Od ośmiu miesięcy, od kiedy jestem ministrem zdrowia, mówię wyraźnie, co w sektorze ochrony zdrowia jest problemem – przypomniała w minionym tygodniu minister zdrowia. Słowa mają moc tylko wtedy, gdy idą za nimi konkretne decyzje. A z tym właśnie był (jest) problem.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ
Największy brak zaskoczenia. Lekarze kontra NFZ. Przedstawiciele środowiska lekarskiego nie zostawiają suchej nitki na planach Narodowego Funduszu Zdrowia. I trudno się dziwić. Gdyby przyjęli je ze zrozumieniem, choćby bez protestów, pozostałoby stwierdzić za Brytyjczykami: – Turkeys voting for Christmas. Byłoby to zaiste trudne do wyobrażenia działanie wbrew własnym interesom.
Choć oczywiście lekarze w tej sprawie nie występują jedynie we własnym, korporacyjnym interesie. W argumentach, jakie padły podczas czwartkowego spotkania z mediami w Naczelnej Izbie Lekarskiej, przebijała przede wszystkim troska o pacjentów i o system, który decyzje Funduszu mogą – tu też nie ma wątpliwości – zdekomponować. Nie dając żadnej pewności pozytywnych efektów, poza jednym – częściowym zmniejszeniem luki finansowej, która wyjściowo wynosi 23 mld zł i która grozi – prezes NFZ w rozmowie, jaką opublikowaliśmy w piątek, mówi o tym bardzo wprost – wstrzymaniem płatności pod koniec roku. Oczywiście to najczarniejszy ze scenariuszy, który się (raczej) nie wydarzy, ale po to, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo jego wystąpienia, potrzebne są oszczędności.
Brzmi rozsądnie. Ale nie mniej rozsądnie brzmią argumenty krytyków: zmniejszenie dostępności badań diagnostycznych w warunkach ambulatoryjnych może zwiększyć liczbę hospitalizacji niekoniecznych, a więc – szkodliwych. I dla pacjenta (większe ryzyko zakażeń, u pacjentów geriatrycznych również ryzyko splątania, zaburzeń świadomości), i dla systemu – większe koszty i samej hospitalizacji, i ewentualnych powikłań zdrowotnych będących jej efektem.
Podobnie sensownym argumentom NFZ dotyczącym wręcz pozytywnych skutków dla pacjentów onkologicznych w postaci „udrożnienia” dla nich szybkiej ścieżki diagnostyki krytycy przeciwstawiają nie mniej sensowne, oparte na twardych danych argumenty dotyczące opóźnionego – w stosunku do potrzeb i deklaracji – wystawiania pacjentom kart DiLO. Czy lekarze odważą się na ich wypisywanie pacjentom na wczesnym etapie podejrzeń, nie mając pewności, czy płatnik nie doszuka się w tym prób ominięcia ograniczeń, które co prawda limitami nie są, ale mają z nimi bardzo wiele wspólnego?
Warte zastanowienia. Pole manewru. – Płatnik nie ma dużego pola manewru – tłumaczy w rozmowie prezes NFZ. Sytuacja wygląda tak, że z miesiąca na miesiąc to pole manewru się kurczy – im dłużej odwlekane są decyzje, tym trudniejsze położenie. Jednak zasadnicze pytanie brzmi, jakie pole manewru mają (i będą mieć) pacjenci. Mogą, oczywiście, zawierzyć Funduszowi, że działa w ich interesie i stara się wprowadzać zmiany w sposób jak najmniej dotkliwy dla najbardziej zainteresowanych. Takie zapewnienia padają.
Pytanie więc, skąd nieufność? Reakcja organizacji pacjentów mówi bardzo wiele, zwłaszcza ta część, w której zwracają one uwagę, że to osoby chore, potrzebujące dostępu do świadczeń zdrowotnych, mają być źródłem systemowych oszczędności. – Żądamy solidarnościowego podejścia – apelowały w minionym tygodniu. Czy zasadnie? Pacjenci widzą, że politycy poddali się w zakresie zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Nie akceptują sytuacji, w której od 1 lipca płace w zdrowiu wzrosną, a dostępność świadczeń – spadnie. Wraz z dostępnością świadczeń obniżą się też zarobki części personelu (nie tylko lekarzy, choć zapewne oni kwotowo stracą najwięcej), ale to nie trafia w tak bezpośredni sposób do wyobraźni tych, którzy zabierają głos w dyskusji.
Nie bez przyczyny. Pacjenci nie muszą się orientować w meandrach umów B2B, natomiast w swoim czasie otrzymywali zapewnienia, że połowa wzrostu nakładów na zdrowie będzie bezpośrednio trafiać na zwiększenie dostępu do świadczeń, połowa – na wzrost wynagrodzeń. Te proporcje jednak nigdy nie zostały utrzymane. Oczywiście, dostęp do świadczeń – w tym na przykład do innowacyjnych terapii lekowych – się zwiększał, ale w dużo mniejszym stopniu niż rosły płace. Politycy przez kilka lat nie widzieli narastającego problemu, teraz mierzą się z konsekwencjami swojego niedowidzenia, by nie powiedzieć – ślepoty. I z wielkim rozgoryczeniem tych, którzy – rzekomo – są w centrum systemu. Powinni być.
