Ustrojowa rola samorządów zawodowych nie została napisana po to, by były kwiatkami do kożucha – ministerialnego garnituru czy garsonki.
Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka. Fot. MZ
Największy (niestety) brak zaskoczenia. MZ kontra lekarze. Wydawało się, że relacje między resortem zdrowia a reprezentowanym przez samorząd środowiskiem lekarskim nie mogą być gorsze niż latem 2023 roku, gdy rozgorzał spór o recepty – zwieńczony dymisją ministra po skandalu z ujawnieniem wrażliwych danych lekarza – ale rzeczywistość na bieżąco weryfikuje wyobrażenia. Mogą być, czego znakiem była nieobecność członka kierownictwa resortu na inauguracji Krajowego Zjazdu Lekarzy w Jachrance (mówiąc wprost – nieobecność minister zdrowia; już delegowanie w 2022 roku wiceministra było odstępstwem od reguły), dodatkowo wzmocniona bojkotem – to właściwe słowo – tego wydarzenia przez wysoko postawionych urzędników oraz polityków koalicji rządzącej, będących lekarzami.
To nie jest żadne zaskoczenie. Na co dzień – od wielu miesięcy – relacje z tygodnia na tydzień się tylko pogarszały, czego zwieńczeniem jest apel do premiera o dymisję odpowiedzialnej za dialog społeczny wiceminister Katarzyny Kęckiej. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.
Samorządy zawodowe albo są przez decydentów traktowane po partnersku, albo nie są traktowane wcale. Ich ustrojowa rola nie została napisana po to, by były kwiatkami do przysłowiowego kożucha (czy też ministerialnego garnituru, kostiumu lub garsonki). A dialog to nie sfera deklaracji tylko postawa, jaką się prezentuje na co dzień. Dialog nie oznacza też kurtuazyjnych uprzejmości, tylko gotowości do korekty spojrzenia na omawiany problem. Oczywiście, z obu stron.
Dialog to również poważne traktowanie partnera. Nie jest poważnym traktowaniem próba wymuszania odstąpienia od przewidzianych w przepisach działań (wygaszania prawa wykonywania zawodu) pismem zapowiadającym nowelizację przepisów, żeby sięgnąć po przykład z ostatnich tygodni, przykład ciągle gorący, bo przecież w drugim dniu obrad w Jachrance Senat – wbrew apelom Naczelnej Rady Lekarskiej, również glosami senatorów-lekarzy – uchwalił ustawę, przesuwającą o rok termin złożenia certyfikatu znajomości języka przez osoby z warunkowym PWZ. Obecność na zjeździe byłaby wcieleniem ludowej mądrości o świeczce i ogarku, więc może naprawdę lepiej się stało, jak się stało?
Największy znak zapytania. Po co lekarzowi język? – Dwa lata, które Ministerstwo Zdrowia dało lekarzom spoza Unii na uzupełnienie braków językowych, wydawały się czasem wystarczającym – tłumaczył w piątek w Senacie Wojciech Konieczny (wiceminister zdrowia w czasie, gdy MZ „dawało” dwa lata, lekarz), przywołując „starą maksymę lekarską (…): dobro chorego najwyższym prawem”. – I teraz oczywiście są tutaj dwie opcje patrzenia na to dobro chorego. Z jednej strony lekarz, który musi się sprawnie posługiwać językiem danego pacjenta i mieć z nim dobrą komunikację, aby nie popełnić pomyłki, aby dobrze zrozumieć to, co pacjent chce mu przekazać. Z drugiej strony w ogóle obecność lekarza, która sama w sobie jest cenna, to, że ten lekarz istnieje i jest na izbie przyjęć, a więc może zoperować pacjenta czy może go znieczulić, co również stanowi dobro dla tego pacjenta. Stanęliśmy dzisiaj przed takim dylematem. Różne kraje różnie do tego podchodzą, przeważnie dość restrykcyjnie”.
Lekarze nie mają wątpliwości, że owo „restrykcyjne” podejście jest jedynym zasadnym. I nie, nie dlatego, że jak sugeruje część komentatorów – w tym „Polityka” – bronią swoich korporacyjnych interesów. Wymóg znajomości języka na poziomie przynajmniej C1 to światowa norma. Restrykcyjnie, czyli konsekwentnie, bez wyłomów przestrzegana.
Ale rzeczywiście, chodzi o interes. Konflikt o certyfikat B1 (poziom znajomości języka obcego poniżej matury podstawowej, dla zobrazowania) dotyczy tysiąca osób – wobec ponad 160 tys. z PWZ i ponad 140 tys. pracujących w kraju. To mniej niż 1 proc., które dla rynku nie robią różnicy. Na pewno robią różnicę w konkretnych szpitalach, natomiast czy jest to na pewno różnica korzystna dla pacjentów?
Perspektywa Warszawy i innych wielkich miast, a taką mają (zwykle) publicyści, bywa myląca. Tu lekarzy nie brakuje i tu raczej lekarza z tej grupy z niepoświadczoną znajomością języka się nie spotka. Wypełniają luki tam, gdzie innych chętnych nie ma – i gdzie, trzeba zakładać, lekarzy, którzy ewentualnie mogliby interweniować w awaryjnej sytuacji, może nie być. Może nie być lekarza, który „poratuje”. Poratuje pacjenta, nie zaś lekarza, który zajmuje się pacjentem, nie znając (wystarczająco dobrze) języka pacjenta. Lepszy zmęczony lekarz niż żaden – powiedział jeden z byłych wiceministrów. Lepszy „niemy” lekarz niż żaden (poza tym – są przecież translatory, aż dziwne, że ten argument w debacie nie wybrzmiewa).
