Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Od ponad dwóch miesięcy organizacje wspierające uchodźców z Ukrainy, którym zmiany przepisów odebrały prawo do opieki zdrowotnej w Polsce, alarmują o humanitarnych dramatach. Czy będzie przełom? Jeden z wicepremierów zapowiada starania o korektę, która pozwoli na przykład kontynuować leczenie onkologiczne ukraińskim seniorom.


Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ

  • Miniony tydzień to feeria mniej lub bardziej złośliwych komentarzy pod adresem szefowej resortu zdrowia, której optymizm trudno uznać za zaraźliwy
  • Błędy komunikacyjne mszczą się tak samo jak złe decyzje lub brak dobrych decyzji
  • Małe szpitale mogą łatwo przestać spełniać kryteria kwalifikacji do sieci, co oznaczałoby zdecydowanie (za) wysoki koszt działań restrukturyzacyjnych
  • Zabiegi wokół sieci szpitali i perspektywa wyborcza to mieszanka mocno wybuchowa
  • Okręgowe izby lekarskie wygaszają lekarskie PWZ, a tymczasem Sejm, zgodnie z zapowiedzią MZ, znowelizował przepisy, przesuwając termin o rok
  • Sam fakt, że w Polsce wymagany jest poziom B1, pokazuje brak zrozumienia ze strony polityków, jak ważnym elementem bezpieczeństwa pacjenta jest język

Największa zagadka. Co cieszy i kogo? Minister zdrowia jeździ po kraju i widzi, że ludzie się cieszą. Niedawno Jolanta Sobierańska-Grenda tłumaczyła, że pacjentom „już jest lepiej”, więc dodając dwa do dwóch – trudno się dziwić, że się cieszą, skoro jest im lepiej.

Kto się cieszy? Na pewno politycy opozycji, którym bon moty pod adresem MZ układają się same, zwłaszcza że równolegle z enuncjacjami o cieszeniu media przekazują informacje o wydłużających się czasach oczekiwania na świadczenia oraz zapowiedzi, że lepiej już było. Miniony tydzień to feeria mniej lub bardziej złośliwych komentarzy pod adresem szefowej resortu zdrowia, której optymizm trudno uznać za zaraźliwy.

Mówiąc o cieszących się ludziach minister zdrowia miała co prawda na myśli bardzo konkretną grupę osób nie kryjących ukontentowania, czekających na środki z KPO, którzy wiedzą, że je otrzymają i realizują skrojone pod tę wiedzę i nadzieję inwestycje. Jako szefowa resortu, mimo że nie jest politykiem, Jolanta Sobierańska-Grenda powinna jednak wiedzieć, że największy grzech w przestrzeni publicznej w tej chwili to memiczna wypowiedź, memiczna sytuacja – a ta o „cieszeniu” spełnia wszystkie kryteria, by stać się viralowym memem. Nie można dolewać benzyny do ognia. Błędy komunikacyjne mszczą się tak samo jak złe decyzje lub brak dobrych decyzji.

Merytorycznie – 18 mld zł z KPO to nie są oczywiście małe pieniądze i dyrektorzy podmiotów leczniczych (szpitali) oraz organy założycielskie tychże podmiotów na pewno mają liczne powody do radości, choć ta radość jest (a w każdym razie może być) zmącona brakiem pewności, czy aby na pewno znajdą się pieniądze na pełne wykorzystanie finansowanych z Krajowego Programu Odbudowy inwestycji. Nadzieje są, obawy są jeszcze większe, pewności w tej sprawie nie ma nikt.

Największe wyzwanie. Sieć. W dość technicznej ustawie o e-zdrowiu (technicznej do tego stopnia, że aż ani jeden poseł nie zagłosował finalnie przeciw) pojawiła się znienacka wrzutka dotycząca sieci szpitali. Ministerstwo Zdrowia bowiem przypomniało sobie, że trzeba zmienić przepisy, by – w dużym skrócie – nie wylać restrukturyzujących się małych szpitali z kąpielą. I tak podczas pierwszego czytania ustawy o e-zdrowiu pojawiła się poprawka z przepisem wydłużającym o dwa lata funkcjonowanie obecnej sieci szpitali.

Mówiąc szczerze, ciepło się mogło zrobić na sercu, bo gdy w latach 2015-2023 takie same manewry uskuteczniał rząd PiS, nowelizując ustawy przy pomocy wrzutek doczepianych do jakiejkolwiek ustawy związanej z ochroną zdrowia, posłowie ówczesnej opozycji nie szczędzili krytyki. Obecna opozycja zresztą też nie szczędziła, i to na tyle skutecznie, że historia po raz kolejny wróciła jako farsa, bo poprawkę wprowadzającą zapis o sieci szpitali w ostatecznym głosowaniu zablokowała inna poprawka posła Koalicji Obywatelskiej. Ktoś najwyraźniej poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że nie ma co ryzykować miliardów złotych na e-zdrowie z KPO, wręczając Karolowi Nawrockiemu pięknie zapakowany powód do zawetowania ustawy. Wyrzucony na końcówce ostatniej prostej przepis ma wrócić – tylko przy innej okazji.

