Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Liczby porządkują świat, również w czasie kryzysu. Czy poradzą sobie, od największej do najmniejszej, z oddaniem tego, który trawi nie tylko system, ale też komunikację, a nawet – nas, jako społeczeństwo?


Fot. MZ

  • Jeśli nie dojdzie do porozumienia, fundusze na podwyżki dla medyków „będą musiały się znaleźć”
  • MZ prawdopodobnie funduje sobie kolejną odsłonę „wojny o porodówki”, czyli komunikacyjny armagedon, bo granica 700 porodów to bardzo, bardzo dużo
  • Ważnym elementem edukacji zdrowotnej jest komponent zdrowia psychicznego, w który wpisuje się też higiena cyfrowa i budowanie odporności psychicznej

Największy brak zaskoczenia. 4,5 mld (złotych). Jeśli nie dojdzie do porozumienia, fundusze na podwyżki dla medyków „będą musiały się znaleźć”. W drugim półroczu 2026 roku oznacza to koszt 4,5 mld zł. W piątek minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda na antenie Radia Zet przecięła spekulacje w sprawie ustawy podwyżkowej, potwierdzając to, o czym pisaliśmy choćby w ostatnim „Studium kryzysu”: resort ma „plan B” na wypadek fiaska przy próbie nowelizacji ustawy podwyżkowej. Ten plan to realizacja jej w minimalnym wariancie (stąd koszt roczny 9 mld zł, półroczny – 4,5 mld zł). Płatnik „dołożyłby” świadczeniodawcom środki na podwyżki do poziomu minimalnych wynagrodzeń wynikających z ustawy, wyłącznie dla pracowników etatowych.

Wariant minimalny był od początku realizacji znowelizowanej ustawy (czyli od 2022 roku) przedstawiany kolejnym ministrom, ale w latach 2022-2024 ministrowie wybierali prosty wariant maksymalny (podwyższenie wycen tak, by dyrektorzy mogli zwiększać wynagrodzenia dla wszystkich pracowników, również kontraktowych), zaś w 2025 roku wybrano wariant pośredni, ale z lekkim wskazaniem na maksymalny (mówiąc oczywiście w dużym uproszczeniu). Tak czy inaczej, do świadczeniodawców płynęły dwa razy większe pieniądze niż te, o których w tej chwili mówi minister zdrowia.

Jolanta Sobierańska-Grenda podkreśla przy tym, że budżet NFZ jest „rekordowy” – 217 mld zł – i jest w stanie takie obciążenie udźwignąć, choć oczywiście byłoby lepiej, gdyby nie musiał. Gdyby udało się skłonić związkowców do porozumienia, uzgodnić większość w parlamencie dla poparcia ustawy i uzyskać podpis prezydenta. To brzmi jednak jak bardzo ambitny plan, począwszy już od pierwszego punktu. Powiedzieć, że piętrzą się trudności, to nie powiedzieć nic: kilkugodzinne rozmowy w minioną środę nawet nie zahaczyły o temat zmian w ustawie podwyżkowej.

Narrację szefowej resortu zdrowia bez wątpienia można uznać za zdroworozsądkową, zwłaszcza że Jolanta Sobierańska-Grenda w radiowej rozmowie wskazała jeszcze jeden istotny trop: realizacja ustawy podwyżkowej w 2026 roku w takim wariancie może być ważnym czynnikiem przyspieszającym konsolidację oddziałów i szpitali. Mówiąc mniej dyplomatycznie: część placówek po prostu przegra wyścig o kadry. – Dzisiaj odbywa się spotkanie z marszałkami województw w centrali NFZ-u. Będziemy rozmawiali o ich planach na konsolidację, na zmianę profili tak, żeby je dostosować do potrzeb pacjentów i mieszkańców. Więc to nie jest tylko jeden wątek podwyżkowy. Nie chciałabym, żebyśmy tylko podwyżkami obciążali tę sytuację – dodała jednak, nawiązując do spotkania w centrali NFZ, po którym, spotykając się z dziennikarzami, ogłosiła, że już w tej chwili MZ zasili Fundusz 4 mld zł na zapłatę nadwykonań w 2025 roku.

Tyle minister zdrowia. Odpowiedzialna za rozmowy w Zespole Trójstronnym wiceminister Katarzyna Kęcka zapowiada, że mimo gry na czas, jaką (z sukcesem) uprawiają związkowcy, przepisy ustawy podwyżkowej zostaną zmienione przed 1 lipca.

Największy znak zapytania. Siedemset. „Chcemy, aby na oddziałach położniczych przyjmowano minimum dwa porody dziennie, czyli ponad siedemset rocznie. Wtedy personel nie traci swoich umiejętności zawodowych” – mówił w minionym tygodniu wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski, zapowiadając w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że za kilka miesięcy resort przedstawi spójną koncepcję opieki położniczej z bezpieczną siecią oddziałów, na których będą rodzić Polki. – W miejscach, gdzie nie ma takich oddziałów, powinny działać poradnie ginekologiczne, które będą sprawować opiekę nad kobietą ciężarną i prowadzić diagnostykę prenatalną po to, żeby wyłapać problemy i skierować pacjentki do opieki ambulatoryjnej w trakcie ciąży i pod opiekę do szpitala o odpowiednim stopniu referencyjności. Tam powinien być planowany poród. Natomiast w przypadku ciąży fizjologicznej o prawidłowym przebiegu kobieta powinna trafiać do szpitala wskazanego w danej okolicy bądź wybranego przez nią – bo teraz panie same wybierają sobie miejsce do porodu, gdzie spodziewają się najlepszej opieki. I chodzi o to, żeby takie szpitale były szpitalami bezpiecznymi.

