W miarę równomierne rozłożenie poparcia dla różnych politycznych pomysłów na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia sugeruje, że choć Polacy dostrzegają problemy systemu, nie są przekonani do proponowanych sposobów ich rozwiązania.

Szpital Południowy. Fot. Anniolek, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons
- I duża część mediów, i w zasadzie wszyscy politycy robią wiele, by utrwalić przekonanie, że to w zarobkach lekarzy tkwi główny problem systemu
- 21,9 proc. Polaków wskazało, że najlepszym rozwiązaniem byłaby „jawność wszystkich kontraktów finansowanych ze środków publicznych”
- Druga najczęściej wskazywana odpowiedź (17,3 proc.) to zakaz prywatnej praktyki dla lekarzy pracujących w publicznych szpitalach
- Przed tym, jakie mogą być „niepożądane odczyny podecyzyjne”, przestrzegał samorząd lekarski
- W tej chwili na stole leży kilka rozwiązań i niewykluczone, że politycy sięgną po dwa lub trzy i spróbują wprowadzić je łącznie
Temat zarobków w ochronie zdrowia – zwłaszcza zarobków lekarzy – rozgrzewa opinię publiczną i będzie jeszcze długo jednym z czołowych. Niestety, i duża część mediów, i w zasadzie wszyscy politycy robią wiele, by utrwalić przekonanie, że to w zarobkach lekarzy tkwi główny problem systemu.
W sondażu UCE Research dla portalu Onet.pl odpytano reprezentatywną próbę dorosłych Polaków o to, „które z poniższych rozwiązań dotyczących funkcjonowania publicznej ochrony zdrowia popiera Pan/Pani najbardziej?”. Ankietowani mogli zaznaczyć tylko jedną odpowiedź z katalogu w praktyce ograniczonego do tematu zarobków (tylko jedno pytanie dotyczy czasu pracy, który jest fundamentalnym komponentem zarobków).
21,9 proc. – największa grupa respondentów – wskazała, że najlepszym rozwiązaniem w publicznej ochronie zdrowia byłaby „jawność wszystkich kontraktów finansowanych ze środków publicznych”. Druga najczęściej wskazywana odpowiedź (17,3 proc.) to zakaz prywatnej praktyki dla lekarzy pracujących w publicznych szpitalach.
Większe wynagrodzenia dla lekarzy w zamian za pracę tylko w publicznym systemie ochrony zdrowia popiera 14,8 proc. ankietowanych, a niewiele mniej (14,4 proc.) wskazuje na „elektroniczną kontrolę czasu pracy lekarzy”. Niemal tyle samo (14,3 proc.) postuluje wprowadzenie limitów wynagrodzeń finansowanych ze środków publicznych. Tylko co dwudziesty ankietowany nie chciałby wprowadzenia żadnego z proponowanych rozwiązań, a 12 proc. nie ma zdania w tej sprawie.
Biorąc pod uwagę czas, w jakim sondaż został przeprowadzony (21–22 czerwca, a więc po ponad tygodniu bombardowania informacjami o rekordowo wysokich zarobkach pojedynczych lekarzy, wzmocnionych jeszcze wątkiem prac nad zbieraniem umów na PESEL), można postawić pytanie, czy sondaż nie pokazuje raczej w miarę równomiernego rozłożenia poparcia dla przedstawionych pomysłów, wziętych zresztą wprost z receptariuszy przedstawianych przez partie polityczne. Ograniczenia wynagrodzeń, „żelazna kurtyna” między prywatnym a publicznym systemem, jawność kontraktów – o tym wszystkim politycy mówią, a nawet próbują to wdrażać (1 lipca ruszy Centralny Rejestr Umów, który obejmie również publiczne podmioty lecznicze oraz pracowników zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych).
Takie w miarę równomierne (po lekkiej korekcie, uwzględniającej nawał przekazów dotyczących skandalu, który rozpoczęło umieszczenie w jawnym oświadczeniu majątkowym radnego jego zarobków z działalności leczniczej) rozłożenie poparcia dla pomysłów politycznych pokazuje, że choć Polacy widzą problem, przedstawione sposoby naprawy nie budzą większej wiary w sukces. Coś trzeba zrobić, ale czy to przyniesie efekt? I jaki on będzie w ostatecznym rozrachunku?
