„Kapitulacja Ministerstwa Zdrowia” – w taki sposób o tym, co wydarzyło się na poniedziałkowym posiedzeniu Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia informowała „Gazeta Wyborcza”. Jednak uczestnicy posiedzenia widzą to ostrzej: – Kompromitacja.

Fot. MZ
Rzecz w tym, że nie stało się nic, czego nie można się było spodziewać już od miesięcy. Sposób prowadzenia rozmów na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, zarówno przez poprzednie jak i (zwłaszcza) obecne kierownictwo resortu zdrowia nie wróżył sukcesu – i to najłagodniejsze z możliwych określeń. Przedmiotowo traktowani czuli się wszyscy: związki zawodowe, broniące „praw nabytych”, czyli ustawowych podwyżek, pracodawcy, których próbowano – po raz ostatni w poniedziałek, gdy wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka luźno zaproponowała, by bez dyskusji głosować nad przedstawionymi przez resort 5 stycznia propozycjami zmian – ustawić w kontrze do pracowników.
Czuli się traktowani przedmiotowo wreszcie ci, których do rozmów nie zaproszono: samorząd lekarski (mimo że w połowie roku w agendzie prac nad ustawą pojawiły się tematy zdecydowanie leżące w kompetencjach izb lekarskich, takie jak ograniczenia w wykonywaniu zawodu lekarza i lekarza dentysty na kontraktach w systemie publicznym) czy samorządy terytorialne, organy prowadzące szpitali. MZ stało na stanowisku, że nie pozwala na to formuła Zespołu Trójstronnego – nie raz i nie dwa pisaliśmy, że nic nie stało na przeszkodzie, by rozmowy na temat tej newralgicznej nowelizacji prowadzić poza Zespołem, ze wszystkimi interesariuszami. Po argument, że nie byłyby one konkluzywne, od 16 marca nie ma nawet co sięgać.
Resort zdrowia w sprawie zmian w ustawie popełnił wszystkie możliwe błędy, można byłoby więc zadać pytanie o konsekwencje i odpowiedzialność, gdyby rzecz nie była oczywista, że nie będzie – ani wyciągania konsekwencji, ani poczucia odpowiedzialności. Będą natomiast skutki.
Warto przypomnieć przełom września i października, gdy MZ prezentowało plany nowego kierownictwa: głównym zadaniem, jakie postawiła przed sobą minister Jolanta Sobierańska-Grenda, było ustabilizowanie finansów NFZ, bo luka w budżecie NFZ na 2026 roku już wtedy była oszacowana na 23 mld zł. Jednym z elementów stabilizujących była nowelizacja ustawy podwyżkowej, o której od tamtego momentu nie przestawano publicznie mówić. Byłoby niezwykle męczące – dla Czytelników – przytaczane wszystkich deklaracji zarówno samej minister, jak i odpowiedzialnej za przeprowadzenie nowelizacji wiceminister Kęckiej, jakie padły na ten temat choćby podczas jesiennych kongresów systemowych, wywiadów udzielanych w ciągu ostatniego pół roku czy innych wypowiedzi publicznych. Niech wystarczy jedna: po poprzednim posiedzeniu Zespołu Trójstronnego, które nie odbyło się po myśli MZ, Katarzyna Kęcka powiedziała dziennikarzom, że niezależnie od przedłużania prac przez stronę związkową, ministerstwu na pewno uda się zakończyć procedowanie ustawy tak, by weszła w życie przed 1 lipca.
