Ponad 1,5 mln zł w rok dla lekarza praktycznie zaraz po studiach. Sprawa jest tylko z pozoru jednostkowa, nawet jeśli faktycznie dotyczy tylko jednostki i może mieć poważne, systemowe konsekwencje. Może ułatwić wprowadzenie przepisów pozwalających na zbieranie danych o umowach „na PESEL”.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda
- Polityka jest również sztuką przewidywania posunięć nie tylko przeciwników, ale wszystkich graczy obecnych przy stole i strategia sprowadzająca się do „to się znowelizuje”, bardzo eufemistycznie ujmując, nie była właściwym wyborem
- Nigdy dość przypominania, że pod koniec września ubiegłego roku minister zdrowia bardzo jasno określiła swój najważniejszy priorytet: zrównoważyć finanse NFZ
- Okazuje się, że nie trzeba być wybitnym specjalistą, by miesięcznie zarabiać wyraźnie ponad 100 tys. zł. Ba, w ogóle nie trzeba być specjalistą. Takie zarobki są możliwe niemal zaraz po zakończeniu stażu i otrzymaniu pełnego PWZ
Największy brak zaskoczenia. Weto. Decyzja prezydenta szkodzi pacjentom żyjącym z HIV – to reakcja Ministerstwa Zdrowia na decyzję Karola Nawrockiego dotyczącą ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, która miała zabezpieczyć leczenie m.in. pacjentów żyjących z tym wirusem. I z pewnością by ten cel wypełniła, gdyby Sejm nie zdecydował się na wprowadzenie do niej zapisu dotyczącego zupełnie innego obszaru tematycznego, co już na etapie prac parlamentarnych budziło wątpliwości natury konstytucyjnej – nie tyle opozycji, co sejmowych i senackich legislatorów. Ich opinię większość rządząca potraktowała z takim samym pietyzmem, jak robiła to przez osiem lat większość parlamentarna PiS (tylko że to nie PiS podnosił – słuszne – larum w obronie konstytucji).
Weto stało się faktem i szczerze mówiąc, innej decyzji trudno się było spodziewać. Polityka jest również sztuką przewidywania posunięć nie tylko przeciwników, ale wszystkich graczy obecnych przy stole (trudno zaś ukryć, że prezydent nie jest przyjacielem rządu) i strategia sprowadzająca się do „to się znowelizuje”, bardzo eufemistycznie ujmując, nie była właściwym wyborem.
Jeśli Karolowi Nawrockiemu część doradców suflowała jednak podpis – w obawie przed tym, jak poradzą sobie szpitale – ten ciężar z głowy państwa już spadł. Wysocy przedstawiciele resortu zdrowia zapewniają, że tak naprawdę „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”, bo utrata warunkowego PWZ może dotyczyć ok. ośmiuset lekarzy (wygaszono już ponad 440), co nie powinno mieć przełożenia na system, w którym pracuje ponad 140 tys. lekarzy.
Poza tym, jak zauważył dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych, lekarze spoza UE mogą nostryfikować dyplom na standardowej ścieżce, aby otrzymać prawo wykonywania zawodu. Dwa razy – święta prawda, tylko w takim razie po co było otwieranie puszki Pandory, po co była ta wrzutka, po co były pisma MZ do izb lekarskich, po co zawiadomienie do prokuratury w sprawie braku poszanowania komunikatu i jego modyfikacji. Nie da się ukryć, że resort został z tymi inicjatywami jak kultowy aktor z angielskim (zostałby, gdyby się go nauczył, na szczęście – przewidział wypadki, i zaniechał… i tej umiejętności resortowi zdrowia należałoby życzyć).
Największy znak zapytania. Co z tymi podwyżkami? 4,5 mld zł w drugim półroczu 2026 roku – taki wzrost wycen, z którego mają zostać pokryte koszty wdrożenia ustawy o wynagrodzeniach minimalnych przewiduje AOTMiT, a Ministerstwo Zdrowia od 9 czerwca analizuje rekomendacje.
Aż chciałoby się wezwać na pomoc innego klasyka, wzdychając coś o Barei, bo co tu analizować, skoro kwota 4,5 mld zł jest w publicznym obrocie od dobrych czterech miesięcy, była wyliczona na długo przed tym, jak MZ skapitulowało w Zespole Trójstronnym w sprawie nowelizacji ustawy. I jedynym, za to potężnym, znakiem zapytania są pieniądze. Skąd owe 4,5 mld będą pochodzić, i czy z ziejącego wyrwą na przynajmniej 16-17 mld zł budżetu NFZ, czy jednak analizy Ministerstwa Zdrowia zaowocują jakąś (i jak dużą?) dotacją? Do 1 lipca zostało 2,5 tygodnia, co wydaje się czasem na tyle krótkim, by nie przeciągać niepewności w nieskończoność.
Czy prace analityczne w resorcie zdrowia zakończą się w tym tygodniu? Jak na ogłoszenie o „wyborze” wariantu minimalnego (cudzysłów uzasadniony, żadnego wyboru przecież nie ma) zareagują świadczeniodawcy? Jakie będą konsekwencje na poziomie podmiotów leczniczych?
