Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Czcij komunikat ministra swego i każdą modyfikację, która jego jest. Nie po raz pierwszy MZ próbuje kształtować rzeczywistość tak, jakby droga legislacyjna była jedynie opcją.


Fot. MZ

  • Może się okazać, że pieniędzy na program in vitro, choć nominalnie tyle samo, realnie zabraknie
  • Relacje między samorządem lekarskim a MZ są napięte jak nigdy wcześniej
  • Tym, którzy zwracali uwagę na możliwy konflikt interesów, powiązania członków PKA z ocenianymi uczelniami, należą się wyjaśnienia

Zupełny (niestety) brak zaskoczenia. In vitro. Dzięki procedurze in vitro urodziło się 15 tys. obywatelek i obywateli – cieszył się w Dniu Dziecka premier Donald Tusk. Cieszyła się też minister zdrowia, ogłaszając, że finansowanie programu wzrośnie do 600 mln zł rocznie.

600 mln zł to tyle, ile na program budżet wydał w 2025 roku. Zgodnie z ustawą finansowanie programu nie może być mniejsze niż pół miliarda złotych. W ubiegłym roku te pieniądze okazały się zbyt małe i w drugiej połowie roku rząd musiał dołożyć 100 mln zł. To dlatego w styczniu podczas posiedzenia Komisji Zdrowia strona społeczna postulowała zwiększenie finansowania programu do 800 mln zł. – Prace nad budżetem w zakresie ochrony zdrowia trwają, mamy pewne ograniczenia budżetowe, decyzje będziemy dopiero podejmować. To jeszcze przed nami. Mam nadzieję, że przeznaczymy na ten cel środki nie mniejsze niż w tym roku – mówił jednak wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski, odnosząc się oczywiście do finansowania w 2025 roku. Nie mniejsze niż 600 mln zł. Zapowiedź „zwiększenia” jest więc raczej obietnicą „niezmniejszenia”, oczywiście nominalnego, bo raczej nie ulega wątpliwości, że tak jak w poprzednich latach inflacja w sektorze ochrony zdrowia będzie znacząco wyższa niż w całej gospodarce. W marcu 2026 roku przykładowo wyniosła w ujęciu rocznym 9 proc.

Może się więc okazać, że pieniędzy, choć nominalnie tyle samo, realnie zabraknie. Na, warto podkreślić, „perłę w koronie” programu obecnego rządu (a biorąc pod uwagę tylko obszar zdrowia, raczej diament). Kłopoty zresztą już tu są, nie ma miejsca na dywagacje. Kilka dni po fetowaniu Dnia Dziecka branżowy „Rynek Zdrowia” informował, że 54 na 58 realizatorów programu otrzymało na 2026 rok mniejsze finansowanie niż w 2025 roku – co zresztą było sygnalizowane już w pierwszych tygodniach roku. – Część klinik ostrzega, że przyznane środki mogą nie wystarczyć na kwalifikowanie nowych par do końca roku – mogliśmy przeczytać. I to informacja znacznie ciekawsza (a na pewno bliższa prawdy i ważniejsza) niż ta o zwiększeniu – a nawet niezmniejszeniu – finansowania.

Pewne (mimo wszystko) zaskoczenie. MZ kontra samorząd. Relacje między samorządem lekarskim a Ministerstwem Zdrowia są napięte jak nigdy wcześniej – uważa duża część branżowych publicystów. I z każdym dniem ta opinia wydaje się coraz bardziej uzasadniona, nawet jeśli jeszcze niedawno można było trafnie przypominać, że przecież nie tak w sumie dawno, bo trzy lata temu, między resortem a samorządem rozgorzał spór, a w zasadzie wojna, o recepty, który wstrząsnął fundamentami Pałacu Paca. Konkretnie poszło o limity recept, jakie mógł wystawić lekarz w ciągu doby.

„Stare dzieje”, powie ktoś. „Po co do tego wracać?”, zapyta inny. Warto, historia jest nauczycielką życia (a w każdym razie powinna). Osią sporu sprzed trzech lat był tryb, w jaki ówczesny minister zdrowia próbował rozwiązać problem receptomatów (spoiler alert: zupełnie nieskutecznie) via guzik (klawisz), odcinający lekarzowi możliwość wystawiania recept po osiągnięciu ustalonej (przez ministra, oczywiście) ich liczby. Co z tego wyszło? Narastający konflikt, którego zwieńczeniem był spektakularny upadek ministra.

Meritum sprawy był zaś porządek prawny i przekonanie, że ustawowych regulacji, ustawowych gwarancji swobody wykonywania zawodu lekarza nie można zmieniać ministerialnym „widzimisię”, nawet jeśli za tym miałaby stać najszczytniejsza idea i najbardziej godne poparcia powody.

