Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

W sprawie wyroku, jaki zapadł w sporze z producentem szczepionek, politycy po obu stronach barykady prześcigają się w popełnianiu błędów, za których łączny rachunek będzie dużo wyższy niż owe miliardy, które zapewne przepłyną na konta koncernu.


Fot. MZ

  • Nie tylko Polska zamówiła w 2021 roku za dużo szczepionek. Oprócz Polski, i razem z nami ukaranej Rumunii, pozostali wywiązali się z umowy
  • Zapłacić i tak trzeba będzie. Pieniędzmi, ale też poziomem zaufania – do państwa, do przemysłu farmaceutycznego, do szczepień jako takich, do medycyny i nauki, której medycyna jest częścią
  • Czy wystarczy usunąć blok dotyczący zdrowia seksualnego, by lekcje o zdrowiu stały się akceptowalne, czy też może wrażliwą kwestią są na przykład szczepienia?
  • Będzie wniosek o wotum nieufności wobec Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Formalnie nie zgłosi go klub PIS, pomocną dłoń wyciągnęli posłowie partii Razem

Zupełny (niestety) brak zaskoczenia. Wyrok w procesie z Pfizerem. Polska musi odebrać kilkadziesiąt milionów dawek szczepionki przeciw COVID-19 i zapłacić producentowi blisko 6 mld zł – orzekł sąd w Brukseli. I nawet nie można powtórzyć za przygnębionymi uczniami podążającymi do Emaus: „A myśmy się spodziewali…” (innego przebiegu sprawy), bo proces był przegrany, zanim się zaczął. W tej sprawie od 2021 roku aż do teraz politycy solidarnie, niezależnie od partyjnych barw, wręcz prześcigają się w popełnianiu błędów, za których łączny rachunek będzie dużo wyższy niż owe miliardy, które – prawdopodobnie – przepłyną z budżetu państwa na konta koncernu.

Wyrok zapadł 1 kwietnia, premier Donald Tusk zaznaczył więc, że „to nie prima aprilis” i wykorzystał sytuację, by wytknąć poprzednikom nieudolność i partactwo. – Po ludzku szlag mnie trafia – wtórował następnego dnia minister finansów, a minister zdrowia skupiła się na ubolewaniu i wyliczaniu celów, jakie mogłyby sfinansować miliardy, których nie mamy, a po zapłacie Pfizerowi nie mieć będziemy jeszcze bardziej.

Czy klęska przed brukselskim sądem to „wina PiS”? Bezspornie. Rekapitulacja wszystkich okoliczności, jakie towarzyszyły decyzjom zapadającym w sprawie zakupu szczepionek to materiał na sążnistą dysertację naukową, nie lakoniczne z konieczności podsumowanie tygodnia, ale trzeba przypomnieć kilka faktów. Późną wiosną 2020 roku Polska całkiem serio rozważała zakup szczepionek (nad którymi wówczas dopiero trwały przecież prace) nie w mechanizmie europejskich zakupów, ale „od Amerykanów”. Stało się inaczej, bo zdecydowanie bardziej opłacało się – cenowo, ale istotne były również terminy dostaw – związać z Brukselą (marzenia o transatlantyckim sojuszu pandemicznym były zresztą od początku pisane na wodzie, podobnie jak o dwustronnych umowach na zakupy szczepionek lub budowaniu innych sojuszy).

Wiosną 2021 roku, gdy MZ i rząd (pamiętajmy, że Narodowy Program Szczepień podlegał Kancelarii Premiera, a konkretnie dowodził nim Michał Dworczyk) decydowały o podpisaniu umowy na kolejną, będącą przedmiotem sporu, transzę szczepionek, szczepienia w Polsce szły pełną parą, ale widać było, że wkrótce stracimy impet.

Dlaczego? Już w kwietniu szczepić się mógł praktyczne każdy chętny – kraje Europy Zachodniej cały czas szczepiły jeszcze kohorty seniorów, młodzi czekali na swoją kolej nawet do wczesnej jesieni. Gdy decydenci szczycili się sprawnie zorganizowanym, opartym na IKP i cyfrowych rozwiązaniach, systemem rejestracji na szczepienia, w grupach senioralnych były cały czas potężne (największa w grupie 80+) odsetki niezaszczepionych – którzy pozostali niezaszczepieni, podczas gdy wiele krajów najstarsze grupy zaszczepiło w 90, 95, a nawet w blisko 100 procentach. Polacy wracający z wakacji w krajach takich jak Portugalia czy Hiszpania relacjonowali, że tam na termin szczepienia (sierpień 2021) czekają ciągle zdrowi czterdziestolatkowie. W Polsce w tym czasie praktycznie wszyscy, którzy chcieli się zaszczepić, już myśleli o tym, kiedy pojawi się dawka przypominająca.