Można się zastanawiać, jak to możliwe, że już w ubiegłym roku w resorcie zdrowia nikt nie dostrzegł potencjalnej „miny”, jaką jest data 30 czerwca 2027 roku, czyli obecnie obowiązujący termin kwalifikacji do sieci. Mówiąc najkrócej, małe szpitale (czyli takie, do których w sposób szczególny adresowana jest ustawa szpitalna, zachęcająca do restrukturyzacji), mogą łatwo przestać spełniać kryteria kwalifikacji do sieci, co oznaczałoby zdecydowanie (za) wysoki koszt działań restrukturyzacyjnych – przynajmniej z punktu widzenia placówek i ich organów założycielskich. Choć na dobrą sprawę – czy idei konsolidacji i restrukturyzacji, zmierzającej choćby do zachęcenia części podmiotów leczniczych do odchodzenia od trybu opieki 24/7 na rzecz leczenia planowego, nie przyświeca również myśl o znaczącym uszczupleniu sieci podstawowego zabezpieczenia?

To merytoryczny punkt widzenia, ale jest też drugi aspekt, czysto polityczny. Połowa 2027 roku to środek kampanii wyborczej (tak, trwa permanentnie, ale wybory odbędą się jesienią i z całą pewnością można założyć, że w czerwcu kampania będzie w pełnym rozkwicie). Choćby z tego powodu warto było – nie teraz, nie w tak toporny i nieudolny sposób – zawczasu zadbać o przesunięcie daty, bo zabiegi wokół sieci szpitali i perspektywa wyborcza to mieszanka mocno wybuchowa. Taką polityczną czujnością powinno się wykazać poprzednie kierownictwo resortu zdrowia, nie wykazało się. Ale to również pokazuje, na jakie manowce może rząd (i tworzące go ugrupowania) sprowadzić resort, któremu myślenie w kategoriach politycznych (niekoniecznie partyjnych) sprawia najwyraźniej olbrzymi problem.

Na marginesie – w latach 2015-2023 również zdarzały się ustawy, uchwalane bez sprzeciwu i z poparciem opozycji (choćby ustawa o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia czy ustawa przychodowa). Nie pojawiały się jednak wtedy na stronach ministerstw (tu, oczywiście, resortu zdrowia) komunikaty o „zdrowiu ponad podziałami”. Takie bardzo mocno na wyrost, mówiąc oględnie.

Największy (mimo wszystko) brak zaskoczenia. B1 i wygaszanie. Tworząc listę spraw zapomnianych i nadrabianych „wrzutkami”, trzeba dopisać sprawę certyfikatów językowych profesjonalistów medycznych spoza UE, którzy mieli czas do 1 maja na złożenie zaświadczenia o zdanym egzaminie na poziomie B1. Decydenci, którzy – jak już pisaliśmy – nie widzą potrzeby wymagania od lekarzy czy pielęgniarek nawet podstawowej znajomości języka polskiego, zagapili się i nie przedłużyli terminu na czas, co MZ próbowało nadrobić okólnikiem do samorządów zawodowych, usilnie sugerując, by nie przesadzały z tempem wygaszania PWZ, bo „to się znowelizuje”. To nawet nie prawo powielaczowe, ale – co za brak zaskoczenia – częściowo skuteczne, bo największy samorząd pielęgniarek i położnych zamiast przystąpić do wygaszania PWZ – co wynika z ustawy, bo obowiązek był nałożony pod rygorem wygaszenia – zaczął rozsyłać wezwania i przypomnienia o obowiązku. Aż chciałoby się zadać pytanie o podstawę prawną takich działań. Okręgowe izby lekarskie wygaszają lekarskie PWZ, a tymczasem Sejm, zgodnie z zapowiedzią MZ, znowelizował przepisy, przesuwając termin o rok.

Nie stało się więc nic zaskakującego, może jedynie to, że klub PiS gremialnie wstrzymał się od głosowania (nieprzedłużania terminu chciała natomiast Konfederacja). Zaskakujące mogą być natomiast reakcje niektórych mediów: „Mentzen przegrał” – doniósł jeden z branżowych portali, tak, jakby to akurat był kluczowy problem. „Gazeta Wyborcza” zamieściła obszerną analizę w dziale ekonomicznym, sugerując, że wbrew deklaracjom, w sprawie nie chodzi o bezpieczeństwo pacjenta, tylko o interes korporacyjny, bo lekarze spoza UE (głównie z Ukrainy) psują naszym rynek, uniemożliwiając negocjowanie (jeszcze) większych stawek. W Polsce zawód lekarza wykonuje blisko 200 tys. osób – problem z certyfikatami dotyczy nie więcej niż tysiąca (z tej liczby PWZ wygaszono ok. 200 osobom). Zestawienie tych dwóch liczb – 200 tys. i tysiąc raczej nie wspiera tezy o zagrożeniu korporacyjnych interesów. Zaś tym, którzy stawiają taką tezę, warto byłoby zadać jedno pytanie: czy chcieliby – dla siebie lub swoich najbliższych – scenariusza, w którym ich leczenie i decyzje z nim związane znalazłoby się w rękach osoby bez wystarczającej znajomości języka polskiego.

