Pokój narodzin to w założeniach miejsce, gdzie położna skonsultuje ciężarną, zgłaszającą się do porodu i zdecyduje, do którego szpitala powinna się ona udać własnym transportem lub zostać przewieziona oczekującą karetką. Nie są to natomiast, wbrew nazwie, miejsca planowych porodów – wynika z wyjaśnień, jakie reprezentant resortu zdrowia przedstawił we wtorek w Sejmie.
Fot. Sejm
Dlaczego więc „pokoje narodzin” nazwano tak, jakby miały – nawet w ograniczonym zakresie – zastąpić likwidowane oddziały położniczo-ginekologiczne, co jest źródłem konfuzji i, jak pokazała dyskusja podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Opieki Okołoporodowej, nieporozumień na linii szpitale-specjaliści-urzędnicy? Tego nie wiadomo, wiadomo jednak, że resort zdrowia nie powiedział ostatniego słowa, bo w tej chwili, jak mówił Tomasz Kuleta, naczelnik Wydziału Świadczeń Gwarantowanych Departamentu Lecznictwa Ministerstwa Zdrowia, trwają prace nad inną koncepcją – domów narodzin, prowadzonych przez położne.
Domów jeszcze nie ma, pokoi zresztą też nie – bo, jak przyznał przedstawiciel resortu, do tej pory złożono jeden wniosek o utworzenie, na podstawie wydanego rozporządzenia, pokoju narodzin. Coraz bardziej nie ma też porodówek – od początku roku zlikwidowano kolejnych pięć, nie licząc oddziałów zawieszonych, co zwykle stanowi wstępny etap procesu likwidacji. Jak podkreślali w trakcie dyskusji dyrektorzy szpitali, które oddziały położnicze cały czas – mimo milionowych strat – prowadzą, problemem jest to, że zamykanie porodówek odbywa się na dziko. A rozwiązania proponowane przez MZ nie poprawiają sytuacji.
Dlaczego szpitale nie myślą o otwieraniu „pokoi narodzin”. Powody, zasadniczo, są dwa. Ryczałt miesięczny wynosi ok. 260 tys. zł. Niemal w całości pochłaniają go dwie pozycje: utrzymanie karetki w gotowości (150 tys. zł) oraz wynagrodzenie koniecznej obsady położnych (100 tys. zł miesięcznie, licząc pięć osób). Na inne koszty, jak choćby wymaganą poradnię specjalistyczną, czynną do godziny 18.00, nie zostaje praktycznie nic.
Drugi powód to poważne obawy o możliwe komplikacje okołoporodowe, jeśli w pokoju narodzin trzeba będzie jednak – z powodu zaawansowanej czynności porodowej – poród odebrać, a w jego trakcie dojdzie do powikłań. Szpitale nie kwapią się do wypłacania z tego tytułu potężnych odszkodowań czy dożywotnich rent. Jest jednak i powód trzeci – Ministerstwo Zdrowia wcale nie zakładało na etapie prac nad rozporządzeniem, że powstanie rozległa sieć takich pokoi, mowa była o kilku w skali całego kraju.
Ministerstwo Zdrowia i konsultant krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii zgodnie odpierali zarzuty o „horrendalnie niską” wycenę dla pokoi narodzin. – Według mojej najlepszej wiedzy, wycena świadczeń w pokojach narodzin wykonana przez AOTMiT jest na odpowiednim poziomie – zapewniał Tomasz Kuleta, z czym zgodziła się prof. Ewa Wender-Ożegowska. – Szpitale w tym produkcie są wycenione ryczałtowo, co w moim odczuciu jest bardzo korzystną opcją zapłaty za gotowość – stwierdziła ekspertka.
Przedstawiciele strony społecznej zwracali uwagę, że jedną z podstawowych przyczyn zamykania porodówek jest wycena porodów: nieco ponad 6 tys. zł za poród oznacza nawet 10-11 tys. zł straty, bo koszt porodu ze znieczuleniem, co w XXI wieku powinno być standardem, wynosi w tej chwili ok. 17 tys. zł. I straty mają nawet porodówki, w których przyjmuje się stosunkowo dużą, jak na obecną sytuację demograficzną, porodów – o wychodzeniu na zero mogą myśleć tylko te największe. Pojawił się nawet pomysł, by w ramach programu „800 plus” wypłacano ekwiwalent jednego roku szpitalowi, nie zaś opiekunom dziecka.
Jednym z wątków, jaki mocno wybrzmiał w dyskusji, jest znalezienie wyjścia z sytuacji przeciwstawnych, położonych na dwóch biegunach, celów do osiągnięcia. Bo z jednej strony jest oczywiste, że jeśli chodzi o jakość opieki okołoporodowej, bezpieczeństwo matki i dziecka, droga jest jasna: koncentracja porodów w szpitalach o wyższym poziomie referencyjnym oddziałów (mogą być to również duże szpitale powiatowe). O tym mówił w ostatnich tygodniach wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski (choć ten wątek we wtorek wyraźnie nie wybrzmiał) zapowiadając przedstawienie w połowie roku koncepcji sieci z porodówkami o minimalnej liczbie dwóch porodów dziennie (700 w skali roku). Z drugiej – kwestia dostępności. Tu MZ widzi pole do zwiększenia roli położnych, które mogłyby samodzielnie prowadzić „domy narodzin”. Prace nad taką koncepcją już, jak mówił przedstawiciel resortu, trwają.