No i jest jeszcze kwestia konstytucyjności legislacyjnej wrzutki, którą anonsowała samorządom zawodowym, jeszcze zanim przepis został zaakceptowany przez Sejm, wiceminister Katarzyna Kęcka. Zarówno w Sejmie, jak i w Senacie legislatorzy zwracali uwagę, że dodanie przepisu niemającego związku z procedowaną materią budzi poważne wątpliwości. Nie byłoby przesadą oczekiwanie, że ci, którzy jeszcze kilka lat temu uczestniczyli w marszach, krzycząc „Konstytucja! Konstytucja”, będą jednak ustawy zasadniczej przestrzegać.
Co zrobi prezydent, który spotkał się w minionym tygodniu z prezesem NRL Łukaszem Jankowskim? Czy uwzględni racje samorządu lekarskiego? Nie byłoby to dużym zaskoczeniem, zważywszy, że w tej sprawie analogiczne zdanie ma Konfederacja, z którą Karola Nawrockiego wiele łączy. A może właśnie będzie to okazja do wejścia w rolę strażnika Konstytucji?
Największa (mimo wszystko) niespodzianka. Pielęgniarki/położne kontra MZ. Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji i nikt nie mógł przewidzieć, że pomysł radykalnej zmiany w kształceniu położnych nie spodoba się tym ostatnim. I, last but not least, nikt nie mógł zakładać, że wpisanie do projektu ustawy takiej propozycji wygeneruje nie jeden, ale dwa konflikty: jeden w środowisku, umownie mówiąc, między położnymi a pielęgniarkami (umownie, bo sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, a samorząd pielęgniarek i położnych, właśnie świętujący swoje 35-lecie, znalazł się bodaj w największym od powstania, kryzysie), drugi – między środowiskiem a Ministerstwem Zdrowia.
Do tego, że od czasu do czasu a to politykom, a to przedstawicielom jakiegoś środowiska wybucha przysłowiowy granat w rękach, już przywykliśmy. Ktoś czegoś nie dopatrzy, nie dopilnuje, bywa. Ale nowelizacja ustawy o zawodach pielęgniarki i położnej przejdzie do historii. Bo i wybuch był synchroniczny, i obie strony – ministerstwo i samorząd zawodowy – przed wybuchem długo celebrowały chwile, z pietyzmem prezentując to, co za chwilę pokazało swoją niszczycielską siłę. Ministerstwo chwaliło się przygotowanym projektem w Sejmie, Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych dała go swoim członkom – za pośrednictwem mediów społecznościowych – do zaopiniowania, ni słowem nie komentując ministerialnych propozycji, od których kilka dni później musiała się odcinać.
Chyba że chodziło jednak o coś więcej niż niezrozumienie intencji?
Warte odnotowania. Rezygnacja ekspertów. – Choć pozostaję członkinią Rady do spraw Zdrowia Psychicznego przy Ministerstwie Zdrowia, solidaryzuję się z osobami, które zdecydowały się odejść. Coraz trudniej uczestniczyć w pracach organu, którego głos wydaje się traktowany instrumentalnie – komentowała w mediach decyzję dziewięciu ekspertów dr Anna Depukat. W nieoficjalnych rozmowach można zresztą usłyszeć, że gotowych do odejścia może być więcej osób, Rada bez tych, którzy już odeszli, traci sens. W rozmowie z „Menedżerem Zdrowia” ekspertka imiennie wskazała odpowiedzialnych za sposób prowadzenia dialogu: przewodniczącego rady i konsultanta krajowego prof. Piotra Gałeckiego i wiceminister zdrowia Katarzynę Kęcką. Sposób ten manifestował się m.in. w próbach ograniczania prawa członków rady do publicznego zabierania głosu.
PS. NFZ listy pisze. Konkretnie, do lekarzy, którzy przepisują uprawnionym do bezpłatnych leków preparaty najdroższe zamiast tanich zamienników. Z informacją, ile kosztują płatnika ich decyzje – i jasną sugestią, żeby owe decyzje zmienili. Fundusz chce zaoszczędzić na kosztach refundacji, i to jest zrozumiałe, zwłaszcza że 1,4 mld zł z rezerwy budżetowej, jakie MF (jest już zgoda Komisji Finansów Publicznych) przekaże do budżetu płatnika, nie zmienia zasadniczo wielkości luki, która nadal oscyluje wokół 17 mld zł.
Niezrozumiałe jest zupełnie co innego. Lekarze mieli być odciążani z biurokracji, czekają na automatyzację refundacji, a teraz słyszą, że mają wyszukiwać tanie zamienniki. Bo – mówiąc wprost – nie ma politycznej decyzji dokonania zapowiadanych od kilku miesięcy zmian w wykazach refundacyjnych i pozostawienie na listach leków bezpłatnych wybranych preparatów z korzystnymi cenami. Czy usunięcia leków oryginalnych, które doczekały się już sporej liczby zamienników. O tym, że takie zmiany resort zdrowia przygotowuje, mówiła niedawno podczas X Kongresu Patient Empowerement odpowiedzialna za leki wiceminister Katarzyna Kacperczyk. Decyzji jednak najwyraźniej nie ma, a może i nie będzie, skoro MZ i płatnik próbują znaleźć „obejście”, apelując do lekarskiej odpowiedzialności za stan finansów systemu.
Przy okazji będzie uzysk, bo to lekarz – a nie państwo – „odmówi” pacjentowi „lepszego” (czy też takiego, do którego się przyzwyczaił) leku.