Wraca temat zarobków lekarzy

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Absolutnie wyjątkowa sprawa, odosobniony przypadek czy ostateczny dowód, że wynagrodzenia lekarzy drenują finanse ochrony zdrowia? Sprawa młodego lekarza ze Szpitala Południowego może skutkować prawdziwym trzęsieniem ziemi, którego skutki trudno dziś nawet przewidzieć, poza tym, że będą dotkliwe.


Premier Donald Tusk. Fot. KPRM

  • Samorząd lekarski dąży do ograniczenia strat, chcąc wykazać, że zarobki młodego, początkującego lekarza, to wynik splotu fatalnych okoliczności, ale okoliczności jednostkowych
  • Problem w tym, że – jak pisaliśmy w weekendowym Studium kryzysu – te kwoty były do tej pory przypisywane wyłącznie specjalistom
  • Z naszych informacji wynika, że już w tej chwili w stołecznym ratuszu mówi się o prawdopodobnych konsekwencjach personalnych nie tylko na poziomie szpitala
  • Spodziewaną reakcją jest powrót do tematu limitów na zarobki lekarzy, przede wszystkim kontraktowych
  • W tej chwili przepis jest już procedowany i rząd może mieć (niemal) pewność, że ewentualny i bardzo prawdopodobny sprzeciw samorządu lekarskiego nie zatrzyma jego wejścia w życie

Wie o tym doskonale środowisko lekarskie. Dlatego już ubiegłym tygodniu przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej suflowali, by pracy lekarza, który w ubiegłym roku, będąc zaledwie na pierwszym roku specjalizacji, zarobił ponad 1,5 mln zł, z czego największą kwotę – jako lekarz i koordynator SOR w Szpitalu Południowym (jako koordynator, nie kierownik, wbrew wielu publikacjom do stanowiska koordynatora nie jest wymagana specjalizacja, ale też koordynator nie może liczyć na taki dodatek, jaki dostają kierownicy oddziałów), przyjrzał się okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej – bo grafiki i liczba aktywności sugerują, że lekarz pracuje dosłownie w trybie 24/7. W poniedziałek, po kolejnych doniesieniach, z których wynika, że lekarz jednoczasowo przebywał na dyżurze i w innych miejscach, udzielając się publicznie, NIL poinformowała o zawiadomieniu prokuratury.

Samorząd lekarski dąży do ograniczenia strat, chcąc wykazać, że zarobki młodego, początkującego lekarza, to wynik splotu fatalnych okoliczności, ale okoliczności jednostkowych. Będących wynikiem działań samego zainteresowanego oraz co najmniej braku właściwego nadzoru ze strony szpitala, a może i organu prowadzącego, czyli władz stolicy. Te również zareagowały – decyzją o audycie w szpitalu i na wszystkich szpitalnych oddziałach ratunkowych w stołecznych szpitalach. Wcześniej jednak wiceprezydent Renata Kaznowska zdążyła wyrazić oburzenie skandalicznie wysokimi zarobkami lekarzy, przypominając, że nie raz zabierała głos w tej sprawie, przywołując miesięczne zarobki sięgające „100, 200 czy 300 tysięcy złotych”.

Problem w tym, że – jak pisaliśmy w weekendowym Studium kryzysu – te kwoty były do tej pory przypisywane wyłącznie specjalistom. I jeśli szpitale narzekały na oczekiwania płacowe lekarzy, to zawsze chodziło o doświadczonych lekarzy. Najczęściej zresztą zabiegowców, specjalizujących się w określonych, bardzo dobrze wycenianych, procedurach. Wprawdzie anestezjolodzy należą do specjalizacji, które mogą liczyć na najlepsze stawki, ale to również dotyczy specjalistów, nie zaś lekarza, który dopiero specjalizację zaczyna (na SOR nie pracował zresztą jako anestezjolog). Żaden lekarz nie powinien pracować w takim wymiarze godzin. Lekarz niemal zaraz po studiach i stażu nie powinien zarabiać takich pieniędzy, a odbywając specjalizację powinien koncentrować się na zdobywaniu wiedzy i doświadczenia na właściwym oddziale (tryb rezydencki przewiduje 200 h miesięcznie, dla przypomnienia, choć w tym przypadku nie ma rezydentury).

Z naszych informacji wynika, że już w tej chwili w stołecznym ratuszu mówi się o prawdopodobnych konsekwencjach personalnych nie tylko na poziomie szpitala. Niewykluczona jest też dymisja samej wiceprezydent, choć to zależy przede wszystkim od dalszego ciągu sprawy: wyników audytu, kontroli NFZ, a być może również postępowania prokuratury, ale też zajadłości ataku, jaki przypuści opozycja. Że przypuści, jest więcej niż pewne.