Pytań jest jeszcze więcej, gdy pod lupę wziąć nie tylko podwyżki, ale i samą lukę. Nigdy dość przypominania, że pod koniec września ubiegłego roku minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda bardzo jasno określiła swój najważniejszy priorytet: zrównoważyć finanse NFZ. Ten cel miał być realizowany w 2026 roku, jednak w pierwszym półroczu nic nawet nie drgnęło, nie licząc desperackich prób płatnika (zmiany w finansowaniu nadwykonań w diagnostyce, list do lekarzy, by przepisywali tańsze leki).
Warte odnotowania. (KO)nfuzja. Gdy w lipcu 2025 roku premier Donald Tusk rekonstruował Ministerstwo Zdrowia, zapowiedział, że gdy resort „przejdzie w ręce wyłącznie fachowców od zarządzania całym systemem ochrony zdrowia (…) jedynym celem będzie poprawa sytuacji pacjentów”. – Powiem też bardzo brutalnie, nie poprawa sytuacji lekarzy, tylko poprawa sytuacji pacjentów – dopowiedział, co spotkało się z fatalnym wręcz przyjęciem zarówno wśród samych lekarzy, jak i dużej części komentatorów.
Słowa premiera miały swój kontekst. Opinia publiczna była bombardowania doniesieniami o zarobkach pojedynczych specjalistów. „Wyciekały” faktury opiewające na ponad 100, 200, ba – 300 tys. zł miesięcznie. Niedługo przed swoim odwołaniem minister Izabela Leszczyna zapowiadała zmiany w przepisach, uniemożliwiające – a na pewno utrudniające – lekarzom „objeżdżanie z walizką” szpitali w celu wykonywania w jak największej liczbie placówek dobrze wycenionych procedur. Trwały dywagacje na temat możliwości wprowadzenia maksymalnej wysokości stawek kontraktowych – dla specjalistów.
Dziś można śmiało powiedzieć: – Koń by się uśmiał.
Bo okazuje się, że nie trzeba być wybitnym specjalistą, by miesięcznie zarabiać wyraźnie ponad 100 tys. zł. Ba, w ogóle nie trzeba być specjalistą. Takie zarobki są możliwe niemal zaraz po zakończeniu stażu i otrzymaniu pełnego PWZ.
– To zupełnie wyjątkowa sprawa – mówi rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, komentując medialną burzę wokół oświadczenia majątkowego jednego z radnych Koalicji Obywatelskiej, 29-letniego lekarza w trakcie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii, który w 2025 roku zarobił ponad 1,5 mln zł – jako lekarz.
Wyjątkowość sprawy polega prawdopodobnie na tym, że nikt nie ma racjonalnego wyjaśnienia, jak do tego mogło dojść. Przypuszczenie, że w grę wchodzi czarodziejski zmieniacz czasu, wydaje się najbardziej racjonalnym – a na pewno najmniej obciążającym – wariantem (w jednej z części „Harry’ego Pottera” prymuska Hermiona dzięki sprytnemu urządzeniu mogła uczestniczyć w odbywających się jednoczasowo zajęciach, niestety, opiekunowie dostrzegli u niej po pewnym czasie objawy wyczerpania i zmieniacz odebrali – red.).
Jak inaczej wyjaśnić odbywanie szkolenia specjalizacyjnego w dziedzinie uchodzącej za jedną z najbardziej wymagających oraz pracę na szpitalnym oddziale ratunkowym w wymiarze dwóch etatów, nawet bez uwzględnienia pracy w jeszcze jednym – co najmniej – miejscu (również – SOR), i aktywność społeczno-polityczną (praca radnego i działalność partyjna). Zostawiając na boku te dwie ostatnie kwestie (choć należy założyć, że nie pozostają one bez znaczenia dla całości sprawy), należałoby jednak – dla dobra wspólnego – precyzyjnie wyjaśnić, jak do tego mogło dojść, że lekarz pracował i był aktywny – wszystko na to wskazuje – w wymiarze czasu większym niż pozwala zegar i kalendarz. Ktoś powinien jednak podjąć się odpowiedzi na pytania o bezpieczeństwo pacjentów przy takim (udokumentowanym przez szpital) trybie pracy lekarza i o jakość kształcenia specjalizacyjnego. Na początek – właściwa okręgowa izba lekarska i konsultant wojewódzki, odpowiedzialny za nadzór nad specjalizacją. To na początek, bo gdzieś w tle pozostaje sama wysokość „rynkowych” stawek – do tej pory jednak rozpatrywanych w kontekście zatrudniania specjalistów, nie zaś (bardzo) młodych lekarzy, do tablicy prędzej czy później zostanie więc wywołany nie tylko szpital, ale i organ założycielski, który – jak się wydaje – z nadzorem nad szpitalami radzi sobie nie do końca optymalnie.
Jedno jest pewne: choć lekarze niechętnie (eufemizm) przyjmują zapowiedzi i plany MZ dotyczące możliwości zmiany przepisów pozwalających na agregowanie ich umów (zarówno etatowych, jak i kontraktowych) na PESEL czy też PWZ, ta sprawa może wręcz uniemożliwić zablokowanie uchwalenia takich przepisów. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Tylko pozornie. Argumenty o ochronie danych osobowych i możliwym (jak najbardziej) wycieku pełnych danych o zarobkach mogą nie wystarczyć. Również w Pałacu Prezydenckim.