„Sprawa Kacprzyka” już dawno przestała być sprawą pojedynczego młodego lekarza, a nawet szpitala czy samorządu warszawskiego – pokazują to kolejne spływające informacje, w tym dotyczące nieprawidłowości w przyjmowaniu pacjentów poza kolejnością, w tym dzięki „bramkom” w prywatnych gabinetach. Uwaga opinii publicznej koncentruje się wokół jednego z największych polskich szpitali klinicznych, na który NFZ nałożył sporą karę finansową, ale to jeden z problemów, które trapią publiczny system nie od lat, a od dekad – a recepta, jaką przedstawiają politycy, czyli ścisły rozdział między sektorem publicznym i prywatnym przypomina – zachowując wszystkie proporcje – metodę znaną z noweli Bolesława Prusa. Wsadzenie na trzy zdrowaśki do pieca rzeczywiście uśmierzyło problem zdrowotny. Niestety, aż nazbyt skutecznie.
Przed tym, jakie mogą być „niepożądane odczyny podecyzyjne”, przestrzegał kilka tygodni temu samorząd lekarski, prezentując wyniki badania poświęconego właśnie postulatowi radykalnego rozdzielenia publicznego i prywatnego sektora ochrony zdrowia. Nie chodzi tylko o to, że lekarze są przeciwni takiemu rozwiązaniu (co zrozumiałe, dla polityków opinia środowiska nie musi, nawet nie powinna być wiążąca, co nie znaczy, że nie należy jej brać pod uwagę), ale o cały wachlarz skutków, jakie mogą wynikać z jednej decyzji. Jeśli zostanie ona wprowadzona bez żadnych zabezpieczeń – co więcej, bez świadomości negatywnych skutków lub przy ich lekceważeniu – wcale nie będzie prosta, ale prostacka, nieodpowiadająca randze problemu.
Ankieta przeprowadzona przez samorząd lekarski pokazała m.in., że większość lekarzy dostrzega problem konfliktu interesów i „dwukolejkowości” w systemie publicznym generowanej przez przekierowywanie pacjentów „z prywaty”. Wprowadzenie mechanizmów zwiększających transparentność: pełne rozdzielenie kolejek, harmonogramów i rozliczeń publicznych oraz prywatnych – poparło 72 proc. respondentów. Co drugi poparł obowiązek zgłaszania miejsc pracy w sektorze publicznym i prywatnym.
Lekarze ocenili również, że całkowity zakaz łączenia co prawda wpłynąłby pozytywnie na przejrzystość kolejek i zmniejszenie przeciążenia pracą personelu, ale katalog skutków negatywnych – przede wszystkim dla pacjentów, ale też systemów – byłby znacznie dłuższy: odpływ części lekarzy do sektora prywatnego, wydłużenie czasu oczekiwana w systemie publicznym, narastające trudności z obsadą dyżurów, pracy na oddziałach i w poradniach, możliwe obniżenie jakości i bezpieczeństwa leczenia i opieki (np. przy dalej idących decyzjach dotyczących obniżania standardów, o co występowała już część posłów podczas dyskusji w Sejmie).
Warto wziąć jednak pod uwagę, że badanie wśród lekarzy dotyczyło wyłącznie tego jednego pomysłu – czyli rozdziału publicznego i prywatnego sektora. W tej chwili na stole leży kilka rozwiązań i niewykluczone, że politycy sięgną po dwa lub trzy i spróbują wprowadzić je łącznie. Na przykład, jednoczasowo zarządzając wprowadzenie limitów wynagrodzeń w sektorze publicznym, zakaz łączenia pracy w sektorach publicznym i prywatnym oraz ścisłą ewidencję czasu pracy lekarzy.
Jeśli potwierdzą się informacje, że niedługo odpowiedzialność za ochronę zdrowia przejmie Lewica – oficjalnego potwierdzenia oczywiście nie ma, pojawi się wtedy, jak zapadną decyzje, ale ten wariant trzeba brać pod uwagę jako co najmniej realny – nie tylko lekarze powinni mieć nadzieję, że „pakietu sanacyjnego” nie będzie pisać posłanka Anna Maria Żukowska, która chciałaby „odnepotyzować” zawód lekarza na modłę prawniczą. Posłanka przypomniała, że do 2005 roku o przyjęciu na aplikację prawniczą decydowały w dużej mierze kancelarie prawne i znajomości („aplikacja w kancelarii wujka czy dziadka”), a wprowadzenie pisemnych, państwowych testów na aplikacje skończyło te limity i otworzyło zawód dla szerszego grona kandydatów. Ten sam mechanizm miałby zadziałać w medycynie przez zniesienie limitów na specjalizacje lekarskie. Co tylko dowodzi, ile wiedzą o problemie politycy najgłośniej perorujący o rozwiązaniach.