Trudno się nie zgodzić, ale jeszcze trudniej nie zauważyć, że MZ prawdopodobnie funduje sobie kolejną odsłonę „wojny o porodówki”, czyli komunikacyjny armagedon, bo granica 700 porodów to bardzo, bardzo dużo. Odwołując się do bazy danych NFZ na temat liczby porodów z 2023 roku (już oczywiście nieaktualnej) – tego limitu nie osiągnęło około dwieście porodówek (z tej liczby ponad połowa nie osiągnęła nawet granicy 400 porodów, wyznaczonej jako absolutne minimum jeszcze w 2022 roku). Można się też zastanawiać, patrząc na liczbę porodów w ogóle, czy uzasadniony jest taki sam limit dla województw o bardzo różnej liczbie ludności, nie wchodząc w takie szczegóły, jak zróżnicowanie geograficzne kraju. A to przecież tylko najbardziej podstawowe zmienne, nad którymi warto się zatrzymać.

Ministerstwo Zdrowia merytorycznie ma rację, ale w konfrontacji z uproszczeniami, do jakich są skłonni politycy szczebla centralnego (i nie tylko), może boleśnie przegrać. Zwłaszcza że trudno z jednej strony przekonywać, że o zamykaniu porodówek czy innych oddziałów decydować mogą tylko władze lokalnych czy regionalnych samorządów, a z drugiej strony, jednoczasowo informować o trwających pracach nad „bezpieczną siecią oddziałów”. Spójność przekazu jest jednym z warunków jej wiarygodności, w konsekwencji – zaufania.

Warte odnotowania. Trzy+. Konkretnie, trzy medale olimpijskie (w skokach narciarskich) plus hejt. Podczas nadchodzącego posiedzenia Sejmu w komisjach odbędą się ważne dyskusje na tematy związane z szeroko rozumianymi zagadnieniami zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży (w kontekście zagrożeń cyfrowych) oraz – to już inne posiedzenie – przemocy rówieśniczej. Powodów, dla których nie tylko warto, ale trzeba poświęcać czas tym problemom, jest wiele – a jednym z nich bez wątpienia jest niepokojący raport na temat samobójstw i prób samobójczych w tej grupie wiekowej – jedną z alarmujących danych jest duży wzrost liczby samobójstw w grupie dziewcząt.

Istotnym przyczynkiem do tych dyskusji i prób znalezienia odpowiedzi na pytanie, co wpływa na pogarszanie się zdrowia psychicznego młodych osób, mogą być zdarzenia z kończących się właśnie igrzysk olimpijskich, konkretnie zaś to, z czym spotkali się reprezentanci Polski, których poza uprawianą dyscypliną (skoki narciarskie) połączył wiek (19 lat) i hejt, jaki się na nich wylał w internecie, w mediach społecznościowych. Pola Bełtowska, kombinatorka norweska, która wystartowała w drużynie mixtów, „oberwała”, bo polska drużyna nie awansowała nawet do drugiej z trzech serii. To, co ujawniła, wstrząsnęło sportowcami nie tylko (i nawet nie przede wszystkim) z Polski, zawodniczka dostała wiele słów i gestów wsparcia. Kacper Tomasiak, który z igrzysk wrócił jako multimedalista, też rozwścieczył hejterów, nie ukrywając swojego przywiązania do wiary. Wniosek jest prosty i oczywisty: przyczyna hejtu leży tylko po stronie hejtera, nie zaś tego, który jest celem ataku. Nieważne miejsce – pod koniec stawki czy na podium – hejter potrafi.

Jeden z ważniejszych głosów w dyskusji należy do Justyny Kowalczyk: legenda polskich sportów zimowych zwróciła uwagę, jak ważne jest nie tylko odpowiednie przygotowanie psychiczne młodych sportowców, ale i przekazanie im podstawowej zasady unikania mediów społecznościowych w newralgicznych momentach startów czy wielkich sportowych imprez. Oczywiście, higiena cyfrowa dla osób z pokolenia doświadczonej sportsmenki jest czymś innym niż dla sportowców, którzy karierę dopiero rozpoczynają, inne są realia życia cyfrowego, ale pewne prawdy są uniwersalne (zresztą sam Kacper Tomasiak przyznawał, że nie śledził mediów społecznościowych po swoim pierwszym medalu i pozostaje mu życzyć, by z tego podejścia nie rezygnował).

Ale z hejtem – na swoją, co nie znaczy mniej dotkliwą – skalę mierzą się przecież nie tylko młodzi sportowcy, to problem pokoleniowy. Ważnym elementem edukacji zdrowotnej (MEN potwierdziło w minionym tygodniu, że do końca marca zostanie ogłoszona decyzja w sprawie losów przedmiotu od kolejnego roku szkolnego i wszystko zmierza w kierunku zajęć obowiązkowych po zmianie podstawy programowej) jest komponent zdrowia psychicznego, w który wpisuje się też higiena cyfrowa i budowanie odporności psychicznej.

Bo pomysłów na skuteczną walkę z rakiem hejtu, przynajmniej na razie, brak. Czy to wymierzonego w sportowców, czy w medyków, czy w jakąkolwiek inną grupę społeczną lub zawodową.

22.02.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.