Nawet jeśli to decyzje rządu Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do eksplozji wydatków na wynagrodzenia (również sposób wdrożenia ustawy o minimalnych wynagrodzeniach, ale też pełne „uwolnienie” płatności za nadwykonania czy wcześniej – sposób płacenia dodatków covidowych, o czym mówił w niedawno publikowanej rozmowie były minister zdrowia Marek Balicki), największy klub opozycyjny tylko nieco przesunie akcenty, koncentrując się na wątku zaniedbań w nadzorze (ewentualnie wskazując, że co prawda błędy popełniono wcześniej, ale rząd miał 2,5 roku by je naprawić).

Renatę Kaznowską może bronić to, że jako pierwsza – niesłusznie, ale politycznie trafnie – wskazała trop „systemowy”: lekarze zarabiają oburzająco dużo i należy to ukrócić. To miód na serce rządu i premiera Donalda Tuska, którego „sprawa Kacprzyka” niemal osobiście upokorzyła, a na pewno – ośmieszyła. Media zwracają uwag na milczenie premiera, kompletnie błędnie je interpretując – „Newsweek” sugeruje np., że Koalicja Obywatelska i jej lider chcą „przeczekać” aferę. Nic bardziej mylnego. Przyczajony tygrys, ukryty smok – raczej w tym kierunku należałoby interpretować dużą powściągliwość na poziomie rządu. Już dawno nikt nie pisał, że „Donald się wściekł”, choć tym razem byłoby to naprawdę uzasadnione.

Spodziewaną reakcją jest powrót do tematu limitów na zarobki lekarzy, przede wszystkim kontraktowych. Ponad pół roku temu Ministerstwo Zdrowia odstąpiło od pomysłu, co samorząd lekarski uznał za sukces. Nie odstąpiło jednak od innej idei, czyli agregowania umów w podmiotach leczniczych na PESEL (początkowo PWZ, ale w tej chwili na stole jest przede wszystkim PESEL, bo pozwoli to zobaczyć umowy również osób, które nie mają PWZ, bo nie są profesjonalistami medycznymi). Już kilka miesięcy temu, gdy o pomyśle nowelizacji przepisów zrobiło się głośno, pisaliśmy, że takie działania zawsze mają dalszy ciąg, i bynajmniej nie chodzi o wiedzę dla wiedzy.

W tej chwili przepis jest już procedowany i rząd może mieć (niemal) pewność, że ewentualny i bardzo prawdopodobny sprzeciw samorządu lekarskiego nie zatrzyma jego wejścia w życie. Prezydent Karol Nawrocki raczej go nie zawetuje, bo wśród jego doradców nie brakuje gorących zwolenników ujawnienia, ile tak naprawdę zarabiają lekarze (głównie kontraktowi), można się też spodziewać szerokiej zgody na poziomie parlamentu (nawet jeśli posłowie Konfederacji będą przeciw lub wstrzymają się od głosu). Gdy płatnik i regulator posiądą wiedzę, jak wyglądają rzeczywiste przychody lekarzy osiągane w systemie publicznym – bo o tej części jest wyłącznie mowa – ewentualna dyskusja o wprowadzeniu limitów i ograniczeń (czy to zarobków, czy możliwości ich osiągania) wejdzie na zupełnie inny poziom. Dla rządu to znacznie korzystniejsze rozwiązanie niż forsowanie w tej chwili wprowadzenia limitów – choć nie można wykluczyć, że Tusk wybierze drogę na skróty.

W tym sensie „sprawa Kacprzyka” (który, nota bene, od poniedziałku nie jest już członkiem Koalicji Obywatelskiej, sam złożył rezygnację, o czym poinformował Marcin Kierwiński, szef warszawskich struktur KO, co tylko pokazuje rangę problemu) spadła rzeczywiście rządowi jak z nieba. Zwłaszcza, że gdyby nie zamieszanie wokół „lekarza-milionera”, uwaga mediów koncentrowałaby się również na zarobkach w ochronie zdrowia, ale raczej w wymiarze nadchodzącego terminu 1 lipca i kolejnej odsłony realizacji ustawy podwyżkowej.

Dziennikarze dopytywaliby prawdopodobnie, kiedy MZ i NFZ przedstawią informacje dotyczące przekazywania środków – i w jakiej wysokości – szpitalom. Być może również wśród pytań mocno wybrzmiałyby te dotyczące bieżącej sytuacji budżetu płatnika i możliwych (lub niemożliwych) decyzji dotyczących dodatkowych środków. W tej chwili uwaga opinii publicznej została skutecznie przesunięta na oświadczenie majątkowe radnego-lekarza (czy też szerzej, lekarzy będących radnymi, internetowi śledczy już analizują dokumenty w całym kraju). Co tylko potwierdza zresztą obawy środowiska lekarskiego: od zebrania danych o zarobkach lekarzy do ich partyzanckiego ujawniania droga może być niespecjalnie długa (spoiler alert: te obawy raczej nie zostaną wzięte pod uwagę, decydenci obiecają natomiast pełną ochronę danych).

16.06.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.