Podstawowy problem z ustawą o wynagrodzeniach minimalnych jest taki, że brakuje źródła jej finansowania, a dla finansów NFZ i systemu staje się ona „killerem” – uważa wiceprezes Funduszu Jakub Szulc. Związkowcy mówią twardo: dialog na temat zmian będzie możliwy wtedy, gdy będziemy traktowani serio. Nie jak idioci.

Fot. Adobe Stock
Ostatnia dyskusja na ścieżce zdrowotnej zakończonego w piątek EEC dotyczyła problemu równie palącego co finansowanie zdrowia, luka w budżecie płatnika, czyli – wynagrodzeń. Bo też te tematy są ze sobą ściśle powiązane. Wsłuchując się w spory ekspertów – nie tylko podczas tej konkretnej dyskusji – można było odnieść wrażenie, że gdyby nie wynagrodzenia, a szczególnie podwyżki – system nie miałby problemów.
Taki pogląd jest często przypisywany Jakubowi Szulcowi, wiceprezesowi NFZ, ale on sam podczas całego EEC zdecydowanie podkreślał, że nie jest przeciwnikiem podwyżek, nie jest też przeciwny ustawie o sposobie ustalania minimalnego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników zatrudnionych w podmiotach leczniczych. To, co budzi jego sprzeciw, to fakt, że przy uchwalaniu nowelizacji 2022 roku, która diametralnie zmieniła sposób naliczania podwyżek, a więc i koszty ustawy, nie zabezpieczono dla niej finansowania innego niż środki pochodzące z NFZ. – Ustawa o sposobie ustalania minimalnego wynagrodzenia jest „killerem” dla polskiego systemu ochrony zdrowia z tego powodu, że nie zostały zapewnione środki na jej realizację – oświadczył, przypominając – również po raz kolejny – że w samym 2026 roku koszt realizacji ustawy pochłonie ponad 70 mld zł.
W dodatku obecna konstrukcja przepisów prowadzi do dysfunkcji w zarządzaniu placówkami medycznymi. – Wracamy do czasów „czy się stoi, czy się leży” – ocenił Szulc. – Dyrektor nie ma możliwości ruchu poniżej stawki ustawowej, a ponieważ efektywność nie zawsze dorównuje poziomowi wynagrodzeń, większość pracowników pracuje na stawce minimalnej. Dyrektorzy tracą narzędzia do prowadzenia realnej polityki kadrowej.
Bez żadnego zaskoczenia – potrzebę zmian w ustawie dostrzegają również menedżerowie szpitali, i to takich, dla których ustawa podwyżkowa wcale nie jest „kamieniem młyńskim”. Problemem są ograniczone możliwości premiowania pracowników, wykazujących się większym zaangażowaniem czy osiągającym lepsze wyniki – pieniędzy nie ma na tyle dużo, by wyraźnie różnicować wynagrodzenia ponad ustawowe minimum, przynajmniej w większej skali.
O zmianach nie chcą słyszeć natomiast przedstawiciele środowisk pracowniczych. Marcin Karolewski, wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Wielkopolsce przypominał punkt wyjścia i dramatycznie niski poziom wynagrodzeń w ochronie zdrowa w 2017 roku, gdy wchodziła w życie pierwotna wersja ustawy o wynagrodzeniach minimalnych dla medyków. Jak przypomniał, dziewięć lat temu kwota bazowa zapisana w ustawie wynosiła 3,9 tys. zł (średnia krajowa w 2017 roku oscylowała wokół 4,2 tys. zł), zaś teraz średnie wynagrodzenie, do którego odnoszone są wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia to 8,6 tys. zł. Zarobki medyków wyraźnie wzrosły, ale – jeśli chodzi o lwią część profesjonalistów medycznych, zwłaszcza tych, których ustawa bezpośrednio dotyczy – to „nie są nie wiadomo jako pieniądze”. Na pytanie, czy ustawę należy zostawić, czy zmienić, stwierdził: „Zdecydowanie zostawić, a jeśli poprawiać, to skalpelem, nie młotkiem”. Czy też – jak suflowali związkowcy – „widłami” (to nawiązanie do projektu PSL, który przewiduje m.in. zmiany w ustawie podwyżkowej identyczne z tymi, których chciało MZ, zanim się wycofało z rozmów w RDS).
Maria Ochman, przewodnicząca Solidarności ochrony zdrowia, zaangażowana w prace nad ustawą od samego początku, czyli od 2016 roku, podkreśliła, że „nie ma ustaw idealnych” i ustawa o wynagrodzeniach nie jest żadnym wyjątkiem. – Zgadzamy się na rozmowy. Pewne rzeczy na pewno trzeba doprecyzować, dostosować do okoliczności – stwierdziła, przypominając, że pracownicy zgadzali się dwukrotnie na rozłożenie podwyżek na etapy, w momencie gdy ustawa była uchwalana i wtedy, gdy za czasów Łukasza Szumowskiego, po proteście rezydentów, MZ przeprowadzało pierwszą nowelizację (m.in. kwotę bazową podwyższono wtedy do 4,3 tys.).