Decyzje dotyczące szczepionek miały istotny kontekst i tak na nie należy patrzeć, tak je analizować. Rozmawiając w ostatnich tygodniach z wpływowym w tamtym okresie urzędnikiem zdrowotnym, usłyszałam – w zupełnie innym kontekście – że sprawy w systemie zaczęły iść w złym kierunku wtedy, gdy pieniądze zaczęto „rozsypywać z helikoptera”. Tak było. Sypano obficie, „fundusz covidowy” zdawał się nie mieć dna – przynajmniej dla rządzących. Szpitale covidowe, w każdym razie ich znacząca część, dodatki covidowe wypłacane zupełnie bez kontroli (i w znaczącej części bez sensu) – wszystkie patologie dokładnie opisała NIK. Również wydatki na szczepionki, bo w pewnym momencie, zliczając zapasy pozostające w dyspozycji RARS i te zakontraktowane było oczywiste, że to współczesny „miś”, którym „otwieramy oczy niedowiarkom”. Małą skuteczność programu szczepień, może nie klęskę, ale na pewno brak sukcesu (wbrew buńczucznym zapowiedziom z początków akcji szczepień) rząd przykrywał demonstracyjnym nie szczędzeniem wydatków na zakupy. O tak, w zakupach w tym czasie byliśmy naprawdę „świetni”.

Otrzeźwienie przyszło jeszcze w 2021 roku, ale z punktu widzenia tych, którzy złożyli zamówienie, za późno, akurat wtedy, gdy okazało się, że dno funduszu (finansów publicznych, budżetu) jednak istnieje. Próby wycofania się z umowy albo zmiany jej warunków były o tyleż liczne, co nieudane, a crème de la crème stanowił list ministra zdrowia Adama Niedzielskiego do akcjonariuszy Pfizera, w którym szef resortu tłumaczył, dlaczego Polska jednak powinna nie musieć przelewać pieniędzy koncernowi. Minister szczycił się tym listem, podkreślał, że Polska buduje koalicję niepokornych – jednak z koalicji został „wic, czyli nic”.

Wiśnią żenady zaś na tej gęstej śmietanie stały się wydarzenia z wiosny 2022 roku, w którym rząd zawiadomił Komisję Europejską i Pfizera o faktycznym zerwaniu umowy, posługując się jako argumentem inwazją Rosji na Ukrainę. Wzorem szukających w internecie szansy na ubrania, zabawki czy sprzęt za „uczciwą cenę zero złotych” (prześmiewcze „dej, mam horom curke”) pisaliśmy w oficjalnych notach niemal tak samo: „mam horego óhoćce, nie dam”. Niemal jednocześnie zresztą wyciągając drugą rękę do Brukseli z mocną sugestią, że potrzebujemy solidarnościowego wsparcia, by sfinansować opiekę zdrowotną dla ukraińskich uchodźców.

Nie tylko Polska zamówiła w 2021 roku za dużo szczepionek, w identycznej sytuacji znalazły się wszystkie unijne kraje – nigdy dość podkreślania, że wiosną 2021 roku dalszy przebieg pandemii był jedną wielką niewiadomą. Oprócz Polski, i razem z nami ukaranej Rumunii, pozostali wywiązali się z umowy, odebrali szczepionki, niewykorzystane utylizowali. Czy powodowało to staromodne przekonanie, że umów należy dotrzymywać, czy też pragmatyczna świadomość, że na szali jest coś więcej niż pieniądze, bo decyzje i słowa padające w trakcie ewentualnych sporów nie są neutralne.

Polscy politycy zdają się być nomen omen uodpornieni na tę wiedzę, a obecna odsłona awantury nie tyle wokół wyroku (choć oczywiście w niektórych środowiskach to „dyktat Brukseli” jest kluczowym tematem), co tego, kto i co napisał w social mediach pięć lat temu, jest tego najlepszym dowodem. I w tym sensie to nie jest wyłączna odpowiedzialność PiS. Po wyborach 2023 roku wielu ekspertów nie kryło nadziei, że nowy rząd dostrzeże potrzebę i konieczność szukania porozumienia, rozwiązania sporu polubownie. Szanse były, były też argumenty za tym, by czynić wysiłki. Przeważyła chyba polityczna bojaźń przed oskarżeniami o „miękiszonizm” i uleganie BigPharmie, Komisji Europejskiej itd. A zapłacić i tak trzeba będzie, ostatecznie. Pieniędzmi, ale też poziomem zaufania – do państwa, do przemysłu farmaceutycznego, do szczepień jako takich, do medycyny i nauki, której medycyna jest częścią.

