Skandal na SOR-ze obnażył słabość systemu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Blisko 60 proc. Polaków chce, by za skandal w Szpitalu Południowym poleciały głowy, również w rządzie. Na celowniku jest m.in. minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Decyzja oczywiście należy do premiera, który – wbrew swojej woli – przyjmuje na siebie cały ciężar sprawy. I może powtórzyć pytanie, które od szefa rządu miała usłyszeć poprzednia szefowa resortu zdrowia.


Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ

  • Afera w warszawskim szpitalu jak w soczewce pokazała może nie wszystkie, ale istotne problemy systemu ochrony zdrowia
  • To nie to, czy 28-letni lekarz popełnił opłakane w skutkach błędy i czy były one tuszowane, powinno zaalarmować resort (i nadzór merytoryczny), ale pierwsze ustalenia mediów
  • Koncentracja uwagi na sprawach zarobków okazała się bronią obosieczną
  • Być może rozwiązania, o których MZ mówi od 8-9 miesięcy, nie są tymi, których spodziewa się szef rządu
  • Na rok przed wyborami żadne „odważne zmiany” systemowe nie wchodzą w rachubę

– Po co mi minister zdrowia, skoro wszystko mam robić sam? – miał powiedzieć do Izabeli Leszczyny szef rządu, zirytowany z jednej strony nieustającymi prośbami o zwiększenie budżetu na zdrowie, z drugiej – petycjami środowiska medycznego i dyrektorów szpitali, domagających się spotkań i interwencji szefa rządu w sporach z resortem.

O ileż bardziej zasadne wydaje się to pytanie po dwóch tygodniach pełnoskalowej afery w warszawskim szpitalu, która jak w soczewce pokazała może nie wszystkie, ale istotne problemy systemu ochrony zdrowia, a przede wszystkim – brak nadzoru, brak wiedzy ze strony tych, którzy taką wiedzę na temat bezpieczeństwa i jakości świadczeń powinni posiadać (i wyciągać z niej wnioski). W ostatnich dobach zresztą postawiono w tej sprawie kropkę nad i. Dopiero po wyemitowaniu w Kanale Zero wywiadu z sygnalistą minister zdrowia zabrała głos, wydając oświadczenie: „Informacje, które pojawiły się wczoraj w mediach i są szeroko komentowane, trzeba wyjaśnić od początku do końca. Dlatego podjęłam decyzję o zleceniu kontroli Wojewodzie Mazowieckiemu oraz Konsultantowi Krajowemu w dziedzinie Medycyny Ratunkowej szpitalnych oddziałów ratunkowych Warszawskiego Szpitala Południowego i Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego”.

Pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego nie dwa tygodnie temu? Dlaczego szefowa resortu zdrowia nie uznała za stosowne zlecić kontroli nadzorowi merytorycznemu po pierwszej publikacji, z której jasno wynikało, że na SOR świadczeń pacjentom udzielał lekarz rozpoczynający pierwszy rok specjalizacji, który – co istotne – pobierał za swoją pracę „rynkowe stawki” (co sugeruje, że jego praca była wyceniana jak praca specjalisty, a co najmniej lekarza uprawnionego do wykonywania znaczącej części procedur) i w dodatku pracował w wymiarze pracy przekraczającym granice rozsądku, a co za tym idzie, stawiającym pod znakiem zapytania i jakość, i bezpieczeństwo pracy.

Ministerstwo Zdrowia skupiło się wówczas na wątku finansowym skandalu, odpowiadając na zapotrzebowanie polityczne, zdefiniowane przez premiera: wejść w posiadanie wiedzy, ile naprawdę zarabiają lekarze w systemie publicznym, żeby wiedzieć, trawestując, „co jest płacone”. Wątek merytoryczny, kluczowy – czyli kwestia bezpieczeństwa pacjentów – wybuchł przez zwłokę resortu rządowi dosłownie w rękach, zdetonowany wywiadem w Kanale Zero. To nie to, czy 28-letni lekarz popełnił opłakane w skutkach błędy i czy były one tuszowane, powinno zaalarmować resort (i nadzór merytoryczny), ale pierwsze ustalenia mediów.

Koncentracja uwagi na sprawach zarobków, nawet jeśli nie byłaby podszyta chęcią przekierowania uwagi na „chciwych lekarzy”, okazała się bronią obosieczną: ma dla rządu pozytywny efekt, bo ustawa mknie przez ścieżkę legislacyjną i nie przeszkadza w tym nawet brak opinii UODO, o którą – jak mówił w środę prezes Naczelnej Rady Lekarskiej – rząd się nawet nie zwrócił, ale ma też fatalne konsekwencje, bo pokazuje brak systemowych zaworów bezpieczeństwa pacjentów: skoro szwankuje nadzór i jednocześnie nie ma podstawowej kultury powiadamiania o nieprawidłowościach, pacjent z patologiami – intencjonalnymi lub nie – zostaje zupełnie sam i może liczyć tylko na przypadek.

Są politycy Koalicji Obywatelskiej, którzy zastanawiają się, czy Donald Tusk nie żałuje odwołania Izabeli Leszczyny, która – jak słyszymy w kuluarowych rozmowach – z pewnością by nie zniknęła w tej sytuacji na dwa tygodnie. Przeciwnie, przyjęłaby jeśli nie całe, to większość uderzenia. Z drugiej strony, Jolanta Sobierańska-Grenda nie wzmacnia swojej pozycji, odpowiadając premierowi, że oczekiwany przez niego pakiet zmian już „leży na stole” (jak na ironię, członkowie Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia zerwanie środowych obrad uzasadniali między innymi tym, że strona rządowa poinformowała o braku takiego pakietu). Być może rozwiązania, o których MZ mówi od ośmiu–dziewięciu miesięcy, nie są tymi, których spodziewa się szef rządu.

Można na to jednak spojrzeć inaczej: to przecież na etapie prac rządowych wyrwano niedoskonałej ustawie o szpitalnictwie te pazury (pazurki?), które umieścił w niej resort, czyniąc z ustawy o konsolidacji szpitali – jedynej, mogącej aspirować do miana „rozwiązania systemowego” – bardziej wydmuszkę niż realne narzędzie. Słowa premiera, który domaga się w tej chwili „bardziej odważnych propozycji zmian” brzmią w tym kontekście co najmniej dwuznacznie. Zwłaszcza że Donald Tusk przegapił wszystkie momenty, w których takie zmiany w ogóle były możliwe – na rok przed wyborami żadne „odważne zmiany” systemowe nie wchodzą w rachubę. Poza systemowym cięciem wynagrodzeń lekarzy, oczywiście. Czy też próbą takiego cięcia.

O tym, że Donald Tusk traci lub nawet stracił zaufanie do kierownictwa MZ i NFZ, pisaliśmy już w ubiegłym tygodniu. To te instytucje powinny być dla premiera źródłem wiedzy o systemie i rezerwuarem możliwych rozwiązań – nie zaś Najwyższa Izba Kontroli, do której szef rządu zwrócił się o sprawdzenie sytuacji w systemie ze szczególnym uwzględnieniem przepływów finansowych.

Po pełnych dwóch tygodniach nieobecności w przestrzeni publicznej w temacie, którym żyje cały kraj, minister zdrowia zabierze głos w czwartek podczas popołudniowego briefingu.

25.06.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.