Na pewno się nie udało. Z planu stabilizowania finansów NFZ zostały strzępy, o czym płatnik doskonale wie. Stąd projekt zarządzenia prezesa NFZ w sprawie finansowania kosztochłonnych badań diagnostycznych, stąd zapowiedź kolejnych rozwiązań, idących w tym samym kierunku. Można się spodziewać, że wszystkie zakresy świadczeń, które zostały zakwalifikowane do kategorii nielimitowanych nie ustawami czy rozporządzeniami ministra zdrowia, a mocą zarządzenia Prezesa NFZ, dotkną zmiany zasad finansowania: degresywna stawka ponad wartość kontraktu oraz odroczenie płatności. Fundusz jest pod ścianą. Ale nie to jest najtrudniejsze: ostatnie dni pokazują – takie przynajmniej można odnieść wrażenie – że resort zdrowia i płatnik nie są już jak przysłowiowa „zwinięta pięść”. Że to niezbyt eleganckie określenie, budzące pejoratywne skojarzenia? Może więc inaczej: płatnik widzi, że – podobnie jak inni uczestnicy tej skomplikowanej układanki – nie jest traktowany po partnersku, nie jest traktowany poważnie. Jak zresztą mógłby się czuć, gdy słyszy, że rekordowy budżet NFZ pozwoli znaleźć kilka miliardów złotych na realizację ustawy (kiedy wiadomo, że oprócz rekordowych kwot zieje w nim rekordowa luka, którą MZ obiecało przynajmniej zredukować, ale większość zaplanowanych oszczędności, tych, do których potrzebne byłyby decyzje resortu, się rozpłynęła w politycznym niebycie)?
Jest w tym pewna konsekwencja. Wiceprezes Funduszu przypominał w ostatnich dniach o skandalicznej treści OSR nowelizacji ustawy podwyżkowej z wyszczególnionym zerowym kosztem jej wprowadzenia – Fundusz wtedy nie protestował, przyjął ustawę do wykonania.
Ale mierzyć się ze skutkami ustawy przyjdzie przede wszystkim świadczeniodawcom – to na nich, jak przypomniał Jakub Szulc – ciąży ustawowy obowiązek realizacji podwyżek (tylko wobec pracowników etatowych, do wysokości wynagrodzeń minimalnych), który nie zniknie nawet wtedy, gdy płatnik nie przekaże żadnych pieniędzy, bo nie zrealizuje rekomendacji. Bo – to też padło – nie otrzyma dodatkowych pieniędzy na realizację tego zadania, które – już z uwzględnieniem tegorocznych podwyżek w wymiarze minimalnym – w tym roku ma kosztować 72 mld zł. W ciągu ostatnich dni padło wiele znaczących wypowiedzi, które wskazują na nową dynamikę napięć w obszarze ochrony zdrowia – obecnych i takich, które mogą wystąpić w (niedalekiej) przyszłości.
Oczywiście świadczeniodawcy – przede wszystkim dyrektorzy szpitali – będą mieć kłopot nie tylko z podstawowymi podwyżkami (prawdopodobnie zresztą MZ nie zakłada pozostawienia ich w tym wymiarze na przysłowiowym lodzie, resort „uciuła” pieniądze na minimalny wariant realizacji ustawy), ale z tymi, po które zgłoszą się pozostali pracownicy. Podwyżki ponad wariant minimalny kosztowały w ostatnich latach drugie tyle – i różne scenariusze są prawdopodobne, ale to, że MZ i NFZ wysupłają kolejne 4 mld zł w tym roku, raczej do nich nie należy. Tymczasem szpitale nie tylko nie dostaną tych dodatkowych pieniędzy, ale mają stracić na planowanych przez NFZ zmianach dotyczących świadczeń nielimitowanych. Na ile, jak uzasadnia swoje decyzje płatnik, pozwoli im to renegocjować wysokość umów B2B z lekarzami i skłonić ich do zmniejszenia stawek, a na ile będą musieli (co zapowiadają) ograniczyć wolumen świadczeń?
No i gdzieś na końcu jest wreszcie rzesza pacjentów. W czerwcu zeszłego roku premier Donald Tusk w Sejmie zapowiadał, że w 2026 roku na ochronę zdrowia rząd przeznaczy blisko 25 mld zł więcej. – Dobrze byłoby, aby wzrost nakładów dotyczył w decydującej mierze pacjentów, a nie wzrostu wynagrodzeń – mówił. Szef rządu zresztą kilka razy w następnych miesiącach składał podobne deklaracje – więcej pieniędzy dla pacjentów, nie na wzrost wynagrodzeń medyków. Przestrzegaliśmy wtedy przed tą retoryką, nie trzeba było długo czekać, by okazało się, że zasadnie.