W mediach w minionym tygodniu pojawiły się też głosy, że lekarze z Ukrainy i Białorusi, których my „nie chcemy”, wyjeżdżają do Niemiec i tam nie mają problemów, co sugeruje, że mogą podjąć pracę w zawodzie – to kluczowe – bez znajomości języka. Tak nie jest, w praktyce wymagany jest poziom C1. Sam fakt, że w Polsce wymagany jest poziom B1, pokazuje brak zrozumienia ze strony polityków, decydentów, jak ważnym elementem bezpieczeństwa pacjenta (ale też całego zespołu) jest język. Fakt, że MZ toleruje brak woli spełnienia tego niewystarczającego warunku, to tylko kropka nad i.

Największa porażka. Polityka wobec Ukraińców. Wicepremier Krzysztof Gawkowski zadeklarował pod koniec minionego tygodnia wsparcie zbiórki „Pomóżmy Ukraińcom” prowadzonej przez Polskie Forum Migracyjne i OKO.PRESS. I zapewnił, że będzie dążył do korekty przepisów, jakie weszły w życie na początku marca, odbierając tysiącom obywateli Ukrainy prawo do wsparcia socjalnego i opieki zdrowotnej. – Powiem to wprost: nie powinno być żadnego przypadku, komu odbieramy jakieś leczenie, które ma mu uratować życie, kropka. I ja w tej sprawie nie mam wątpliwości – mówił Gawkowski w TOK FM.

O tym, że rząd wprowadza rozwiązania, których konsekwencje będą głęboko nieludzkie, organizacje działające na rzecz uchodźców alarmowały od miesięcy, oceniając, że decyzje Donalda Tuska to próba szukania „wyjścia” do rosnącego w siłę prawicowego elektoratu, a może nawet budowania mostów pod przyszłą koalicję z Konfederacją.

Wielu komentatorów ma za złe Tuskowi, że gra do jednej bramki z narodowcami, przykładając rękę do tworzenia atmosfery niechęci wobec obywateli Ukrainy. Nie, premier i politycy rządzącej koalicji nie tworzą tej atmosfery, ale ich decyzje się w nią wpisują. W opisie zbiórki przywołano m.in. historię 74-letniej kobiety chorej onkologicznie, po usunięciu tarczycy i węzłów chłonnych, która „nie może uzyskać orzeczenia o niepełnosprawności, a onkolog odmawia przyjęcia przez brak ubezpieczenia; nie stać jej na opłacenie wizyty prywatnej”. Zmieniając przepisy, politycy skierowali do niej jasny przekaz – powinna ze swoim nowotworem wrócić do Ukrainy, podobnie jak inna starsza pani, Larysa, która straciła prawo do leczenia, a codziennie potrzebuje leków.

Jasny przekaz może mieć różne formy. Słowa zachęty do wyjazdu usłyszeli też nastolatkowie z Ukrainy, zaatakowani brutalnie w stolicy przez grupę wyrostków. W środku miasta, w środku dnia. Jedna z ofiar leży w szpitalu z pękniętą czaszką i zmasakrowaną twarzą, inny poszkodowany o mały włos nie został zrzucony z mostu do Wisły. Bandycki napad (policja ujęła pięciu podejrzanych, ale nie potwierdza, by sprawa miała podłoże narodowościowe, choć część polityków, w tym prezydent Warszawy, chyba w to nie wątpi). Ktoś powie, że bandyckiego ataku nie można porównywać do pokazania drzwi i odesłania schorowanych ludzi do domu, który aktualnie akurat płonie. Zgoda, nie można. Tylko dlaczego wstyd jest bardzo podobny?

– Pomóżmy ludziom, którzy po zmianie przepisów znaleźli się w kryzysie. Ratujmy Volodymyra, Nadię, Irynę, Larysę, a także nasze polskie sumienie – apelują organizatorzy. W ciągu kilku dni udało się zebrać ok. 1,5 mln zł – pieniądze są potrzebne m.in. na zapewnienie kontynuacji leczenia onkologicznego dla starszych osób, które to leczenie rozpoczęły na podstawie wcześniejszych przepisów. Pomysłodawcy zbiórki nie ukrywają jednak, że choć pieniądze, które pozwolą sfinansować najpilniejsze potrzeby, są ważne, głównym celem jest jednak zwrócenie uwagi na problem i wywarcie presji na polityków, by problem rozwiązali systemowo. Polska nie musi, oczywiście, gwarantować leczenia nowo przyjeżdżającym, jeśli nie będą mieć tytułu do ubezpieczenia zdrowotnego. Ale wobec osób, które szukały schronienia od początku wojny (i je znalazły), zwłaszcza gdy rozpoczęły leczenie, mamy – jako państwo – zobowiązania. Powinniśmy się do nich poczuwać, to kwestia – również – honoru.

17.05.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.