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Edukacja zdrowotna. Decyzja o restarcie – już jako przedmiotu obowiązkowego – miała być ogłoszona do końca marca, ale termin nie został dotrzymany. Nowy to „zaraz po świętach”. Zabawny mógłby być powód, o którym krzyczą kuluary i część mediów: brak zgody w koalicji rządowej, bo niektórzy politycy PSL i Polski 2050 podobno tropią argumenty przywoływane w kręgach przeciwników EZ i zadają pytania tak, jakby to były ich własne przemyślenia. Czy wystarczy usunąć blok dotyczący zdrowia seksualnego, by lekcje o zdrowiu stały się akceptowalne, czy też może wrażliwą kwestią są na przykład szczepienia? Bo jeśli mowa o szczepieniach, to zaraz pojawia się HPV, od którego droga do zdrowia seksualnego jest krótsza niż komornika do kont Ministerstwa Zdrowia…

Warte odnotowania. Wotum nieufności. W „Studium kryzysu” już o tym wspominaliśmy kilkanaście dni temu jako o bardzo prawdopodobnej opcji, dziś wiadomo więcej: będzie wniosek o wotum nieufności wobec Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Formalnie nie zgłosi go klub Prawa i Sprawiedliwości, pomocną dłoń wyciągnęli posłowie partii Razem. Że jest ich niewielu (czworo), a podpisów potrzeba 69, zapowiadają wysłanie wniosku do wszystkich klubów, nie tylko opozycyjnych. Powinna ucieszyć ich więc informacja, że podpisy są już zebrane i jest ich nawet więcej niż wymagane minimum.

Największe wyzwanie. Kształcenie lekarzy. 31 marca w resorcie zdrowia odbyło się kolejne spotkanie ze wskazanymi przez ministerstwo przedstawicielami środowiska lekarskiego (resort odmówił samorządowi możliwości decydowania o składzie delegacji) poświęcone zmianom w kształceniu lekarzy, jakie mają zostać przeprowadzone w ramach nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty. Podczas spotkania, jak relacjonowali jego uczestnicy, ministerstwo tłumaczyło, że studenci na zajęciach „scrollują” telefony, zamiast korzystać z możliwości nabywania wiedzy. Dlatego, jak można domniemywać, należy przeprowadzić skrócenie lub wręcz likwidację stażu podyplomowego, choć wielu krytyków tego rozwiązania – również z grona akademickiego, uczelni zrzeszonych w KRAUM – mówi, że w obecnych warunkach zajęcia w ramach szóstego roku studiów nie zrekompensują doświadczeń nabytych w ramach stażu. – Zmienił nam się profil pacjenta, ale zmieniły się również potrzeby demograficzne i epidemiologiczne. W związku z tym należy przede wszystkim postawić na umiejętności praktyczne, to, o czym mówi się już od wielu lat – mówiła w przedświątecznym tygodniu w mediach wiceminister Katarzyna Kęcka. I to nie był prima aprilis (a jego wigilia). Stawiajmy na umiejętności praktyczne, skróćmy staż. Elementarne.

Największy znak zapytania. Zmiany kadrowe. Dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii Piotr Nowicki skończył swoją misję, a wieść gminna niesie (napisała o tym tuż przed świętami „Gazeta Wyborcza”), że ma zostać wiceministrem zdrowia i odpowiadać za konsolidację szpitali, bo tym obszarem – jak podkreśla dziennik – w obecnej chwili nikt się nie zajmuje. Jest to obszar z punktu widzenia szans na zrównoważenie systemu i jego finansów absolutnie kluczowy, o czym zapewnia kierownictwo MZ i NFZ, więc fakt, że nikt za niego nie odpowiada, jest zupełnie zrozumiały (i to nie jest prima aprilis).

Gazeta wspomina tez w kontekście zmian personalnych o możliwym odejściu z resortu Tomasza Maciejewskiego. Podobno, tak czytamy w artykule, sam chce się pożegnać ze stanowiskiem już w czerwcu. Co prawda w lutowym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” wiceminister Maciejewski zapowiadał, że w połowie roku MZ przedstawi „gotową propozycję” sieci oddziałów położniczych spełniających kryterium siedmiuset porodów rocznie, „i wtedy te zmiany będzie procedować NFZ”. Nie wyprzedzając faktów i nie zakładając, że wiceminister Maciejewski rzeczywiście chciałby się rozstać z Miodową, te dwie informacje, o ewentualnym odejściu w momencie prezentacji nowej mapy porodówek wydają się pozostawać absolutnie w klimacie permanentnego pierwszego kwietnia.

06.04.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.