Największy znak zapytania. Minister zdrowia. Premier Donald Tusk zaprzecza, jakoby miał w planach „małą rekonstrukcję” na rocznicę poprzedniej rekonstrukcji (lipiec 2025), która miałaby objąć szefowe czterech resortów w jego rządzie: edukacji, kultury, klimatu i środowiska oraz zdrowia. W opublikowanym w minionym tygodniu sondażu przeprowadzonym dla „Wprost” dwie z tego grona zajmują miejsca na podium najgorzej ocenianych ministrów w rządzie Tuska. Tu niespodzianka (i miła dla minister zdrowia informacja) – w tym gronie nie ma Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Samodzielną liderką tego zestawienia jest Barbara Nowacka, a szefowa MZ ma od szefowej MEN dwa razy mniej ocen negatywnych – 10,3 vs. 5,1 proc. (trzecie miejsce na podium zajmuje Paulina Hennig-Kloska). Gorsza informacja dla minister zdrowia – wynik plasuje ją tuż za podium. Jeszcze gorsza – istnieje duże prawdopodobieństwo, że szefowa resortu zdrowia brak negatywnych ocen zawdzięcza w dużym stopniu małej rozpoznawalności.
Mówiąc wprost, minister zdrowia przez ostatnich kilka miesięcy nie była zbyt widoczna w swoich działaniach – poza „bańką” zdrowotną, oczywiście. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki Izabeli Leszczyny, która przed swoją dymisją była bardzo wysoko we wszystkich zestawieniach źle ocenianych członków gabinetu, nie przyciąga złych ocen (choć dobrych zapewne też nie). Ten ambiwalentny stosunek opinii publicznej do Jolanty Sobierańskiej-Grendy może się oczywiście zmienić wraz z zaostrzaniem dyskursu wokół ochrony zdrowia, zwłaszcza jeśli Polacy odczują negatywne konsekwencje sytuacji finansowej systemu ochrony zdrowia.
Minister zdrowia stanęła już zresztą pod pręgierzem trudnych pytań – i bynajmniej nie chodzi o pytania o ewentualną dymisję. Sposób, w jaki sobie z tym wyzwaniem radzi bądź nie radzi, też mówi wiele. – Od ośmiu miesięcy, od kiedy jestem ministrem zdrowia, mówię wyraźnie, co w sektorze ochrony zdrowia jest problemem. Ten system finansowania się skończył i sama składka zdrowotna nie wystarczy na zaspokojenie wszystkich potrzeb, głównie NFZ. Stąd poszukiwanie oszczędności – stwierdziła w ostatnim tygodniu. Rzeczywiście, może nie od ośmiu, ale na pewno od sześciu miesięcy minister zdrowia bardzo wyraźnie, dobitnie i stosunkowo często mówiła (i mówi) o konieczności ustabilizowania finansów NFZ. Słowa jednak nie leczą. I nie stabilizują, jeśli nie idą za nimi decyzje.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. PSL. Przygotowany przez ludowców projekt reformujący system ochrony zdrowia dostał zielone światło. – Rada Naczelna PSL przyjęła m.in. uchwałę rekomendującą klubowi parlamentarnemu ten poselski projekt ustawy – poinformował Piotr Zgorzelski, wicemarszałek Sejmu i szef Rady, o czym doniosła Polska Agencja Prasowa.
Polskie Stronnictwo Ludowe już jakiś czas temu ogłosiło, że razem z Federacją Przedsiębiorców Polskich przygotowało projekt reformy systemu ochrony zdrowia obejmujący m.in. zwiększenie przychodów ze składki zdrowotnej i reorganizację sieci szpitali. Częścią zmian miałoby być też przekazanie składki chorobowej, którą w tej chwili zarządza ZUS, do budżetu NFZ.
Nie ma wątpliwości, że jednym z kluczowych elementów reformy, który może mieć wręcz fundamentalny wpływ na polityczne „być albo nie być” partii Władysława Kosinika-Kamysza, ma być przegląd uprzywilejowanych grup w płaceniu składki zdrowotnej. Dotyczy to zarówno rolników w KRUS, jak i tych grup zawodowych, które w ogóle nie opłacają składki, m.in. służb mundurowych, sędziów (ale nie ma wątpliwości, że to nie sędziowie czy służby mundurowe dominują w elektoracie PSL).
To oczywiście może skłaniać do przywołania owych indyków, które głosują za świętami Bożego Narodzenia (w polskich warunkach indyki można zamienić na karpie), ale działanie wbrew własnym interesom może być dowodem odwagi, dbałości o dobro wspólne i wykraczającej poza horyzont kolejnych wyborów (blisko, coraz bliżej) odpowiedzialności. Oczywiście, jeśli to działanie przejdzie z fazy zapowiedzi do fazy realizacji i zakończy się czymś więcej niż tylko dyskusją wokół pomysłu czy idei, których głównym celem miałoby być zatrzymanie zmian, postrzeganych jako niosące negatywne konsekwencje dla szpitali powiatowych, których los ludowcom niewątpliwie leży na sercu.