Zdaniem Ochman trudno zgodzić się z argumentem, że ustawa spełniła – nawet częściowo – swoje zadanie. Ona gwarantuje stały wzrost wynagrodzeń medyków, zapobiegając tym samym pauperyzacji tych grup zawodowych – w porównaniu do innych pracujących w gospodarce. Powoduje też, że zawody medyczne cieszą się sporym zainteresowaniem, choć ciągle za małym (przynajmniej w niektórych obszarach) względem potrzeb.
Przewodnicząca OZZPiP Krystyna Ptok przypominała z kolei, że od lat pieniądze publiczne, pochodzące z różnych źródeł, pompowane są – z mniejszym lub większym sensem – w infrastrukturę szpitalną. – Efekt jest taki, że mamy upadające szpitale, które znakomicie się prezentują. Dotyczy to również szpitala w Lesku – wskazywała jedną z najbardziej rozpoznawalnych placówek mierzących się z potężnymi problemami. Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych, przypominała, to nic innego jak inwestycja w kadry.
W obszarze wynagrodzeń pojawia się wiele pomysłów – tylko w ostatnich dniach podczas EEC minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przywołała po raz kolejny ideę wyznaczenia górnej granicy wydatków w szpitalnych wydatków na wynagrodzenia. Minister stwierdziła też, że cieszy się z wielości pomysłów, bo to zwiększa szansę, że uda się wypracować „jakieś” rozwiązanie.
Anna Gil, dyrektor szpitala w Końskich widzi to nieco inaczej. – My nie czekamy na „jakieś” propozycje, tylko na propozycje. Potrzebujemy regulacji, które wytyczą ramy – mówiła, wskazując, że dotyczy to zarówno wynagrodzeń, jak i norm pracy czy procesów konsolidacji. W jej ocenie czasu na „jakieś” propozycje już nie ma. – My się dzisiaj rozjeżdżamy. My się, jako szpitale, wykrwawiamy, „jakoś” funkcjonując. Ja kończę 2025 rok na plusie, ale większość szpitali w województwie świętokrzyskim się wykrwawia. Nie możemy czekać, mamy coraz mniej czasu.
W ocenie przedstawicielki menedżerów szpitali, ogromnym problemem pracowników i zarządzających jest brak wiedzy na temat przyszłości. – Nikt z nami nie rozmawia. Nikt się nie komunikuje – mówiła dodając, że o mniej lub bardziej wstępnych zamierzeniach decydentów interesariusze dowiadują się z mediów.
Potwierdziła to Maria Ochman. – Słyszymy tu na EEC o pomysłach pani minister, tymczasem we wtorek mieliśmy Zespół Trójstronny, który trwał kilka godzin i pani minister Katarzyna Kęcka nie otworzyła ust w tej sprawie ani razu. Coś mówiła, ale nic o pomysłach dotyczących wynagrodzeń – podkreśliła, dodając, że ustawa była gwarancją spokoju społecznego, tymczasem przez ostatnie dwa lata pracownicy i ich przedstawiciele czują się po prostu zwodzeni. – Nie możemy dać się traktować jak idioci. Dialog – tak. Dialog, gdzie są propozycje. Co to jest za dialog, gdy minister mówi: Przynieście swoje propozycje. Na pytanie, czy ministerstwo da swoje propozycje, okazuje się, że ich nie ma.
Przedstawicielka Solidarności podkreśliła, że konieczna jest odwaga polityczna, a strona społeczna nie jest od rządzenia i przygotowywania rozwiązań. – Jesteśmy gotowi usiąść i rozmawiać. Też z pracodawcami, którzy reprezentują szpitale, a nie tylko dostawców leków i sprzętu. Z ministerstwem, które będzie prowadzić dialog, a nie ograniczać się do nagrywania rolek i filmików – wytykała.
W wypowiedziach Ochman postulat poważnego, partnerskiego traktowania środowisk pracowniczych czy całej strony społecznej przez rządzących wracał wielokrotnie. Jak podkreślała, nie może być tak, i na to pracownicy na pewno się nie zgodzą, że ze wszystkich punktów poważnych zmian, o jakich mówi ministerstwo, na końcu okazuje się, że do realizacji ma przejść tylko zmiana ustawy o wynagrodzeniach minimalnych, a politycy tworzą taką atmosferę, w której pracownicy okazują się być kulą u nogi i największym problemem systemu ochrony zdrowia.