Ustawa spełniła swoją rolę, a dziś jej skutki są negatywne dla całego systemu. Nie ma czasu na nieśmiałość i obawę, że narazimy się jakiejś grupie interesów – mówił w ostatnich dniach prezes NFZ Filip Nowak. Politycy potrafią być brawurowi tylko wtedy, gdy przychodzi do rozdawania publicznych pieniędzy.
Fot. Włodzimierz Wasyluk dla mp.pl
Zamiast wstępu. In vitro. Niekwestionowany, choć złośliwi powiedzą, że jedyny wymierny, a ci najzłośliwsi – że jedyny, sukces obecnego rządu w obszarze ochrony zdrowia, czyli program finansowania in vitro, dzięki któremu na świat przyszło już ok. 10,5 tys. dzieci, znalazł się na mieliźnie. Czy też może raczej, został na nią wepchnięty: choć budżet na in vitro jest przyznany, dopiero 26 lutego ośrodki dowiedziały się, na jakie pieniądze w tym roku mogą liczyć (są też wokół tego kontrowersje, niektóre otrzymają mniej niż rok wcześniej), oczywiście umów jeszcze nie ma, więc konieczne jest albo wstrzymanie przyjęć albo kredytowanie procedur.
O tym, że finansowanie programu może rodzić napięcia, mówiono pod koniec stycznia na posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia. – Program okazał się bardzo dużym sukcesem – podkreślała Katarzyna Kozioł z Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii. – Urodziło się blisko 10 tys. dzieci, natomiast zapotrzebowanie jest znacznie większe i przekracza nasze możliwości budżetowe. Wydawało się, że 500 mln zł w pierwszym i 600 mln zł w drugim roku to są duże pieniądze, ale okazało się, że zapotrzebowanie jest znacznie większe. Pary ustawiają się w kolejce, niektóre są w zaawansowanym wieku produkcyjnym – wskazała. Eksperci i przedstawiciele strony społecznej zgłaszali postulat zwiększenia finansowania do 800 mln zł rocznie. – Mamy pewne ograniczenia budżetowe, decyzje będziemy dopiero podejmować – odpowiadał wiceminister Tomasz Maciejewski. – Mam nadzieję, że przeznaczymy na ten cel środki nie mniejsze niż w tym roku. Czyli – być może uda się wygospodarować dodatkowe 100 mln zł, ale pewności nie ma.
Największy brak zaskoczenia. Komunikacja. Jak informował w ostatnich dniach „Rynek Zdrowia”, zamieszanie wokół finansowania rządowego programu in vitro było jednym z powodów rezygnacji 26 lutego ze stanowiska dyrektorki Departamentu Równości w Zdrowiu Dagmary Korbasińskiej-Chwedczuk. – Po rozmowie z dyrektorem generalnym złożyłam dziś rezygnację. Podjęłam taką decyzję ze względu na trudności komunikacyjne z nadzorującym ministrem, które uniemożliwiały właściwe wykonywanie obowiązków – cytował wypowiedź urzędniczki branżowy portal. Nadzór nad departamentem sprawuje wiceminister Katarzyna Kęcka.
Na kryzys wizerunkowy ministerstwo zareagowało… książkowo (zakładając, że sięgnięto po podręcznik propagandy i nowomowy z lat słusznie minionych). – Program jest stabilny, finansowanie zabezpieczone, a jego nadrzędnym celem pozostaje jedno: realne wsparcie par w drodze do rodzicielstwa oraz poczucie bezpieczeństwa przyszłych rodziców – głosi komunikat resortu. Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej.
Warto jednak pamiętać, że nie jest to bynajmniej jedyne wygenerowane w ostatnich tygodniach (miesiącach) przez resort zdrowia, w obszarze nadzorowanym przez wiceminister Kęcką, „zamieszanie”, ocierające się o skandal. Ten sam departament prowadził również sprawę pilotażu rozszerzenia programu przesiewowego noworodków, która wygenerowała problem ze szczepieniami przeciw gruźlicy oraz doprowadziła do odwołania wieloletniej konsultant krajowej w dziedzinie neonatologii, prof. Ewy Helwich. W tej chwili trwa naprawianie wyrządzonych szkód i wprowadzanie przygotowanych w pośpiechu mechanizmów pomostowych, umożliwiających szczepienie tych dzieci, które opuściły oddział noworodkowy bez obowiązkowego szczepienia. Tam też sytuacja była jasna – nie jeden, a cały ciąg błędów komunikacyjnych, za które odpowiedzialność ponosi oczywiście Ministerstwo Zdrowia.
Przykład z innego obszaru merytorycznego: ministerstwo chce zmian w ustawie o zawodach lekarza i lekarza dentysty, dotykających mocno kształcenia lekarzy. Po spotkaniu, które odbyło się 13 lutego, resort zapowiedział na 27 lutego spotkanie z przedstawicielami młodych lekarzy i studentów kierunków lekarskich. Strona społeczna się przygotowała, spotkanie w ostatniej chwili odwołano, bez wyjaśnień. W toku są rozmowy ze stroną społeczną na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, które mogłyby posłużyć jako kanwa dramatu psychologicznego z elementami farsy, gdyby znalazł się odpowiedni wizjoner (następca Stanisława Barei, najlepiej). Te nitki skupiają się przy tym w jednym ręku.
Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o komunikację. W ostatnich dniach lutego ze stanowiska dyrektora Biura Komunikacji został odwołany Jakub Gołąb, który do resortu zdrowia wrócił (wcześniej był rzecznikiem prasowym i zastępcą dyrektora Biura Komunikacji za czasów Izabeli Leszczyny) na zaproszenie Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Jednego z najbardziej doświadczonych w obszarze ochrony zdrowia specjalistów od komunikacji (rzecznikiem prasowym resortu zdrowia był po raz trzeci, długo pracował też w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta) resort „wymienia” na – jak głosi stugębna plotka oparta na faktach – duet: Katarzyna Kopeć-Ziemczyk (odpowiadała za komunikację w Polskiej Agencji Antydopingowej; w Biurze Komunikacji MZ od niedawna jest zastępcą dyrektora i wskazywana jest jako naturalna następna dyrektorka tej komórki) i Anna Choszcz-Sendrowska (rzeczniczka Lasów Państwowych, obecnie pracująca w Departamencie Edukacji i Promocji Zdrowia, wymieniana jako potencjalna rzeczniczka resortu). Obu nie można odmówić doświadczenia w PR, doświadczenie w obszarze ochrony zdrowia mają niezbyt duże. To ciekawy eksperyment, zważywszy na skalę napięć i intensywność zainteresowania mediów. Oczywiście można założyć, że w obecnych czasach liczy się przede wszystkim PR, a więc to, JAK się mówi. Jednak ciągle nie bez znaczenia pozostaje, CO się ma do powiedzenia. I czy cokolwiek.
Największe wyzwanie. Dezinformacja. Podkomisja ds. zdrowia publicznego pochyliła się w minionym tygodniu nad informacją Ministerstwa Zdrowia w sprawie dezinformacji w obszarze zdrowotnym i medycznym. Temat rzeka, oczekiwania były ogromne i takie samo mogło być też rozczarowanie, bo, mówiąc najbardziej oględnie, nie powiedziano nic przełomowego. Może najbardziej dosadnie wybrzmiał głos przedstawicielki środowiska pacjentów: Dorota Korycińska, prezes Ogólnopolskiej Federacji Onkologicznej oraz Stowarzyszenia Neurofibromatozy Polska, komentując wypowiedzi strony rządowej, oceniła, że w tej chwili trudno mówić o jakiejkolwiek spójnej strategii walki z dezinformacją medyczną. Wytknęła też samorządowi lekarskiemu opieszałość w zwalczaniu szczególnie groźnego rodzaju, czyli dezinformacji szerzonej przez lekarzy posiadających prawo wykonywania zawodu.
Dezinformacja cały czas mocno się trzyma zresztą w samym Sejmie. Włodzimierz Czarzasty, mimo kierowanych do niego apeli, na razie nie podjął żadnych działań, które mogłyby położyć kres szerzeniu antynaukowych treści, na przykład na posiedzeniach zespołów parlamentarnych.
Największy znak zapytania. Protest szpitali. 3 marca pod Ministerstwem Zdrowia będą manifestować dyrektorzy szpitali powiatowych i samorządowcy. Samorząd lekarski wspiera protest, zwracając uwagę na jeden z jego aspektów, czyli realne zagrożenie „dziką konsolidacją”. Lwia część związków zawodowych i środowisk pracowniczych zachowa jednak dystans (i – jak mówią – siły na prawdziwą akcję protestacyjną). Powód jest oczywisty: szpitale i zwłaszcza Związek Powiatów Polskich ratunku upatrują (między innymi, choć nie wyłącznie) w zmianach w ustawie o wynagrodzeniu minimalnym pracowników ochrony zdrowa, do wygaszenia włącznie.
Protest 3 marca z dużym prawdopodobieństwem niczego nie zmieni, stanowiska wszystkich stron zostały już wielokrotnie przedstawione i opisane. – Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu to obszar, nad którym trzeba dyskutować. Jak najszybciej trzeba zlikwidować skutki finansowe tej ustawy, które przechodzą na świadczeniodawców – mówił w minionym tygodniu podczas Polskiego Kongresu Gospodarczego prezes NFZ Filip Nowak. – Ustawa spełniła swoją rolę, a dziś jej skutki są negatywne dla całego systemu. Nie ma czasu na nieśmiałość i obawę, że narazimy się jakiejś grupie interesów – stwierdził.
Politycy są jednak z natury nieśmiali i niezwykle nie lubią się narażać znaczącym grupom zawodowym i społecznym. Szpitale zaś mają wszelkie podstawy się obawiać, że z rozbudzonymi – wręcz brawurowo – oczekiwaniami płacowymi pracowników zostaną osamotnione.