ze strony swojej poradni w tym zakresie.
RPP wskazywał też na realny problem wykluczenia komunikacyjnego, dotkliwy zwłaszcza dla samotnych kobiet, żyjących w mniejszych ośrodkach i na wsiach. W jego ocenie do działań profilaktycznych powinny być zachęcane również organizacje działające lokalnie, np. koła gospodyń wiejskich. Powinna być też wzmocniona, z czym zgadzali się eksperci, rola pracodawców i lekarzy medycyny pracy. Z jednej strony chodzi o to, by lekarz wykorzystał możliwość rozmowy ze zgłaszającym się pracownikiem i wskazał potrzebę wykonania badań, ale też – by miał możliwość od razu zapisania go na takie badanie.