Instrukcje, komunikaty, tzw. prawo powielaczowe, obywateli nie dotyczą. Wydawało się, że ich czas przeminął wraz z PRL. „Prawo powielaczowe to ironiczne określenie dla różnego rodzaju okólników, rozporządzeń i instrukcji, które były masowo produkowane przez biurokrację PRL-u. Dokumenty te nie były oficjalnie publikowane, a zamiast tego kopiowane na powielaczach i rozsyłane do instytucji. Obywatele często dowiadywali się o ich istnieniu przypadkowo, w trakcie załatwiania spraw urzędowych” – podpowiada AI. Oczywiście, teraz powielaczy już nie ma (w 2023 roku też ich nie było) komunikat można umieścić w przestrzeni publicznej jednym kliknięciem. A drugim – modyfikację komunikatu (jedną, ewentualnie osiem). Ale czy przez łatwość publikacji znaczenie komunikatów w porządku prawnym rośnie?

Pytanie za sto punktów, a odpowiedzi na nie poszuka prokuratura, zawiadomiona przez Ministerstwo Zdrowia, niezadowolone ze stosunku samorządu lekarskiego wobec treści przekazywanych do realizacji i przestrzegania. Tu akurat w sprawie wygaszania warunkowego prawa wykonywania zawodu lekarzom, którzy nie dostarczyli w terminie poświadczeń dotyczących znajomości języka na poziomie B1. Ministerstwo Zdrowia nie zauważyło, że zapisany w ustawie 1 maja nadchodzi wielkimi krokami, więc naginając konstytucyjne zasady legislacji, sięgnęło po „wrzutkę”, próbując całą odpowiedzialność za powstały bałagan przerzucić na samorządy zawodów medycznych za pomocą prawa powielaczowego (klikowego?).

Na koniec crème de la crème. Zawiadomienie złożono 8 maja, w dniu, w którym samorząd lekarski zwrócił się do premiera z wnioskiem o odwołanie ze stanowiska wiceminister Katarzyny Kęckiej, odpowiedzialnej za relacje z partnerami społecznymi i te relacje kształtującej. Czcij komunikat ministra swego… i każdą modyfikację, która jego jest.

Największy znak zapytania. PKA. „Wystarczyło 50 tysięcy zł łapówki, żeby otworzyć nowy kierunek studiów. Dyrektor w Polskiej Komisji Akredytacyjnej Artur G. wraz z księdzem według prokuratury mieli zrobić z tego dochodowy interes. Przynajmniej trzy prywatne uczelnie z Warszawy załatwiały u nich pozytywne opinie. (…) Cała sprawa to jeden z wątków afery Collegium Humanum, choć raczej należałoby napisać, że to wątek główny, bo według prokuratury urzędnicy PKA brali pieniądze od wielu prywatnych szkół w całej Polsce” – informowała w minionym tygodniu „Gazeta Wyborcza”, której dziennikarz otrzymał zgodę sądu na wgląd do aktu oskarżenia w sprawie Collegium Humanum. Sprawie, która przypomina wielogłową hydrę.

W obszernym materiale nie ma (niemal) słowa o kierunkach medycznych, a już na pewno nic nie ma o kierunkach lekarskich, ale tak się składa, że „główny organizator łapówkarskiego procederu” – nie członek PKA, ale ważny pracownik biura Komisji – działał w latach 2019-2023 i te właśnie lata są przedmiotem zainteresowania służb, które ciągle rozplątują wątki sprawy zdającej się nie mieć końca. Co z tego wyniknie i na ile – w świetle tego, co wynika z aktu oskarżenia – autorytet Polskiej Komisji Akredytacyjnej się utrzyma? Warto wspomnieć, że spora część decyzji PKA – wobec uczelni starających się o uruchomienie kierunków lekarskich – była poddawana w wątpliwość, a starający się o zatrzymanie procesu obniżania standardów kształcenia na kierunkach lekarskich przedstawiciele samorządu lekarskiego i Porozumienia Rezydentów OZZL niejednokrotnie przyznawali, że i wobec pozytywnej opinii PKA można mieć wątpliwości – choć za podstawowy problem uznawali wydawanie przez ówczesnego ministra nauki Przemysława Czarnka zgód na uruchamianie kierunków lekarskich bez takiej zgody.

Cała sprawa wprost błaga o reset. O ponowną analizę zapadających w latach 2022-2023 (a być może i nieco wcześniej) decyzji. I wcale nie chodzi o sugestię, że gangrena korupcji dotyczyła bezpośrednio kierunków lekarskich, bo nie tylko rulony banknotów mogą być narzędziem do osiągania pożądanych celów. Wystarczy, że profesjonalizm, bezstronność PKA zostały poddane w wątpliwość – i to jest najłagodniejsze z nasuwających się określeń. Tym, którzy zwracali uwagę na możliwe nieprawidłowości, na przykład na możliwy konflikt interesów, powiązania członków PKA (mowa o latach rządów Przemysława Czarnka) z ocenianymi uczelniami, należą się wyjaśnienia. Zresztą nie tylko i nie przede wszystkim im. Temat jakości kształcenia nie daje o sobie zapomnieć. Wybija na powierzchnię.

07.06.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.
  • Psychiatra – czym się zajmuje, kiedy szukać pomocy
    Psychiatra to lekarz, który zajmuje się badaniem, diagnostyką i leczeniem zaburzeń i chorób psychicznych. Objawy, które sugerują konieczność konsultacji z psychiatrą to m.in. zaburzenia nastroju, lęk, zaburzenia snu, uzależnienia, przewlekłe uczucie zmęczenia. Wizyta u psychiatry nie wymaga skierowania.